Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Ludwik Jerzy Kern (1920-2010)

Poznaliśmy się w pierwszych tygodniach po wojnie jako pracownicy redakcyjni Agencji Prasowej, noszącej wówczas nazwę Polpress, który to Polpress zmienił się wkrótce potem w PAP. On zajmował się reporterką miejscową, ja zaś tkwiłem w dość nieatrakcyjnym dziale rolnym. Obsługiwałem jakieś zebranka przedsiewne czy poplonne na szczeblu najwyżej wojewódzkim. Melancholijne nieco zajęcie. Po cichu trochę mu zazdrościłem. Pojechałem w końcu do Krakowa, a on został w Warszawie. Odtąd spotykaliśmy się stale na łamach „Przekroju”. Jego reportaże krajowe powoli zmieniały się w reportaże zagraniczne, i to z coraz dalszych i bardziej atrakcyjnych miejsc. Pisał niezwykle interesująco i z rzadkim u reportażystów poczuciem humoru. Zbierał i zbiera dowcipy i anegdoty, gdzie się tylko da i, co ważne, lubi je opowiadać, a co jeszcze ważniejsze - opowiada je pierwszorzędnie. Z tych reportaży powstał cały szereg książek. Książki były tłumaczone na obce języki, co oznaczało, że Wolanowski ma rozrzuconych po świecie swoich tłumaczy.

Tu jest miejsce, żeby wspomnieć o tym, jak Wolanowski przy pomocy swojej córki wtargnął w moje życie finansowe. A było tak: kiedy ukazało się pierwsze wydanie Ferdynanda Wspaniałego, panna Wolanowska była debiutującą nastolatką, tzn. miała jakieś 10 lat. Natychmiast posłałem jej egzemplarz z odpowiednią dedykacją. Ale, że były to jeszcze ponure czasy panoszenia się cenzury, pierwszy zapewne przeczytał książkę cenzor, tata Wolanowski. Musiała mu się spodobać, ponieważ polecił ją zaraz swemu węgierskiemu tłumaczowi Istvánowi Meszàrosowi. Temu też widocznie przypadła do gustu, bo z miejsca zaczął ją tłumaczyć. W ten sposób, dzięki pannie Wolanowskiej zaczęła się międzynarodowa kariera Ferdynanda.

Lucjan był w nieustannych podróżach, miał światowe obycie i ogromny zasób doświadczeń. Kiedy wybierałem się w półroczną podróż na Daleki Wschód, udzielił mi bezcennych rad. Dzięki niemu, na przykład, przywiozłem moje filmy z podróży w idealnym stanie. W tropikach, jak wiadomo, jest wilgotno, a największym wrogiem taśmy filmowej jest właśnie wilgoć. Żeby więc wilgoć tym taśmom filmowym niczego złego nie zrobiła, trzeba te filmy zapakować w szczelne blaszane pudełko. A do tego pudełka trzeba jeszcze wsadzić... No co? Woreczek z surowym ryżem. Ryż wchłonie każdą odrobinę wilgoci. Ale o tym mało kto wie...

.

Ludwik Jerzy Kern w swoim krakowskim mieszkaniu
 - w ręku tekst o Lucjanie Wolanowskim drukowany w "Przekroju " w 2000 r.

Kraków, 4 marca 2006 r.
(Fot. Mariusz Kubik)

.

Wolanowski jest również odpowiedzialny za najtrudniejszy obiad w moim życiu. On się tego nawet nie domyśla. Miałem ci ja bowiem zobaczyć Singapur. Czterdzieści lat temu to była pełna egzotyka. Bo teraz wsiada się dziś w samolot w Balicach, a pojutrze, także w Balicach, ląduje z walizkami pełnymi singapurskich majtek. Ja podążałem do Singapuru statkiem, a w tym egzotycznym kraju nikogo nie znałem. Lucjan jednak miał tam chody i załatwił mi list polecający od swojego przyjaciela, warszawskiego lekarza, który przemieszkał w Singapurze pół życia. List był do mister Kuoka, wielkiego hurtownika towarów spożywczych. Przekazałem go adresatowi i Singapur jak Sezam otworzył się szeroko przede mną. Doszło do tego, że mister Kuok postanowił uhonorować mnie prawdziwym chińskim obiadem w prawdziwej chińskiej restauracji, najlepszej według niego w Singapurze. Prócz niego rolę gospodarzy pełniło jeszcze dwóch jego braci. Ja jestem zacofaniec i nie przepadam za tymi wszystkimi owocami mórz, oceanów, stawków i sadzawek, którymi naszpikowane jest chińskie jadło. Nie wiem, jak się do tego zabrać, a pałeczki według mnie dobre są do grania na bębnie, a nie do jedzenia.

Restauracja przypominała szopę w starej cegielni. Kucharze, kucając na podłodze, tasakami siekali wszystko na drobne kawałeczki, zaparzali wrzątkiem i od razu... na stół. Stoły miały grube kamienne blaty, wokół panował półmrok. Każdy z moich trzech gospodarzy z każdego dania wybierał najlepsze według niego kąski i nakładał mi na talerz, żeby mnie uhonorować. Miałem więc do jedzenia trzy razy tyle, co oni, i zanim się zorientowałem, co się połyka, a co się wypluwa na ten kamienny stół, nażarłem się różnych muszelek, atenek, wąsików, chitynowych pancerzyków i innych tego rodzaju przysmaków za wszystkie czasy.

.

W książce L. J. Kerna pt. Moje abecadłowo (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000) ukazał się tekst o Lucjanie Wolanowskim, widoczny także na tej stronie internetowej
(Fot. Archiwum Lucjana Wolanowskiego)

..

Lucjan od dawna zafascynowany jest Australią. Napisał o tym kontynencie kilka książek, i w końcu ten kontynent porwał mu córkę. Ostatnio widziałem pannę Wolanowską w okresie maturalnym. Była to prawdopodobnie jedna z najładniejszych maturzystek Europy. Potem poświęciła się farmacji i w Australii pracuje jako farmaceutka. Poślubiła, jak mówi ojciec, jakiegoś aborygena, który nie potrafił docenić ślicznej Europejki, więc się rozeszli.

Ojciec w Warszawie, córka w Australii. Ojciec odwiedza córkę, ale nie za często, bo to kawałek drogi. Zasięga natomiast jej fachowych porad. Ostatnio zainteresował się melatoniną, lekiem, o którym głośno w różnych „Time’ach” i „Newsweekach”. Podobno dobrze robi na wszystko, m.in. na bezsenność, a Lucjan miewa kłopoty z zaśnięciem. Zdumiewa go tylko, że melatonina pomaga też na inne dolegliwości, a także zapobiega ciąży! Ojcu się to wszystko nie zgadzało, zatelefonował więc do córki farmaceutki chodzącej do góry nogami i zapytał, jak to jest, że coś działa jednocześnie nasennie i przeciwciążowo. „Oj, tata, to przecież takie proste - odpowiedziała. - Jak się śpi, to się nie zachodzi w ciążę...”

LUDWIK JERZY KERN

Kraków, 1998

Ludwik Jerzy Kern (ur. 29 grudnia 1920 r. w Łodzi, zm. 29 października 2010 r. w Krakowie) - poeta, satyryk, autor utworów dla dzieci i młodzieży, tłumacz. Wydał m.in.: Tu są bajki (1953), Ferdynand Wspaniały (I wydanie: 1963), Proszę słonia (I wydanie: 1964), Cztery łapy (1969), Pogaduszki (2002), Imiona nadwiślańskie (2003), Co w drókó piszczy, czyli póstynia błendofska (2006 - tu m.in. historyjki, nadesłane przez L. Wolanowskiego, pod pseud. "W. Lucjański", na ostatnią stronę dawnego „Przekroju” - tzw. „Rozmaitości”), Litery cztery (wiersze prawie wszystkie) (2008). Powyższy tekst pochodzi z jego książki pt. Moje abecadłowo (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000, wyd. II: 2003). Mieszkał w Krakowie.

*   *   *

Tekst Ludwika Jerzego Kerna o Lucjanie Wolanowskim z krakowskiego "Przekroju"
- 30 kwietnia 2000 r. Data i tytuł wpisane ręcznie przez Lucjana Wolanowskiego,
na dole odręczny podpis Ludwika Jerzgo Kerna
(Archiwum Mariusza Kubika)

 

Ludwik Jerzy Kern z egzemplarzem książki Wokół reportażu podróżniczego.
Tom 3. Lucjan Wolanowski (1920-2006). Studia - szkice - materiały

Kraków, 23 października 2009 r.

(Fot. Mariusz Kubik)

Ludwik Jerzy Kern w rozmowie z Mariuszem Kubikiem
Kraków, 23 października 2009 r.

.Powrót do spisu treści