Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Ryszard Matuszewski (1914-2010)

Czy znałem Lucjana Wolanowskiego?

Chcąc odpowiedzieć na to pytanie musiałbym rozważyć dwie możliwe wersje odpowiedzi. Co to bowiem znaczy „znać” człowieka, który jest pisarzem? Tzw. znajomość osobista ma w tym wypadku niewielkie znaczenie, nieporównywalne z wagą, jaką ma znajomość twórczego dorobku człowieka pióra.

Otóż nie pamiętam nawet, kiedy osobiście poznałem Lucka. Pamiętam tylko, że od razu wzbudził moją sympatię. Z grubsza zorientowałem się, że ze względów pochodzeniowych niełatwe były dla niego lata hitlerowskiej okupacji. Jego inteligencja i osobisty urok ujęły mnie już przy pierwszym z nim zetknięciu. Ale kiedy to było? Czy już w latach 1950-tych, kiedy pracowałem w redakcji „Nowej Kultury”, czy dopiero w 1960-tych, kiedy pełniłem funkcję kierownika działu polskiej literatury współczesnej w „Czytelniku”? Pierwsze teksty po wojnie drukował m.in. w „Przekroju”, a od 1951 roku należał do zespołu redakcyjnego tygodnika „Świat”. Było to pismo cieszące się wielką poczytnością, a współpracowało z nim kilku moich przyjaciół, m.in. Artur Międzyrzecki, prowadzący tam stały felieton o książkach. Mogłem więc już wtedy poznać Lucka, podobnie jak znałem – też chyba jeszcze z tamtych czasów? – jego starszą siostrę, Elżbietę Wassongową, cenioną tłumaczkę z francuskiego i rosyjskiego. Na pewno zaś musiałem poznać Lucka, kiedy rozpocząłem pracę w „Czytelniku”, gdzie właśnie wtedy, na początku lat 1960-tych, zaczęły się ukazywać jego – niezwykle już wówczas poczytne i głośne zbiory reportaży, tłumaczone od razu na niemiecki, czeski, słowacki, rosyjski, czy węgierski. Większość z nich miała po kilka wydań.

Wówczas jednak żadnej z książek Lucka nie czytam z dwu powodów. Po pierwsze – tzw. „literatura faktu” redagowana była w „Czytelniku” nie w moim dziale, lecz w innym, który zajmował się właśnie reportażem i publicystyką, oddzielając jak gdyby reportaż od tzw. „literatury pięknej” – czy słusznie? Ten dział publicystyki i literatury faktu prowadził w „Czytelniku” miły, zmarły w 2007 roku Kazik Bidakowski, ja natomiast czas miałem po brzegi wypełniony lekturami powieści, zbiorów opowiadań i poezji, trafiającymi do mojego działu. Dodajmy do tego, że od 1956 roku przez ponad 30 lat byłem sprawozdawcą działu poezji w wydawanym przez Państwowy Instytut Wydawniczy „Roczniku Literackim”.

Nieco większą swobodę w doborze lektur przyniosło mi przejście na wcześniejszą emeryturę w 1977 roku, związane z coraz bardziej niemiłym i wręcz żenującym charakterem pracy w wydawnictwie oficjalnym, w okresie personalnych restrykcji i zakazów druku, którym podlegało wielu świetnych pisarzy, w tym nierzadko moich przyjaciół, w drugiej połowie lat 1970-tych. Uwolniwszy się od obowiązków redakcyjnych w „Czytelniku” zyskałem czas i związaną z tym większą swobodę w doborze lektur. Dotyczyło to również przynajmniej niektórych reportaży, nie tylko Wolanowskiego, ale też m.in. o 12 lat młodszego Rysia Kapuścińskiego.

Dziś, kiedy – już dobrze po dziewięćdziesiątce – czytam na wyrywki wspaniałe teksty Lucka Wolanowskiego, mam w sobie jakiś wielki żal, że zapewne nie starczy mi już czasu, by moje zaległości w lekturze tych pasjonujących tekstów odrobić. Cóż z tego, że właśnie, pełen podziwu, przeczytałem drapieżny i wręcz genialny tekst Lucka o japońskim szpitalu dla trędowatych pt.: „Mur bardzo wysoki”? Z niemniejszym skurczem serca zapoznałem się z jego wstrząsającym obrazem „wrót do piekieł” na półwyspie malajskim („Tu się umiera”). Cóż z tego, że przejęty niekłamaną grozą przewędrowałem z Luckiem przez otchłanie zarażonej śmiercią dżungli na Nowej Gwinei (reportaż pt.: „Ludożercy też ludzie”)? Cóż z tego, jeżeli to wszystko jest tylko małą cząsteczką jego ogromnego dorobku twórczego! Czyż mogę jeszcze mieć nadzieję, że uda mi się jego dzieło poznać, jeżeli nie w całości, to choćby w zakresie na tyle szerokim, by dawał jakie takie pojęcie o rozmiarze jego obserwacji i refleksji? Jedno wiem już dzisiaj na pewno: żadne głosy podziwu dla twórczości Wolanowskiego, z którymi się stykam, od zachwytów i wyrazów uznania mego młodego przyjaciela, Mariusza Kubika, poczynając, nie zawierają cienia przesady.

I jeszcze jedna refleksja – smutna, ale skądinąd duchowo krzepiąca: niczyje życie nie jest dość długie, by go starczyło na ogarnięcie tego, co czujny zmysł obserwacji i talent pisarski Lucka pozostawiły po sobie dla współczesnych i potomnych. Stąd apel do młodszych: czytajcie póki czas Wolanowskiego, by nie okazało się – jak w moim wypadku – że na pełny wymiar tej lektury jest już za późno…

RYSZARD MATUSZEWSKI

Warszawa, 2007

.

Ryszard Matuszewski - Warszawa, 9 listopada 2008 r.
(Fot. Mariusz Kubik)

.

Ryszard Matuszewski (ur. 18 sierpnia 1914 r. w Warszawie, zm. 29 kwietnia 2010 r. tamże) - krytyk literacki, eseista, tłumacz, badacz literatury XX wieku, autor podręczników szkolnych oraz licznych publikacji krytycznych, eseistycznych i wspomnieniowych w prasie i wydawnictwach zbiorowych. Wydał m.in.: „S” (wespół z Janem Kottem i Włodzimierzem Pietrzakiem; 1933), Poezja polska 1914-1939 (wespół z Sewerynem Pollakiem; 1962), Doświadczenia i mity (1964), Z bliska (1981), Żółte dzioby-zielone lata (1990), Literatura polska 1939-1991 (1992), Olśnienia i świadectwa. Od Leśmiana do Barańczaka (1995), Alfabet. Wybór z pamięci 90-latka (2004), Moje spotkania z Czesławem Miłoszem (2004), Wisławy Szymborskiej dary przyjaźni i dowcipu (2008). Mieszkał w Warszawie. 

(Zobacz więcej - strona internetowa o Ryszardzie Matuszewskim)

.

Z wizytą u Ryszarda Matuszewskiego
- Warszawa, 6 listopada 2009 r.

.

Ryszard Matuszewski z egzemplarzem książki Wokół reportażu podróżniczego.
Tom 3. Lucjan Wolanowski (1920-2006). Studia - szkice - materiały

- Warszawa, 6 listopada 2009 r.
.

.

.

Powrót do spisu treści