Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Lech Paszkowski (1919-2013)

Mieszkając od dziesięcioleci na krańcach cywilizowanego świata, „dalej niż daleko” od rodzinnej Warszawy i spraw polskich, zwróciłem uwagę na nazwisko Lucjana Wolanowskiego, gdy udało mi się sprowadzić jego książkę Księżyc nad Tahiti... Reporter na wyspach mórz południowych (1963). Już po kilku stronach lektury zorientowałem się, że autor jest wysoce utalentowanym reporterem, jakich rzadko można spotkać. Rozdziały i rozdzialiki pisane zgrabną i elegancką polszczyzną, zdradzały styl pokolenia wychowanego w okresie dwudziestolecia Polski niepodległej. Jak zauważył Andrzej Bobkowski, opisując swoje spotkanie z Pawłem Mayewskim, „sanacyjne” gimnazja produkowały wartościowych i ciekawych ludzi. Cytuję tylko z pamięci. Uderzył mnie przede wszystkim talent Wolanowskiego do bystrej obserwacji, uwydatniony nie tylko w opisach, ale i w bogatej galerii zdjęć fotograficznych. Do tego dochodziła niezwykła zdolność nadawania rozdziałkom niezwykle krótkich, ale jakże ciekawych podtytułów, chwytających czytelnika jak rybę na haczyk. Wszystko to podszyte bogato lekkim i subtelnym humorem człowieka, który potrafi patrzeć na świat i śmiesznostki życia przez palce.

Później dowiedziałem się od Wolanowskiego, że tuż przed wojną studiował przez rok w Grenoble. Pobyt we Francji w wieku młodzieńczym nie minął zapewne bez wpływu. Humor tego pisarza ma coś z lekkości francuskiego żartu i kpiny. Zdobyta wcześnie świetna znajomość francuszczyzny przyczyniła się może do łatwości, z jaką zagnieździł się chociaż tylko przelotnie w świecie francuskiej Polinezji. Włócząc się po krajach podzwrotnikowych i tropikalnych, nawet po tak mrocznych zaściankach jak Dili na brzegach wyspy Timor, reporter oglądał je z przymrużeniem oka prawdziwego Europejczyka. [...]

Kiedy po raz pierwszy zapukał do mych drzwi, nie pamiętam, ale było to w latach 60-tych. W drugiej połowie 1968 roku nadeszła z Warszawy księga Poczta do Nigdy - Nigdy z dedykacją, którą uważałem za nazbyt szczodrobliwą. Na stronie 267 znalazłem rozdziałek pt.: „Tropiciel śladów”. Jest w nim wzmianka o lampie przy moim domu, „która jaśniała w mglistej nocy”. Lipcowe noce w Melbourne zdarzają się mgliste, ale rzadko, gdyż zwykle wieją od południa wściekłe morskie szkwały od Antarktydy, przejmujące do szpiku kości, albo z północy wichury z wyziębionej pustyni, niosąc z pobliskich wzgórz zapach nie widywanego w Melbourne śniegu. Pogoda w tym wypadku była nieistotna. Do przedpokoju wszedł Lucjan Wolanowski we własnej osobie, z uśmiechem na ustach. Budowy był drobnej, ale proporcjonalnie zbudowany, wyprostowany jak żołnierz, a w ruchach energiczny. W twarzy najbardziej charakterystyczny był uśmiech i ciemne oczy, rzucające spojrzenia zdałoby się sięgające do dna duszy lub zapalające się iskierkami humoru. Miały te oczy jednak w głębi i cień dziwnego smutku. Od pierwszego spotkania przypadliśmy sobie do gustu. Spotkania powtarzały się kilkakrotnie, szczególnie, gdy córka pana Lucjana zamieszkała w Sydney.

Poczta do Nigdy-Nigdy osiągnęła w Polsce liczne wznowienia o wielotysięcznych nakładach. Był to imponujący reportaż, malujący obraz Australii w latach 60-tych niby kolorową mozaikę, doskonale spojoną z dziesiątków wycyzelowanych rozdziałków. Nie brakowało w nim sporej ilości szkiców poświęconych młodej wówczas Polonii piątego kontynentu.

Zaskakująca była szybkość, z jaką Wolanowski potrafił pisać książki podróżnicze, jak Westchnienie za Lapu - Lapu (1973), gdzie opisywał wypad na wody malajskie i wybrzeża Borneo, skąd Joseph Conrad wyniósł tyle natchnienia. Dołączając do tego zajazd na południową Azję, Morze Żółte i Filipiny w reportażach Upał i gorączka (1970), czy Walizka z przygodami (1977), ze zdumiewającą mnogością opisywanych krajobrazów. Książki te ukazywały się niemal jedna po drugiej w przeciętnych nakładach 30 tysięcy egzemplarzy. Reportaże nigdy nie były płytkie, ale oparte na solidnej wiedzy i znajomości historii obrazowanych krajów. Tom Buntownicy Mórz Południowych (1980) świadczy najlepiej o żmudnych i solidnych studiach, przede wszystkim w literaturze anglojęzycznej, o poszukiwaniach bibliotecznych i archiwalnych, na jakie znalazł czas Wolanowski wśród ustawicznych lotów i przelotów.

Podczas mojej siedmiomiesięcznej podróży dookoła świata w 1983 roku „rzucałem kotwicę” również w rodzinnej Warszawie, gdzie znalazłem się po 44 latach. Pan Lucjan zabrał mnie wtedy na dobry obiad do jakiegoś klubu artystycznego. Tematów do rozmowy nie brakowało.

Ostatni raz Wolanowski odwiedził mnie 2 marca 1988 r. Tym razem był w towarzystwie swego przyjaciela z Australii, Henryka Landsberga, ze znanej na Litwie rodziny ziemiańskiej, który pod Krzyżem Południa pilotował samoloty pasażerskich linii lotniczych. Wróciłem wtedy z rejsu do Tahiti, trwającego cztery tygodnie. Pochwaliłem się znakomitemu reporterowi, że objechałem osławioną perłę Pacyfiku dookoła i oglądałem Muzeum Gauguina z kiepskimi kopiami jego płócien, a na wyspie Bora - Bora znalazłem pod palmą, w ciemnym piasku, prawdziwy amulet w postaci aluminiowej monety dwufrankowej z napisem „Polynesie Française”. Proponowałem również, byśmy na pohybel językoznawcom wprowadzili pisownię zgodną z prawdziwą wymową krajowców, w więc Pape-ete i Mo-orea.

Miałem wtedy okazję, by odwdzięczyć się Panu Lucjanowi za szereg jego książek przysyłanych mi z dedykacjami i wręczyłem mu potężną rozmiarem monografię Poles in Australia and Oceania (1987), w którą włożyłem dalszych 20 lat poszukiwań, dodając 12 nowych rozdziałów. Nie było to tłumaczenie polskiej wersji z 1962 roku, ale książka napisana na nowo w języku angielskim. Przyjął ją, jak mi się wydawało, z ochotą.

.

.

Potem nastąpił wieloletni okres żywej korespondencji, którą ceniłem. W międzyczasie Wolanowski przebywał dłuższy czas w stolicy chłodnej Tasmanii. Pisząc listy z Warszawy wspominał swą troskliwą opiekę nad starszymi siostrami i pogarszający się po 1990 roku rynek wydawniczy. Wzrost popularności telewizji, jak również zawrotna kariera komputerów i Internetu odciągały młodych ludzi od czytania książek.

Inną cechą Wolanowskiego była bezgraniczna gotowość do wykonywania przyjacielskich przysług. Doświadczyłem jej wiele razy. Gdy potrzebowałem na przykład jakiej mapy, zdawałoby się, że był gotów obejść wszystkie księgarnie w Warszawie, by ją znaleźć i dostarczyć. W roku 1997 przesłałem mu moją monografię Sir Paul Edmund de Strzelecki: Reflections of his life, wydaną na 200-lecie urodzin podróżnika. Wraz z moim starszym kolegą z warszawskiego gimnazjum Mickiewicza [Ryszard Matuszewski - przypis M.K.] robił wszystko co mógł, by zainteresować firmy wydawnicze przekładem na polski i wydaniem go w kraju. Jakkolwiek to się nie udało, moja wdzięczność za sam odruch trwa do dziś.

.

.

Gdy niespodziewanie znalazłem w skrzynce na listy numery „Gazety Uniwersyteckiej” z Katowic, dowiedziałem się i ucieszyłem prawdziwie, że pismo to drukowało stale artykuły Wolanowskiego. Pisarz, który wzbogacił literaturę polską, wydając dziewięć książek o Australii i pobliskich rejonach geograficznych pod Krzyżem Południa, nie powinien być zapomniany.

LECH PASZKOWSKI

East Malvern, 2002

.

Lech Paszkowski
(Rys. Andrzej Dziatlik / Archiwum Lecha Paszkowskiego)

.

Lech Paszkowski (ur. 18 lipca 1919 r. w Warszawie, zm. 24 kwietnia 2013 r. w Melbourne) - prozaik, historyk. Brał udział w kampanii wrześniowej 1939, po wojnie w Niemczech, Francji, a od 1950 w Australii. Współpracował m.in. z londyńskimi „Wiadomościami” i paryską „Kulturą”. Autor wielu prac biograficzno - historycznych, m.in. Polacy w Australii i Oceanii 1790-1940 (Londyn 1962, Toruń 2008), Social background of Sir Paul Strzelecki and Joseph Conrad (Melbourne 1980), Sir Paul Edmund Strzelecki: Reflections of his life (1997) oraz wspomnień: Na falach życia. Część I 1919-1939. Lata młodzieńcze (Warszawa 2005), Na falach życia. Część II 1939-1948. Lata stracone (Warszawa 2007), Na falach życia. Część III 1948-1958. Brzegi mórz dalekich (Warszawa 2012).  Mieszkał w East Malvern (dzielnica Melbourne), w Australii.

*   *   *

Lech Paszkowski do Mariusza Kubika - listopad 2009 r.

W. Szanowny Panie,

Dostaję coraz mniej listów i przesyłek z Polski, gdyż moje pokolenie zeszło już ze sceny. Prawdziwą niespodzianką było otrzymanie od Pana tomu wspomnień o Lucjanie Wolanowskim, wydanego ostatnio przez Uniwersytet Śląski. Dziękuję bardzo za pamięć i przesyłkę.

O ile pamiętam, był Pan jeszcze w gimnazjum, gdy p. Lucjan polecił Pana mojej uwadze, jako młodego człowieka, zakochanego w tych częściach świata, gdzie przypadkowo rzuciły mnie powojenne losy życia. […]

Widzę, że p. Lucjan zrobił doskonały wybór, przekazując Panu swoje archiwa, gdyż wiernie i z pietyzmem dba Pan, by dzieła Jego życia nie zostały zapomniane. Zapewne byłby zadowolony, patrząc na wydany obecnie tom „Wokół reportażu podróżniczego”. Gdy go przeglądałem, napłynęła ponowna fala wspomnień. Pan Lucjan odwiedził mnie, w towarzystwie p. Landsberga, dnia 2 marca 1988. Powiedział mi wtedy, że przyjechał do córki w styczniu, o czym mnie nie zawiadomił. Okazało się, że w dniu 28 stycznia patrzyliśmy się na siebie w Sydney, nie rozpoznając się. On obserwował odpływający w rejs do Tahiti statek „Sea Princess”, a ja z jego pokładu spoglądałem na tłum żegnających. […]

LECH PASZKOWSKI

East Malvern, 19 listopada 2009 r.

*   *   *

Powrót do spisu treści