Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Jolanta Klimowicz-Osmańczyk (1930-2017)

Zanim osobiście poznałam Lucjana Wolanowskiego, przez wiele lat czytałam jego publikacje na łamach czasopism, w czasach, gdy hermetyczne prawa uniemożliwiały podróżowanie za granicę. Możliwość czytania relacji z dalekiego świata, z „pierwszej ręki”, pisanych przez wiarygodnych ludzi, których można było spotkać na ulicy, czy w kawiarni, była ożywczym powiewem. Artykuły Wolanowskiego znałam przede wszystkim ze „Świata” i „Przekroju”.

Osobiście miałam przyjemność poznać pana „Lucka”, o którym mój mąż Edmund Jan Osmańczyk opowiadał mi wszystko co najlepsze, stosunkowo późno. Dość długo mieszkaliśmy na południowo - zachodniej półkuli, w stosunku do PRL-u - na końcu świata, Wolanowski natomiast stale podróżował.

W połowie lat 60. opanowała mnie obsesyjna chęć podróży do Australii. Z pomocą przyszedł przypadek, a właściwie wypadek, któremu ulegliśmy na rozmytej deszczem szosie pod miastem Orizaba w Meksyku. Odszkodowanie z miejscowej ubezpieczalni okazało się wystarczające nie tylko na pokrycie kosztów leczenia, ale i zakup dwóch biletów lotniczych. Choć władze Związku Australijskiego bardzo niechętnie wpuszczały na swoje terytorium obywateli KDL-ów, po pół roku wizę jednak nam przyznano. Nowozelandzkiej nie dostaliśmy nigdy.

Kiedy zaczęliśmy myśleć o zamierzonej podróży w praktycznych kategoriach, mąż stwierdził, że „przecież Lucek (Wolanowski) wie wszystko o Australii” i jego trzeba poprosić o ewentualne wskazówki, aby móc podróżować w sposób najbardziej ekonomiczny. Napisał do niego w tej sprawie i dosyć szybko dostał wyczerpujący list z odpowiedziami na zadane pytania. W międzyczasie pojawił się u nas w domu red. Ryszard Bańkowicz, z równie obszernym listem od Wolanowskiego, w którym pisał on, że „posyła do Meksyku swego umyślnego, żeby sprawdzić, czy nam się krzywda nie dzieje”. Kiedy wylądowaliśmy na lotnisku w Sydney, na skutek „zlecenia” pana Lucka stawiła się tam cała rodzina pp. Nasielskich, dwa pokolenia. W ich gościnnym domu znaleźliśmy oparcie, przyjaźń i praktyczne wskazówki, jak najlepiej wykorzystać nasz australijski czas.

Już po powrocie do Polski opublikowałam książkę poświęconą zagadnieniom stanu medycyny w Ameryce Łacińskiej. Byłam zdziwiona, że takim samym tematem zajął się, na drugim końcu kuli ziemskiej, Lucjan Wolanowski, który relacjonował epidemie w Azji Południowo - Wschodniej. Kiedyś, będąc na Słowacji wpadła mi w ręce tamtejsze tłumaczenie tej książki pt.: Úpal a horúčka. Kiedy powiedziałam moim miejscowym przyjaciołom, że znam osobiście jej autora, odczułam obok okazywanej mi zawsze serdeczności także coś w rodzaju zwiększonego szacunku. Książka Wolanowskiego została przetłumaczona na wiele języków obcych. Moja, zdaje się, poszła na przemiał.

Z natury nie znoszę zimna, toteż wyjątkowo dokładnie zapamiętałam opis Wolanowskiego (w Zwierciadle bogini), jak marzł on w nieopalonym japońskim hotelu w czasie tamtejszej zimy. Mój mąż na początku lat 60. ubiegłego stulecia ustanowił nagrodę za najlepszy reportaż, którą nazwał „Osmanem” - jej materialnym wyrazem była w pierwszym okresie beczułka z otworami na ołówki zrobiona z pięknego brazylijskiego drzewa imbuia z wypalonym napisem „OSMAN” i wypisywanymi nazwiskami kolejnych laureatów. „Osmana” za Zwierciadło bogini otrzymał Lucjan Wolanowski.

.

Statuetka nagrody "Osman" za 1962 r., w głębi książka z dedykacją dla Lucjana Wolanowskiego
(Fot. Archiwum Lucjana Wolanowskiego)

.

List Edmunda Jana Osmańczyka do Lucjana Wolanowskiego
z informacją o nagrodzie "Osman" za książkę Zwierciadło Bogini
(Fot. Archiwum Lucjana Wolanowskiego)

.

Zapamiętałam go jako nobliwego, eleganckiego pana o nienagannych manierach. Wydaje mi się, że erudycja odbijała się na jego twarzy. Nigdy nie byłam w stanie zrozumieć, jak to się dzieje, że przy problemach ze słuchem, jakie posiadał od dzieciństwa, podpierając się głównie odczytem ruchu ust, jest w stanie uczestniczyć w każdej rozmowie, w każdym języku? Jego śmierć była dla mnie absolutnym zaskoczeniem. Wydaje mi się, że był to kolejny bliski dzwonek zwiastujący, że odszedł ktoś kolejny, z „sąsiedniej półki”.

JOLANTA KLIMOWICZ - OSMAŃCZYK

Warszawa, 2006

.

Jolanta Klimowicz (1930-2017) - dziennikarka. Współpracowała m.in. z Polskim Radiem, „Kurierem Polskim”, „Życiem Warszawy”, „Trybuną Robotniczą”, „Rzeczpospolitą”. Autorka książek: Indiańska Okaryna. Reportaże z andyjskich krajów (Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1967), Diabły z Bahia (Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1970), Życie i śmierć w Ameryce Łacińskiej (wstęp: Bogusław Kożusznik; Państwowy Zakład Wydawnictw Lekarskich 1970), Meksyk - miasto trzech kultur (Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1976), Meksyk zaczyna się w Veracruz (Krajowa Agencja Wydawnicza 1977). Żona dziennikarza i pisarza Edmunda Jana Osmańczyka (1913-1989). Mieszkała w Warszawie.

*   *   *.

Dedykacje Lucjana Wolanowskiego dla Edmunda Osmańczyka i Jolanty Klimowicz-Osmańczyk
(Fot. Archiwum Jolanty Klimowicz)

.

 

.

.

Jolanta Klimowicz-Osmańczyk z egzemplarzem książki Wokół reportażu podróżniczego. Tom 3. Lucjan Wolanowski (1920-2006). Studia - szkice - materiały
- Warszawa, 28 października 2009 r.
(Fot. Mariusz Kubik)

Rozmowa z Jolantą Klimowicz-Osmańczyk
- Warszawa, 28 października 2009 r.

.

 

 

Powrót do spisu treści