Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Monika Warneńska (1922-2010)

Bardzo mi smutno, ilekroć o ludziach, których znałam, ceniłam i lubiłam, muszę pisać w czasie przeszłym. Tym razem przyszło mi pożegnać Lucjana Wolanowskiego – reportera, pisarza, podróżnika. To on wyruszył niedawno w drogę, z której nie ma powrotu. Był rdzennym warszawiakiem. Był zarazem mokotowianinem – przez długi czas mieszkał przy ulicy Odolańskiej. W stolicy kończył szkołę średnią, potem zaczął studia we Francji, na Politechnice w Grenoble. Nie ta dziedzina jednak okazała się jego życiowym przeznaczeniem. Wrócił do Warszawy – i tu zastała go wojna. Debiutował jako publicysta w prasie podziemnej, był żołnierzem AK. Po wyzwoleniu niezwłocznie podjął współpracę z prasą. Znali go dobrze czytelnicy popularnych tygodników: „Przekrój”, „Świat”, „Dookoła świata”. Zajmował się początkowo reportażami sądowymi, co niegdyś ściągnęło na niego niechęć a nawet pogróżki ze strony kombinatorów, których jak najsłuszniej piętnował. Dwukrotnie wydany Cichy front był nawrotem do czasów okupacji.

Poznałam Lucjana Wolanowskiego u schyłku lat 50., kiedy coraz bardziej „przestawiał się” reportersko na podróże, rozpoczęte wrażeniami z Czechosłowacji Na południe od Babiej Góry. Był małomówny, milkliwy, niezbyt „kontaktowy” w rozmowach – a zarazem bardzo życzliwy i uczynny. Pamiętam odwiedziny Wolanowskiego na krótko przed sprawą sądową o zniesławienie, którą wytoczył mu jeden ze wspólników osławionego mordercy Władysława Mazurkiewicza, Alfred Rateński. Chciał zniszczyć Wolanowskiego za jego relacje z procesu Mazurkiewicza, ale mu się to nie udało, choć był on dopiero w przededniu swoich wielkich podróży i nie zaznawał tak znacznej popularności, jak ta, która stała się jego udziałem kilka lat później. Lucjan pytał, czy mogłabym być na sali sądowej podczas tej rozprawy. Oczywiście zgodziłam się, choć nie wiedziałam, jaki ma być sens mojej obecności - nie zajmowałam się przecież w pracy dziennikarskiej tematyką śledczą ani prawniczą. Dopiero potem zrozumiałam, że najprawdopodobniej Lucjanowi po prostu zależało na obecności w raczej luźnej sali jednego więcej życzliwego człowieka. Podczas tej rozprawy (wróg Lucjana przegrał ją z kretesem) pierwszy raz widziałam, jak Wolanowski posługuje się aparatem wzmacniającym słuch, ukrytym w specjalnych okularach, które przywiózł ze Szwecji.

.

Monika Warneńska podczas lektury dodatku specjalnego, wydanego po śmierci Lucjana Wolanowskiego na Uniwersytecie Śląskim - Warszawa, 24 sierpnia 2007 r.
(Fot. Mariusz Kubik)

.

Kiedy świat zaczął uchylać się przede mną – otrzymałam od niego sporo cennych wskazówek, pożyczał mi obcojęzyczne książki o krajach mało u nas znanych. W początkach 1962 r. wybierałam się do Paryża po otrzymaniu stypendium francuskiego, celem zebrania materiałów do książki o Balzaku i pani Ewelinie Hańskiej (Książka ta pt.: Romantyczna podróż pana Honoriusza miała w późniejszych latach pięć wysokonakładowych wydań i cieszyła się dużym powodzeniem wśród czytelników). Lucjan Wolanowski spytał mnie, czy zabrałabym list do jego ciotki, zamieszkałej w Paryżu i pracującej w Księgarni Polskiej na bulwarze St. Germain-de-Près. Zgodziłam się oczywiście - i tą drogą nawiązałam kontakt z panią Florentyną Wolanowską. Znajomość ta okazała się bardzo cenna: w kilka dni bowiem po moim przyjeździe do Paryża niedoleczona grypa, z jaką przybyłam, stała się zapaleniem opłucnej. Nie miałam w Paryżu żadnych krewnych ani znajomych; z wysoką gorączką leżałam w tanim i marnym hoteliku. Tu zaopiekowała się mną pani Wolanowska - i dzięki niej wróciłam do zdrowia. Kiedy zaś już byłam w dobrej formie, skontaktowała mnie z panią Jadwigą Rzewuską, cioteczną wnuczką pani Hańskiej - i ta znajomość wzbogaciła moją książkę paroma ciekawymi akcentami.

Przed nim świat otworzył się dzięki szerokim kontaktom, jakie potrafił nawiązać z liniami lotniczymi „Air France”. W 1958 roku ukazał się tom jego reportaży pod wymownym tytułem Dokąd oczy poniosą... Po nim przyszły dalsze. Kto z nas mógł wtedy marzyć o krajach i zakątkach świata, do których docierał Wolanowski? Czytaliśmy "z zapartym tchem" Zwierciadło bogini o Japonii, Klejnot Korony o Hongkongu, Księżyc nad Tahiti… I inne, niemniej pasjonujące relacje z podróży Lucjana po zakamarkach świata, odległych i trudno dostępnych. Jego książki były oknem na szeroki świat. Kontakty ich autora z organizacją WHO spowodowały włączenie Lucjana do ekipy czterech reporterów różnych narodowości – wysłano ich do różnych krajów, nękanych tropikalnymi chorobami. Rezultatem tej podróży była jedna z najciekawszych książek Lucjana Upał i gorączka (1970).

.

Dedykacja Lucjana Wolanowskiego dla Moniki Warneńskiej w książce pt. Dokąd oczy poniosą
(Warszawa, 7 stycznia 1958 r.)

.

Nie mogę oprzeć się pokusie przytoczenia pewnej anegdoty. Kiedy w 1965 roku znalazłam się w Phnom Penh, stolicy Kambodży, powiedziano mi, że trafiłam na okres wzmożonej sympatii dla Polski, o której Khmerzy, czyli Kambodżanie wiedzieli równie mało, jak my o ich kraju. Okazało się, że w zapomnianej od Boga i ludzi prowincji pogranicznej Preah Vihear przetrwała zabytkowa prastara świątynia, o którą ustawicznie toczyły się spory pomiędzy Khmerami a ich sąsiadami "zza miedzy" – Tajami. Wreszcie rządy obydwu krajów zdecydowały się poddać spór arbitrażowi sądu międzynarodowego w Hadze. Przewodniczącym tego trybunału był wówczas Polak, sędzia Bohdan Winiarski. On zawyrokował o przyznaniu świątyni Preah Vihear Kambodży. Sprawa zyskała szeroki rozgłos i od tego czasu jesteśmy tu bardzo lubiani – mówił mi rodak – dyplomata. Tylko podobno Tajowie odegrali się na którymś polskim dziennikarzu… Tym dziennikarzem był Lucjan Wolanowski.

W jednej ze swoich podróży zatrzymał się tranzytem na lotnisku w Bangkoku. Jako właściciel paszportu jednego z „demoludów” nie mógł nawet nosa wychylić poza obręb lotniska (sprawdziłam to na własnym doświadczeniu jeszcze w roku 1970). Nikomu z Polaków nie śniło się wówczas, że nadejdzie czas masowych wycieczek z Warszawy do Bangkoku. Doświadczenie Lucjana było jednak znacznie gorsze niż moje. Tajscy urzędnicy na lotnisku, zazwyczaj uprzejmi wobec pasażerów, na widok polskiego paszportu zaczęli wymyślać pasażerowi z powodu… świątyni. Oszołomiony delikwent nie miał pojęcia, czego od niego chcą, o jaką świątynię chodzi? Szykanowany był przez cały czas przymusowego postoju. Nie pozwolono mu skorzystać z prysznica ani bufetu, siedział dość długo zamknięty w jakiejś klitce ze szklanką wody, bez jedzenia – i nadal gubił się w domysłach „co tu jest grane”. Można sobie wyobrazić, z jaka ulgą odetchnął, kiedy nadeszła pora odlotu i dalszy ciąg podróży. Dopiero znacznie później dowiedział się, że Tajowie mieli do niego pretensję, jako do Polaka, o współudział w pozbawieniu ich świątyni Preah Vihear, o której nigdy nie słyszał. Potwierdził mi później prawdziwość tej historii.

W ostatnich latach życia Lucjan pisywał o Australii, gdzie jeździł do córki, która tam mieszka. Ale pisał coraz mniej i nigdzie się nie udzielał. Pozostawił dobrą pamięć wśród wszystkich, którzy go znali.

MONIKA WARNEŃSKA

Warszawa, 2006-2007

.

Monika Warneńska (1922-2010) - Warszawa, 24 sierpnia 2007 r.
(Fot. Mariusz Kubik)

.

Monika Warneńska (właśc. Kazimiera Jelonkiewicz, ur. 4 marca 1922 r. w Myszkowie, zm. 9 kwietnia 2010 r. w Warszawie) - dziennikarka i pisarka. Autorka m.in. zbiorów reportaży z krajów Azji i Dalekiego Wschodu (Mongolii, Wietnamu, Kambodży, Nepalu, Tajlandii i Laosu), m.in. Alarm na ryżowiskach (1966), Taniec z ogniem (1974), Kraj tysięcy pagód (1979), Ląd ocalony (1982), Tam, gdzie bogowie są wiecznie młodzi (1984), Zaginione królestwo (1998), Śladami Pol Pota (1999), Oczy smoka (2006). Mieszkała w Warszawie.

Powrót do spisu treści