Lucjan Wolanowski
SmodCMS

o Thorze Heyerdahlu

Thor Heyerdahl, Norweg, którego zwie się niekiedy "Największym Odkrywcą XX wieku" miał 87 lat, gdy lekarze ustalili, że ma guza w mózgu. Na własne życzenie wypisano go ze szpitala, zdawał sobie sprawę ze swego stanu i chciał być ze swą rodziną.

18 kwietnia 2002 r., jak obrazowo powiedział jego syn, wielki obieżyświat "podniósł wiosła i wpłynął w krainę zachodzącego słońca..."

.

Thor Heyerdahl (1914-2002)

Dawno temu, przed 45 laty, gdy obaj byliśmy młodzi - przyjął mnie w swym domu w Norwegii. Mijały lata, śledziłem jego niezwykłe dzieje, czytałem wypowiedzi, przyjmowane entuzjastycznie lub gniewnie przez świat nauki. Chyba najbardziej przekonująco brzmiało jego oświadczenie: "Nigdy nie dożyłbym tak podeszłego wieku, gdybym nie miał swobody zaspokajania mej ciekawości..."

Ta swoboda - to niezależność finansowa. Jedna tylko jego książka doczekała się autoryzowanych przekładów na 67 języków, pirackich wydań pewnie nikt nie policzył. Jego film dostał Oscara. Tak, że zamysły swoje wprowadzał wżycie, nie będąc zależnym od dotacji różnych komisji, którym jego teorie podobały się - albo nie. Przeważnie - nie.

Norwescy przyjaciele załatwili mi zgodę na rozmowę ze sławnym już wtedy ich rodakiem. Jechałem pełen tremy, pytania miałem starannie wykute na pamięć, a w mym zawodzie reportera - to sprawa niezwykle ważna. Wiadomo, na głupie pytania - dostaje się głupią odpowiedź, nikt nie traktuje wtedy poważnie reportera który zabiera czas...

Nie miałem jeszcze wtedy nadziei, że kiedykolwiek zobaczę świat Mórz Południowych, w który tak barwnie wprowadzał czytelnika swych książek Heyerdahl. Redakcja była daleko w Warszawie, nikomu nie zwierzałem się ze swych planów, ale ogromnie liczyła się dla mnie opinia norweskich przyjaciół, którzy - byłem pewien - dowiedzą się, czy Heyerdahl nie uznał czasu jaki mi poświęcił - za zmarnowany...

.

Dedykacja od Thora Heyerdahla - Oslo, 20 września 1957 r.
(Fot. Archiwum Lucjana Wolanowskiego)

.

Po raz pierwszy w życiu znalazłem się w sytuacji, która miała się powtórzyć w dalszych latach mej wędrówki po świecie. Heyerdahl przyjął mnie gościnnie, uraczył dobrym obiadem i... zadał mnóstwo pytań. "Ty jesteś dla mnie tak ciekawym tematem, jak ja dla ciebie" - powiedział. Polska była i jest dalej w tej samej odległości od Norwegii jak dawniej, ale wtedy było już po Październiku i może Zimna Wojna stygła jeszcze bardziej, ale wędrujący po świecie Polak nie był zjawiskiem powszechnym.

Moje zainteresowanie Wikingami, czyli przodkami mego rozmówcy, działało na moją korzyść. Atmosfera była już zupełnie rozluźniona, gdy "sprzedałem" mu kilka polskich dowcipów politycznych - bądź rodzimego chowu, bądź importowanych ze Wschodu. Omijałem naturalnie te, które opierały się na grze słów, a więc były nieprzetłumaczalne.

Niektóre z faktów, które mi podał - znajdą się w tym reportażu, naturalnie wespół z relacją o wydarzeniach, które przytrafiły się znacznie później, a więc nie były przedmiotem rozmowy.

Był ciekaw warsztatu reportażu. Powiedziałem, że pytano się kiedyś słynnego saksofonistę jak powstaje muzyka? - To bardzo proste - powiedział. Bierze się saksofon, dmucha się tu, a muzyka wychodzi tamtędy...

Roześmiał się i nasza rozmowa była już bardziej rzeczowa. Mój rozmówca urodził się 6 października 1914 roku w Larvik, na południu Norwegii. Jego ojciec był bankierem, który dużo podróżował. Matka miała szerokie zainteresowania naukowe i gdy mały Thor był chory i leżał w łóżku - dawała mu do czytania nie bajeczki, ale książki z dziedziny antropologii.

Gdy miał pięć lat, wbiegł podczas zabawy na zamarzniętą taflę fiordu. Lód się załamał i dziecko w ostatniej chwili uratowano. Miał jednak po tej przygodzie obsesyjny lęk przed wodą, zdumiewający u człowieka, który w trzcinowych czółnach i tratwach wyruszył na oceany świata. Nauczył się pływać dopiero, mając 22 lata, gdy nagły przybór rzeki na Tahiti postawił go w obliczu nowego śmiertelnego niebezpieczeństwa.

.

Na Kon-Tiki

Tahiti? Czy nie za szybka wędrówka znad fiordu do Polinezji? Czy muzyka, którą tak alegorycznie przedstawiłem memu ówczesnemu rozmówcy jako klucz do zrozumienia techniki gromadzenia faktów w reportażu - nie wychodzi zbyt szybko?

Heyerdahl wstąpił na uniwersytet w Oslo, gdzie studiował zoologię i geografię. Ożenił się i z młodą żoną imieniem Liv wyruszył w pierwszą wyprawę do Polinezji. W 1937 roku młoda para została adoptowana przez naczelnego wodza Tahiti - Teriieroo. W Polinezji - jak miałem się później przekonać - adopcja dorosłych ludzi nie jest niczym niezwykłym, młodzi Skandynawowie opanowali tam styl życia i obyczaje wyspiarzy. O masowej turystyce nie było jeszcze wtedy mowy, podróże lotnicze na dalekich trasach - były "muzyką przyszłości". Wyobrażam sobie, jak odcinała się od wyspiarzy ta para rosłych, niebieskookich i jasnowłosych przybyszy. Z Tahiti wyruszyli na rok na wyspę Fatuhiva w archipelagu Markizów.

.

Lucjan Wolanowski z wizytą  u Thora Heyerdahla - Oslo, 20 września 1957 r.
(Fot. Archiwum Lucjana Wolanowskiego)

Heyerdahl studiował zjawiska przyrody i - jakby wynikało z jego późniejszych wspomnień - zastanawiał się nad tym, jak dalece ówczesne teorie o pochodzeniu wyspiarzy Mórz Południowych - przystają do rzeczywistości. Gdy ze swymi polinezyjskimi przyjaciółmi wyruszał na połów, aby zdobyć coś na obiad - zmagał się z bardzo silnymi prądami i wiejącymi ze wschodu wiatrami. Hm, dumał potomek Wikingów, czy rację mają ustalenia uczonych sław, które uczą, że wyspy Mórz Południowych zostały odkryte i zasiedlone przez bliżej nieokreślonych wędrowców z Azji Południowo - Wschodniej? Mieliby oni wiosłować pod prąd jakieś 10 tysięcy mil. Norweg uważał, że tak, jak badana przez niego flora i fauna - tak i ci ludzie, którzy zasiedlili wyspy Polinezji - przybyli z prądami morskimi z zachodu.

Heyerdahl porzuca swe studia zoologiczne i całą energię koncentruje na potwierdzenie swej teorii o pochodzeniu Polinezyjczyków i ich kultury. Jeżeli uznaje, iż ocean jest naturalnym łącznikiem między ludami Pacyfiku, to trzeba odpowiednie badania przeprowadzić w Brytyjskiej Kolumbii (Kanada) i Peru.

W czasie pracy w muzeum Brytyjskiej Kolumbii Norweg publikuje swą teorię, że Polinezja została zasiedlona przez dwie kolejne fale imigracji. Pierwsza dotarła na tratwach z drzewa balsa poprzez Peru i Wyspę Wielkanocną. Druga fala miała dotrzeć w kilka wieków później na Hawaje, płynąc na zestawionych parami czółnach z obecnego terenu Brytyjskiej Kolumbii.

Wyniki swych badań opublikował dopiero w 1952 roku na ośmiuset stronach dzieła pt.: Amerykańscy Indianie na Pacyfiku. Skąd taka rozpiętość w czasie? Gdy wybuchała II Wojna Światowa i jego ojczyzna dostała się pod okupację hitlerowską - Heyerdahl wrócił do Europy i zaciągnął się ochotniczo do formacji norweskich "cichociemnych", która działała na terenach Finmarku. Spiekotę tropików zastąpił mróz norweskiej zimy. Zamiast przyjaznych uśmiechów Polinezyjczyków - spodziewać się mógł przyjęcia ze strony hitlerowskich pistoletów maszynowych. Spadochroniarz Heyerdahl zakończył tę przygodę z wysokim odznaczeniem za dzielność.

.

Muzeum Thora Heyerdahla w Oslo (Norwegia)

.

Byłem kilkanaście lat temu w Callao, wielkim porcie Peru. Codziennie o świcie setki łodzi rybackich wyruszają na ołów. Ich zdobycz zostaje zamrożona czy zapakowana w metalowe puszki i wędruje na półki sklepowe czy spiżarnie restauracji w Europie, czy Stanach Zjednoczonych. Byłem w Callao w momencie, gdy na ulicach słychać było język polski. Bazowały tam polskie floty rybackie, statki - bazy przerabiały połów. Załogi były regularnie wymieniane samolotami: odrzutowiec, który przywoził z Polski nową załogę - zabierał do kraju tę, która miała już za sobą miesiące ciężkiej pracy w Callao, przedmieściu Limy, stolicy Peru.

Wcześniej, w 1947 roku biegałem po ruinach zniszczonej Warszawy i nie marzyłem o rejsie do Callao. Mogę więc tylko sobie wyobrazić, jak załogi najeżonych nowoczesną techniką statków - baz patrzyły na tratwę. Nie była to niedzielna rozrywka nudzących się młodzieńców. To Heyerdahl z pięcioma osobami załogi wyruszał na spotkanie przygody. Przed nimi był Ocean, wcale nie tak Spokojny, jak sugeruje nazwa. Chodziło też nie o zakład, ale o przekonanie oponentów żeglarza, że jego teoria przystaje do życia, że tędy właśnie wiódł szlak imigracji na wyspy Mórz Południowych. Że przodkowie dawnych Peruwiańczyków właśnie wodnym szlakiem dostali się na wyspy Polinezji.

101 dni trwała żegluga tratwą, osiem tysięcy kilometrów na falach oceanu. Tak wyprawa dotarła do atolu Raroia w archipelagu Tuamotu. Byłem tam w wiele lat później. Statek pocztowy "L'Oiseau des Iles" ("Ptak z wysp") nie unosił się "na falach i na modlitwie", ale był solidnie wyposażony w radar, echo-sondę - słowem wszystko, co technika stworzyła, aby zneutralizować "okrutne morze". Sternik czytał dane z dokładnych map, rafy koralowe były omijane szerokim łukiem. Kuchnia szykowała dania smaczne i pożywne. Tratwa Norwega dawała swej załodze surowe, złowione co dopiero ryby. To, na co mogli liczyć przed wiekami ówcześni żeglarze.

Ci, którzy kpili z teorii Heyerdahla, musieli - acz niechętnie - przyznać mu rację. Ale to był dopiero początek. "Swoboda zaspokajania ciekawości" - nie była jeszcze w pełni wykorzystana. Czekały inne wyzwania.

Thor Heyerdahl był już wtedy "kimś", a nie Mr. Nobody. Świat był i jest pełen zagadek i młody Norweg chciał je rozwiązać. Maszyny drukarskie w różnych miastach naszego globu drukowały kolejne wydania przekładów książki o podróży z Callao do Tuamotu. Ja sam naliczyłem 37 wydań po angielsku, a było ich na pewno znacznie więcej. Wydawcy dopominali się o dalsze działa. I mieli je dostać...

*   *   *

Dawno, dawno temu zjawiłem się w Polinezji. Wszystko było dla mnie nowe, wszystko interesujące. Była już noc, gdy skończyłem porządkowanie notatek i szykowałem się do snu. Nocną ciszę rozdarł nagle głuchy łomot bębnów, dobiegający z bliskiej okolicy. Ledwie ustał, gdy z oddali dał się słyszeć podobny, ale już przytłumiony przez dystans, miarowy "werbel". Jeszcze przez wiele godzin dobiegał coraz to z innych stron ten ówczesny telegraf Oceanu zwanego Spokojnym...

Mogę sobie wyobrazić teraz, gdy wyspiarze komunikują się nowoczesnymi środkami łączności (i pewnie odszedł w zapomnienie zawód "dobosza - telegrafisty"), jak intensywnie pracował ów telegraf, gdy miał przekazać sensację nad sensacjami: oto popaas, czyli biali ludzie zjawili się na tratwie u wybrzeży wyspy Raroia, po 101 dniach żeglugi!

.

Tratwa Kon-Tiki w Muzeum w Oslo

.

Wyspa należy do archipelagu Tuamotu, jakieś 4300 mil morskich od Callao, wielkiego portu w Peru, gdzie zaczął się śmiały rejs. Ale - jak pisze jeden z ówczesnych komentatorów wyprawy – „wywołała ona więcej szyderstw niż uznania w środowisku akademickiej antropologii". Czy uczeni powodowani byli wtedy tylko zawiścią lub niechęcią wobec młodego zoologa, który burzył ich teorie? Otóż wydaje się, ze takie twierdzenie byłoby uproszczeniem. Poważny dziennik australijski "The Australian" pisze obecnie, że „antropologowie współcześni, uzbrojeni w wiedzę o genetycznym dziedzictwie ras - są pewni, że tezy Heyerdahla o kolonizacji pozbawione są podstaw naukowych".

Norweg po wyprawie na Kon - Tiki sposobił się już do następnych dalekich podróży. Ze środkowej Afryki sprowadził kilku budowniczych z plemienia Burundi, którzy - zbrojni w umiejętności przekazywane z pokolenia na pokolenie - zbudowali dlań w 1969 roku egipskie czółno z papirusa. Powstało u stóp piramid i zostało nazwane "Ra", tak, jak zwał się bóg słońca. Przewieziona najpierw do Safi w Maroku, łódź wypłynęła do Barbados. Po jakichś trzech tysiącach mil żeglugi - zaczęły się problemy i trzeba było zakończyć rejs, niezbyt zresztą daleko od celu.

.

Pomnik Thora Heyerdahla w Şəki, w Azerbejdżanie

Uparty Norweg nie był zrażony trudnościami. Po dziesięciu miesiącach sprowadził budowniczych z plemienia Indian Aymara w Boliwii, które dalej potrafiło budować łodzie z trzciny. Ich dziełem była "Ra II", która w 57 dni dopłynęła do Barbados, co miało być dowodem kontaktów transatlantyckich między dawnymi cywilizacjami a ludami Ameryk.

Ci sami budowniczowie stworzyli z trzciny łódź "Tigris". Tym razem rejs miał udowodnić, że istniały kontakty i wymiana wpływów między wielkimi kulturami Mezopotamii, doliną Indus i Egiptem. W 1978 roku "stocznia" była w Iraku a budulcem została lokalna trzcina. Największy trzcinowy statek, jaki zbudowano na zlecenie norweskiego żeglarza, miał na pokładzie jedenaście osób załogi. Przez rzekę Tigris i Zatokę Perską wpłynął na Ocean Indyjski. Po pięciu miesiącach żeglugi statek znalazł się w rejonie nękanym lokalnymi wojnami i nie dostał zgody na wypłynięcie z portu Dżibuti. Heyerdahl w proteście przeciw wojnom - zakończył rejs podpalając statek.

Gdy w roku 1955 Heyerdahl wyruszał na Wyspę Wielkanocną, sam finansował tę wyprawę, choć patronat nad nią objął król Norwegii Olaf V. Tam podjął prace wykopaliskowe. Zdobył dowody, że wyspa była niegdyś gęsto zalesiona i że już w czwartym wieku, czyli o tysiąc lat wcześniej, niż dotąd uznawano, żyli na niej ludzie.

Frapowały go wielkie posągi, rzeźby wskazywały by na peruwiańskie wzornictwo. Opierając się na przekazywanych z pokolenia na pokolenie legendach głoszących, że gigantyczne posągi "spacerowały" - Norweg, stosując skomplikowany system sznurów i zaprzęgów udowodnił, że tymi sposobami przemieszczenie tych masywnych budowli było zupełnie możliwe.

Na pewnym etapie swych działań Heyerdahl uznał, że nie może być obojętny wobec nasilającej się krytyki ze strony uznanych autorytetów naukowych. Napisał: "Udowodniłem, że wszystkie dawne przed-europejskie cywilizacje mogły komunikować się przez oceany, a to posługując się prymitywnymi środkami, jakie miały do dyspozycji. Uważam, że teraz swe racje winni przedstawić ci, którzy uważają, że to właśnie oceany były czynnikiem oddzielającym cywilizacje".

.

Ra II - Muzeum w Oslo

.

W latach osiemdziesiątych i wczesnych dziewięćdziesiątych zawędrował znowu do Ameryki Łacińskiej, gdzie spotkał przyjaciela z dawnych lat, kierującego wykopaliskami świątyni, z czasów jeszcze przed Inkami. Badając obiekty uzyskane w czasie tych prac, Norweg umocnił się w swych przekonaniach, że dawne cywilizacje tych rejonów były na drodze postępu na długo przed przybyciem Kolumba.

Heyerdahl podjął wykopaliska w rejonie peruwiańskiej piramidy w Tucume, gdzie znalazł dowody, że już przodkowie Inków urządzali rejsy dalekomorskie, a ich symbole głowy ptaka były identyczne, jak te, odnalezione na Wyspie Wielkanocnej. Uczeni, zwolennicy tradycyjnych poglądów naukowych nie bez wahania uznali, że te odkrycia były ważne. Inni uczeni i autorzy albo negowali wprost odkrycia Heyerdahla, albo poklepywali go protekcjonalnie po ramieniu, że niby młody wiekiem - to błądzi, ale jak się postara, to przyzna im jednak rację...

Pisze niemiecki autor Herbert Wendt: "To, że Polinezyjczycy uprawiają słodkie ziemniaki i bawełnę, wskazują tylko na to, że jacyś odważni żeglarze zapuścili się aż do Ameryki Południowej mimo niesprzyjających wiatrów i prądów morskich. A ustalenia nie zadowalają autorów pseudo - naukowych. [...] Heyerdahl zgromadził obszerną dokumentację na pokrewieństwo religijne, kulturalne, artystyczne i rolnicze między Polinezyjczykami a pramieszkańcami Ameryki Południowej - jednak faktem jest, że Polinezyjczycy nie mają nic wspólnego z cywilizacją morską Peru".

Zdania uczonych były i są podzielone. Australijscy antropologowie uważają, iż podstawowa teza Norwega, głoszącego, że to Indianie południowo amerykańscy skolonizowali Polinezję jeszcze przed przybyciem Europejczyków - nie da się utrzymać.

Jednak prof. Peter Bellwood z Australijskiego Uniwersytetu Narodowego w Canberrze zgadza się, że wyczyny Heyerdahla wzbudziły żywe zainteresowanie: "Wyprawa na Kon - Tiki nie udowodniła niczego, ale to była słynna ekspedycja i zwróciła powszechną uwagę na antropologię, co samo w sobie było już osiągnięciem. On oddał antropologii wielką przysługę" - powiada Bellwood.

Emerytowany profesor z Auckland University na Nowej Zelandii Roger Green przyjaźnił się od dawna z Heyerdahlem. Spod jego pióra wyszły artykuły naukowe, które niekiedy popierały norweskiego podróżnika, a niekiedy podważały jego odkrycia. Green jest zdania, że słodki ziemniak i inne rośliny wywodzące się z Ameryki Południowej a mające służyć Heyerdahlowi na poparcie jego tez - znalazły się na Polinezji jeszcze przed przybyciem Europejczyków - za sprawą polinezyjskich wędrówek. "To tylko poniektóre sprawy, w których zgadzamy się z Thorem, a są i takie, w których grzecznie mamy odmienne zdania, a jednak dalej jesteśmy kolegami i przyjaciółmi".

.

Popiersie Thora Theyerdahla w wiosce Güímar,
na wschodnim wybrzeżu Teneryfy (Wyspy Kanaryjskie)

U schyłku swego życia Norweg postawił śmiałą tezę, że mityczne bóstwo Odyn było w istocie człowiekiem, potężnym władcą, który w I w. n.e. przywędrował znad Morza Czarnego na teren obecnej Szwecji. Prowadził wykopaliska na terenie Azerbejdżanu, aby raz jeszcze podważyć uczone opinie innych badaczy. Jednak wielki żeglarz zawinął do Ostatniego Portu, nim jeszcze zdołał przekonać swych uczonych adwersarzy...

LUCJAN WOLANOWSKI

Warszawa, 17 maja - 21 czerwca 2002 r.

Fot. Wikimedia Commons (Creative Commons Attribution ShareAlike 3.0 License),
Archiwum Lucjana Wolanowskiego

*   *   *

Powrót do spisu treści