Lucjan Wolanowski
SmodCMS

o Leopoldzie Ungerze

Krótki załącznik do długiej przyjaźni

Tak, to już ponad pół wieku naszej przyjaźni.

Nie znaliśmy się w dzieciństwie. Leopold Unger jest rodem ze Lwowa, ja jestem warszawiakiem. Nie pracowaliśmy nigdy w jednej redakcji.

Zastanawiam się czasem, jak by się to ułożyło, gdyby jego pierwotne plany zatrudnienia się w Polskiej Agencji Prasowej, zaraz po powrocie do Polski - zostały jednak zrealizowane.

Szefowa tej instytucji, pani Julia Minc, żona jednego z bóstw ówczesnego panteonu politycznego - kierowała się czujnością klasową, rezygnując z pracy młodego człowieka, który potem wspiął się na szczyty kariery dziennikarskiej. Wiem, co piszę. Ona mnie samego przyjęła do pracy i ona też wysłała mnie na "zieloną trawkę", za co jestem jej szczerze wdzięczny. To była w latach czterdziestych przedziwna redakcja. Zastanawiam się, w jakiej grupie wylądował by mój przyjaciel Poldek, gdyby jednak znalazł się w tym zespole.

.

Leopold Unger (1922-2011) - Warszawa, 8 czerwca 2009 r.
(Fot. Mariusz Kubik)

.

Były tam bowiem niejako trzy odrębne grupy dziennikarzy. A więc: wysoko kwalifikowani dziennikarze z przedwojennej Polskiej Agencji Telegraficznej PAT, z którymi był kłopot, bo przeszkadzały im... kwalifikacje. Mam przed oczyma bezgranicznie zdumioną minę naczelnego redaktora, na którego biurku ląduje kolejny komunikat TASS-a, z wyrażeniami "psy łańcuchowe imperializmu" i innymi epitetami bogatego słownika dyplomacji radzieckiej owej epoki. Inna sprawa, że zawadzała im rutyna, formuły przyswojone latami praktyki. Pokutował jeszcze w pamięci zawodowców ów nieszczęsny komunikat: "Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, prof. dr Ignacy Mościcki  b a w i ł  w Krakowie na pogrzebie marszałka Józefa Piłsudskiego".

Druga grupa - jak ja to widzę - to byli komuniści przeważnie z więziennym stażem, przyuczeni do dyscypliny i nie zastanawiania się nad naukami Wielkiego Brata. Do nich zaliczyłbym samą szefową Minc. Ona chyba nie miała życia prywatnego. Gdy jej mąż Hilary Minc jechał do Moskwy - nie pojawiała się w redakcji i my, redakcyjny plebs, myśleliśmy, że ona mu tam towarzyszy. Po latach dotarło do mnie, że ona wtedy siedziała w domu i płakała. Sam Hilary, znający obyczaje swoich rozmówców na Kremlu - miał rzekomo w ubraniu zaszytą truciznę. Trzecia grupa, do której zaliczyłbym i siebie, a pewnie i Poldka, gdyby jego podchody skończyły się sukcesem - to amatorzy. Bez żadnej praktyki zawodowej, lawirujący między starymi wygami dziennikarstwa, a gorliwymi wyznawcami jedynej prawdziwej wiary.

Poldek i ja mieliśmy odrębny styl życia. On miał szczęśliwe życie rodzinne, był bywalcem salonów brydżowych i tych nielicznych, w których spotykali się dziennikarze. Ja pozostałem jedynym opiekunem swej córki - brzmi to nieprawdopodobnie, ale w Warszawie nigdy nie byłem w nocnej knajpie, bo spieszyłem się do domu, żeby położyć małą spać, albo odrabiać z nią lekcje. Poldek od czasu do czasu, wespół ze swoją żoną, urządzał bale dla dzieci, na których zjawiałem się i ja z moją jedynaczką. Były to wszystko spotkania raczej sporadyczne. Czasem wstępowałem do niego do redakcji, gdy wiedziałem, że go tam zastanę.

Pożegnania dziennikarzy z zawodem - przebiegały w owych latach Marcowej hańby rozmaicie. Jeden z mych dawno już nieżyjących przyjaciół wysłuchał wtedy spokojnie lawiny absurdalnych oskarżeń o spisek przeciwko Egiptowi. Kolejni mówcy odśpiewali swe role, pod czujnym okiem delegata jakiejś instancji partyjnej. Gdy wreszcie oskarżonemu udzielono głosu, zebrał manatki ze swego biurka i powiedział: "W tym przedsiębiorstwie nie chcę być pensjonariuszką". Skłonił się zebranym i wyszedł.

.

Dedykacja Leopolda Ungera dla Lucjana Wolanowskiego w książce autobiograficznej pt. Intruz
(Fot. Archiwum Joanny Makólskiej-Kowalskiej)

.

Nie widziałem Poldka w owych dramatycznych chwilach, ale właśnie w owych dniach, tuż przed jego wyjazdem, spotykaliśmy się niemal codziennie na wspólnych spacerach. Nie załamywał rąk, nie użalał się, nie rozwodził się nad łajdactwem tych, z którymi pracował przez lata, a którzy teraz rzucali się na niego z niesłychaną zajadłością. Wędrowaliśmy razem Alejami Ujazdowskimi, tym "salonem Warszawy". Widziałem znajomych, którzy nagle kierowali wzrok w inną stronę, lub przystawali i z namaszczeniem oglądali czubki swoich butów.

Nie miałem wtedy złudzeń, że mój przyjaciel wyrusza na spotkanie z niepewnym jutrem. W naszym zawodzie liczy się sztuka wysławiania swych myśli. Dziennikarz musi znać język nie na tyle, żeby zamówić obiad w restauracji, ale tak, aby przekonać czytelnika do swoich racji.

Poldek przebił się przez te wszystkie bariery. Znalazł swe miejsce w liczących się publikacjach. Od naszych spacerów warszawskich minęło już wiele dziesiątków lat. Ach, to już? Jak ten czas szybko mija.

LUCJAN WOLANOWSKI

Warszawa, 20 stycznia 2002 r.

Powrót do spisu treści