Lucjan Wolanowski
SmodCMS

o Aleksandrze Drożdżyńskim

Wstęp do: Aleksander Drożdżyński, Mądrości żydowskie, Unicorn Publishing Studio, Warszawa – Londyn 1993.

Człowiek, który żartował

Człowiekowi, który żartował, naprawdę nie powinno być wcale do śmiechu, a Jego nieszczęściami można by obdzielić kilkadziesiąt osób.

Ale jak Go znałem, miałby mi za złe, gdybym zaczynał tę opowieść od relacji o doli i niedoli Autora. A znałem Go dobrze. Mam prawo zaliczać się do Jego najlepszych przyjaciół. Nawet wtedy, kiedy mieszkał już poza krajem spotykaliśmy się przy każdym moim wyjeździe zagranicznym; dojeżdżał na każdy wskazany adres w Europie. A więc pewnie powiedziałby:

No wiesz, człowiek kupił tę książkę, aby się pośmiać czy zadumać nad humorem społeczności, której tu już nie ma, a ty częstujesz go uderzeniową dawką żalu…

Nawet jednak najkrótsza Jego biografia - jak powiedział poeta - gra na skrzypcach epoki smyczkami cierpienia.

Aleksander Drożdźyński urodził się w 1925 roku w Tomaszowie Mazowieckim. Od 1940 osadzony w getcie łódzkim. Lata 1944-45 obozy koncentracyjne Oświęcim, Buchenwald, Bergen-Belsen. Po wojnie studia filozofii w Krakowie i Wrocławiu. Pisarz i dziennikarz. W 1968 zmuszony do emigracji, mieszkał i zmarł (w 1980) w Düsseldorfie w Niemczech. Autor opracowań historycznych. Książka Mądrości żydowskie stała się bestsellerem w Polsce, przekład rosyjski ukazał się w drugim obiegu w ZSRR.

Gdyby żył, napisałby tę przedmowę sam. Mnie pozostaje niewdzięczne zadanie opowieści o Jego warsztacie, przypomnienie tego, co mi kiedyś opowiadał sam, czy też co przeczytałem w tekstach, które wyszły spod Jego pióra, a są poza zasięgiem tego zbioru. Na fali wspomnień zacytuję kilka poglądów Autora.

.

Dedykacja dla Lucjana Wolanowskiego od Aleksandra Drożdżyńskiego (1976)

.

Często powiadał: nie ma cyrku bez błazna. Taki cyrk byłby nudny. Błazen należy do samej istoty cyrku... Byli na przestrzeni dziejów władcy, którzy obywali się bez ministrów i doradców. Ale niemal wszyscy mieli nadwornych błaznów, co najmniej jednego.

Nie bez goryczy opowiadał: Tuż przed mym wyjazdem na emigrację spotkałem na ulicy komunistę z długim stażem, który latami sprawował w PRL jedną z najwyższych funkcji Zapytał, czy naprawdę wyjeżdżam. Przytaknąłem. Nie dociekał przyczyn wyjazdu, znał je przecież sam, ale postawił mi inne pytanie: »A kto nam tu teraz będzie opowiadał dowcipy?« Odrzekłem: »Musicie znaleźć sobie innego nadwornego błazna...«

Zwracał zawsze uwagę na paradoks, że humor żydowski - zresztą tak jak antysemityzm - przeżył epokę pieców. Drożdżyński był więc piewcą humoru i smutnej filozofii ludzi, którzy w masie swej poszli na zagładę lub i wyjechali za siedem mórz.

Rozważania na temat dowcipu mógł snuć w nieskończoność. Chętnie cytował westchnienie Tomasza Morusa, autora dzieła „Utopia": Panie, daj mi poczucie humoru, obdarz mnie łaską pojmowania żartu, abym zaznał trochę szczęścia w życiu i podzielił się nim z innymi...

Mawiał Drożdżyński: Uważam, że są dwie sprawy ważne dla człowieka: poczucie humoru i - może nawet ważniejsze - zdolność do pojmowania własnej śmieszności. Dowcipy są dobre i złe, tak jak jest dobra i kiepska literatura. Można to wyrazić jeszcze inaczej: dowcip jest najkrótszą formą literacką. Powieści pisze się dla tych, którzy nie rozumieją dowcipów. Można opowiadać żarty na każdy tematy ale trzeba wiedzieć jak opowiadać, kiedy opowiadać i komu opowiadać. Dowcip pisany nigdy nie będzie żył pełnią życia, jak dowcip opowiadany. A jednak nie ma innego sposobu na przedłużenie życia tych opowieści, jak spisanie ich i opublikowanie. Inaczej grozi im zapomnienie, jak tysiącom innych dowcipów. Żarty są okruchem dziejów, elementem historii. I często odzwierciedlają jakąś epokę lepiej, niż uczone monografie...

Oto dalej śmietanka zebrana z jego wypowiedzi: Dowcip jest najmniejszym teatrem świata. Obywa się bez sceny, rekwizytów i kostiumów.. Potrzebuje tylko jednego wykonawcy, który odpowiednim głosem, akcentem, gestem i mimiką osiąga ten sam cel, co zespół teatralny. Potrafi wywołać śmiech lub płacz. Opowiadanie dowcipów jest sztuką aktorską. Są ludzie, którzy opowiadają dowcipy tak bezbarwnie, że mało kto doczeka pointy. Są też tak zwani mordercy dowcipu. Najgorsi są jednak ci, którzy objaśniają dowcipy...

Ludzie zbierają znaczki pocztowe, monety, obrazy i tysiące innych przedmiotów. Ja także zaliczam się do mafii zbieraczy. Ale pasja moja ma inny charakter. Mianowicie kolekcjonuję historyjki o ludziach i dowcipy.

Lubię żarty, od dzieciństwa obcowałem z nimi w domu mych rodziców. Humor szedł ze mną przez życie. Zbierałem żarty, opowiadałem je, czasem wymyślałem. Mym towarzyszom niedoli w getcie i obozach koncentracyjnych opowiadałem dowcipy ku uciesze ich i mej własnej, aby przeżyć. Ale tylko nieliczni przeżyli.

Chciałem grać rolę nadwornego błazna. To jest bardzo wygodne, jako że można powiedzieć znacznie więcej, niż jest to dane innemu. Rolę nadwornego błazna przedkładam nad rolę dworskiego poety. Ktoś kiedyś powiedział: »Tam, gdzie jest dwóch żalących się Żydów, zawsze znajdzie się trzecia który będzie starał się dowcipem pocieszyć ich i rozweselić«. Dotyczy to nie tylko Żydów. Ja usiłuję odegrać tę rolę, aby pocieszyć i rozweselać. To jest dobra rola w teatrze życia i ja gram ją chętnie...

Aleksander Drożdżyński miał zaledwie 8 lat, gdy w Jego domu pojawili się pierwsi uchodźcy z hitlerowskich Niemiec. Przysłuchiwał się, jak opowiadali o bezprawiu i okrucieństwach. Były to straszne opowieści, ale nie zdawał sobie sprawy, że to dopiero początek; umysł ludzki nie ogarniał tego, co czekało jeszcze w czasie wojny.

Wspominał: Miałem 14 lat, gdy wybuchła wojna. Byłem pełen entuzjazmu. Wierzyłem w klęskę Hitlera i gdy dwa wielkie mocarstwa wypowiedziały wojnę Hitlerowi, radośnie demonstrowałem przed ich konsulatami. Gdy wracaliśmy do domu, ojciec powiedział mi, ze Niemcy będą w Łodzi jeszcze przed końcem tygodnia. Rozzłościłem się, mówiłem o panikarstwie. Ale życie miało przyznać rację ojcu...

Nie rozczulał się nad sobą, gdy wspominał tragedię własnego losu. Zauważał, że danym mu było zwiedzić najlepsze uzdrowiska III Rzeszy. Bardzo pomogły mi moje dowcipy, jak i znajomość języków obcych. Więźniowie chętnie słuchali historyjek o dawnych, dobrych czasach jak i kpin z hitlerowców. Ja z kolei miałem możność wysłuchania tego, co opowiadano w tamtych krajach. Wyzwolenie nadeszło 15 kwietnia 1945 roku o godzinie 15.00. Nie minęło pół godziny, jak dumny chodziłem w mundurze tłumacza przy wojskach brytyjskich.

W Polsce był kronikarzem postaci ze świata, który przeminął. Rzadko udawało mi się przekazać Mu żart, którego jeszcze nie znał. Ale może udałoby mi się zaskoczyć Go opowieścią o małym Maniusiu. Ta postać już nie istnieje. To był okaz przemądrzałego, aroganckiego i rozpuszczonego jedynaka bogatych rodziców, któremu wszystko było wolno. Posłuchacie? Proszę bardzo!

*   *   *

Państwo Rabinowicz podejmują gości, którzy chcieliby poznać pupilka domu.
Pani Rabinowicz woła przez całe mieszkanie: Moniuś! Moniuś!
- Co takiego?
- Chodź tu zaraz!
- A co się stało?
- Są goście.
- To co z tego?
- Goście chcą cię poznać.
- Niech mnie goście pocałują w ...
Pani domu (do gości): Państwo wybaczą, dziecko jest takie nieśmiałe...

*   *   *

Żydzi z tej części Europy, którzy wywędrowali za morze, wieźli ze sobą w bagażu swój humor. Ale ten z biegiem lat zmienił charakter. Jaka szkoda, że nie zdążyłem już opowiedzieć Olkowi jeszcze jednej mądrości żydowskiej, tym razem z dołu globusa czyli z Australii. Ba, tego nie mógł znać.

Sydney. Żydowska mama wiezie swego jedynaka na pierwszy dzień do szkoły. Początek roku szkolnego. Przejęta wiadomością chwili daje mu tysiące rad:

- Bubełe, w klasie masz usiąść na miejscu, które wskaże ci pani nauczycielka. Bubełe, gdy będzie znak hołdu królowej, ty śpiewaj hymn z innymi, bo my jesteśmy lojalnymi obywatelami. Bubełe, gdy będzie znak do modlitwy, to ty się nie modlisz ponieważ my jesteśmy Żydami, ale stoisz w milczeniu, na baczność, aby pokazać szacunek. Bubełe, na pauzie zjedz śniadanie. Bubełe, zaraz po szkole stań przed bramą, bo tam jest zakaz parkowania, a ja przyjadę i zabiorę cię do domu samochodem.

Istotnie, zjawia się po swego syna i pyta: No, Bubełe, czego się dowiedziałeś pierwszego dnia w szkole?

- Ja się dowiedziałem, że na imię mam Robert...

*   *   *

Nie usłyszał już ode mnie tej opowieści. Zmogła Go straszna choroba, cierpiał, ale duch przekory jeszcze się nie poddawał. Gdy zjawił się przy nim wielki autorytet medyczny i zwyczajowo zapytał: No, Herr Drozdżyński, co panu dolega? - w odpowiedzi usłyszał:

- Tak naprawdę, to ja myślałem, ze to od pana profesora tego się dowiem...

Ten, który żartował, kończył swą rolę na scenie życia. W mym mieszkaniu w Warszawie odezwał się rankiem telefon. Dzwonił z Düsseldorfu, aby się pożegnać. Wiedziałem, że stan jest beznadziejny, ale mamrotałem coś w rodzaju pocieszenia. Słuchawkę przejęła córka Kasia: Lucjan, ojciec wie wszystko. Rozmawiaj z nim rzeczowo...

To była nasza ostatnia rozmowa. Ostatnie spotkanie odbyło się nieco wcześniej, w Antwerpii, w Belgii. Ja płynąłem na polskim statku na wyspy Mórz Południowych. On przyjechał z Niemiec, pytał o wspólnych znajomych, żartował i dowcipkował. Odprowadził mnie do portu, stał na nadbrzeżu, gdy mnie motorówka wiozła na statek. W zimowej mgle zniknęła mi z oczu postać przyjaciela, człowieka, który zawsze żartował.

LUCJAN WOLANOWSKI

*   *   *

"Midrasz" (Warszawa)
Nr 1 / styczeń 1999 r.

Wspomnienia bez łez

Żartował dosłownie do końca. Gdy w klinice gdzieś nad Renem słynny profesor onkolog pochylił się nad nim i zapytał:

- Na, Herr Drożdżyński, co panu dolega?
- Prawdę mówiąc, panie profesorze, to ja właśnie od pana tego się chciałem dowiedzieć...

Niedługo potem zatelefonował do mnie do Warszawy, aby się pożegnać. Byłby zagniewany, gdybym wyniósł go na piedestał, wyliczył jego dokonania. A przecież był człowiekiem niezwykłym. Erudytą, który twierdził, że rodowód niektórych naszych współczesnych dowcipów sięga bajek Ezopa.

Zaczątki żydowskiego humoru dostrzegał już w Pięcioksięgu, Talmudzie czy midraszach. Szmoncesów nie lubił, odróżniał autoironiczny dowcip żydowski od historyjek o „Mońkach i Salczach”. Czuł niechęć do dowcipów, które trzeba było dopiero objaśniać, by słuchacz się uśmiechnął...

Jego własne życie nie było żartem. Już na emigracji „pomarcowej” powstała Próba napisania wiasnej biografii, opisująca prawdziwe dzieje człowieka, który „wolał raczej być nadwornym błaznem niż dworskim poetą".

Miałem w rodzinie lekarzy i rabinów, uczonych i przemysłowców, poetów i szachistów. Nie mogłem iść śladem ich wszystkich, miałem przeto swobodę wyboru tradycji rodzinnych. W gimnazjum byłem kiepskim uczniem. Bardziej niż matematyka interesowały mnie historia i historyjki. Potem przeczytałem Marksa, którego co prawda nie mogłem zrozumieć, ale bardzo mi się podobał. Bohaterami moich lektur byli w owym czasie Szwejk Haszka oraz Lejzorek Rojtszwaniec Erenburga. Potem wybuchła II wojna światowa, co umożliwiło mi studiowanie narodowego socjalizmu w działaniu. Dano mi szanse na zwiedzenie wszystkich uzdrowisk Trzeciej Rzeszy. Byłem w Auschwitz, Buchenwald-Dora i Bergen-Belsen, nie wymieniając już komand zewnętrznych. W getcie i obozach koncentracyjnych spotkałem ludzi, którzy wskazali mi dalszą drogę życiową. Włączyłem się w Ruch Oporu. Moi towarzysze pochodzili ze wszystkich krajów Europy. Wszyscy byli znacznie starsi ode mnie i przekonali mnie, że trzeba walczyć przeciw każdej niesprawiedliwości".

Często zadają mi pytanie, w jaki sposób przeżyłem. Otóż nie umiem odpowiedzieć, bo sam nie wiem. Kto wie, może wszystko sprowadza się do tego, że byłem młodym i niedoświadczonym, że nie znałem lęku, za to miałem sporo owej hucpy, z której słyną Żydzi".

Wspominał, jak 15 kwietnia obóz Belsen został wyzwolony przez Brytyjczyków. Więzień Aleksander Drożdżyński pobiegł ku nadjeżdżającej kolumnie i wdrapał się na brytyjski pojazd opancerzony. Wetknął głowę w uchylone okienko kierowcy i zapytał: - Do you speak English?

To było chyba najgłupsze pytanie mego życia - wspominał - ale już dziesięć minut potem przekładałem oświadczenia brytyjskiej armii i dumnie paradowałem w brytyjskim mundurze, z pistoletem u boku. „Byłem wolny i naiwny. Tłumaczem przy wojskach brytyjskich byłem tylko przez krótki czas. Z przyjaciółmi ruszyłem do Polski, jako że wierzyłem w sprawiedliwość i socjalizm...”

W Polsce rozpoczął studia, na chleb zaś zarabiał ucząc języka angielskiego.

Działał w ruchu młodzieżowym, pisywał skrypty na różne tematy, „ale moi szefowie cenili ponad wszystko moje dowcipy i opowiastki. Dali mi list żelazny, który chronił mnie przez wiele lat. Byli to, Bogu dzięki, mądrzy ludzie, których wspominam z czułością. Ale mądrość była ich wadą. Żaden z nich nie utrzymał się w polityce”.

Rozpoczął prace w dziennikarstwie. Przełom w jego życiu nastąpił z przypadku. Gdańsk - premiera teatru eksperymentalnego. Zjawia się Drożdżyński, zaproszony przez kilku przyjaciół. Przedstawienie zostało jednak w ostatniej chwili odwołane „ze względów technicznych”. Prawda była taka, że aktor - odtwórca głównej roli - był kompletnie pijany. Drożdżyński, by zabawić zmartwionych organizatorów odwołanego przedstawienia, opowiadał im dowcipy. Występ był udany, skoro jeden z obecnych namówił Drożdżyńskiego, by przy następnym pobycie w Gdańsku wystąpił w miejscowym klubie z wieczorem żydowskiego humoru.

Zapamiętał to wydarzenie: „Uznałem tę propozycję za żart. Lecz gdy znowu pojawiłem się w Gdańsku, ujrzałem na pierwszych stronach lokalnych gazet zapowiedź, że ja, Aleksander Drożdżyński, będę opowiadał żydowskie dowcipy. Podkreślano, że taka impreza odbędzie się po raz pierwszy po wojnie w Polsce. Przyszło tysiąc słuchaczy i nazajutrz musiałem występ powtórzyć. Tak to się wszystko zaczęło”.

Jego książka Mądrości żydowskie była bestsellerem. Miał dodatkową satysfakcję, gdy pewnego dnia pokazano mu ręcznie przepisane, nielegalne wydanie kolportowane w ZSRR. Tak więc został mistrzem satyry, choć był autorem sztuki teatralnej, jednej wysokonakładowej powieści kryminalnej, kilku scenariuszy filmowych, z których tylko nieliczne skierowano do realizacji.

Niewiele jednak osób znało jego działalność na innym polu, co - jestem tego pewien - było dlań swoistą wyprawą w krainę humoru. Tłumaczył mianowicie przemówienia dostojników, którzy z różnych stron przyjeżdżali do Polski. „Największym sukcesem był przekład z chińskiego. Przed zabraniem głosu, na jakąś godzinę wcześniej, mówca streścił mi tezy swego wystąpienia. Zachwyceni słuchacze podziwiali, jak przekładam chiński tekst". Rozbawiony wspominał też, że uprawiał ghost-writing, czyli pisanie przemówień czy artykułów prasowych, które, co prawda, podpisywał ktoś inny, ale Olek dyskretnie inkasował honorarium.

Przyszły czasy, gdy jego teksty objęto zakazem druku. Żył z podpisywania zdjęć w agencji fotograficznej. Potem wypędzono go i z tej posady, więc przyjaciele znaleźli mu zajęcie w piśmie drukującym krzyżówki. Była to praca kiepsko płatna i nie wymagająca szczególnych kwalifikacji intelektualnych. Mawiał, że z czasem przekształci czasopismo w dziennik - „Codzienny Polityczny i Gospodarczy Rebus Polski Ludowej”. Może do ówczesnych decydentów trafiła i ta zapowiedź, bo posadę stracił. „Słuchano chętnie mych żartów i powiedzonek, ale władza mnie nie cierpiała. Zabrano mi list żelazny. Nie miałem już szans. Nie można się obronić przed brakiem poczucia humoru”.

Gdy wraz z rodziną postanowił wyjechać z Polski, odwiozłem go na Dworzec Gdański w Warszawie, do słynnego pociągu do Wiednia. W stolicy Austrii, emigrant z przegraną przeszłością i mglistą przyszłością, prosto z pociągu pobiegł do redakcji miejscowej gazety w języku jidysz. Zaabonował jeden egzemplarz do stałej wysyłki do Polski. Adresatem był naczelny redaktor wysokonakładowego tygodnika, drukującego teksty, które mogłyby być ozdobą hitlerowskiego pisma „Der Stürmer”.

.

Dedykacja dla Lucjana Wolanowskiego od Aleksandra Drożdżyńskiego (1974)

.

Cenzura pocztowa pewnie nie wtrącała się do przesyłek nadchodzących do osoby na tak eksponowanym stanowisku. Prezent z Wiednia wprawił w zakłopotanie obdarowanego, nastąpiły wyjaśnienia, że przecież nic z tym nie ma wspólnego, nie zna tego języka, co tylko utwierdziło podwładnych, „że coś w tym jest”. Były to bowiem czasy, gdy robiła karierę kołysanka, zaczynająca się od słów „Kosi-kosi łapci, pojedziem do babci, ale sza, ni słówka, bo babcia Żydówka...”.

Olek osiedlił się w Niemczech, występował w programach radiowych, wydawał zbiory dowcipów z Europy Wschodniej. Rozdział albański skomentował jednym zdaniem: Strefa Bezdowcipowa. Największym żartem było dlań to, że zaoferowano mu posadę zastępcy redaktora naczelnego pisma finansowego o zasięgu międzynarodowym. Czy znał się na tym? Raczej nie. Zdecydowanie nie. Nie były to problemy dla jego fantazji i polotu.

Paryż, Hamburg, Antwerpia - „gdzie tylko znalazłem się w podróży” - zjawiał się zawsze, spragniony wieści z Polski. „Wiesz, tak naprawdę to nie ma w Polsce człowieka po czterdziestce, który by coś znaczył, a którego ja bym nie znał” - mawiał. Miał fenomenalną pamięć do nazwisk i był fizjonomistą doskonałym.

Tak myślę sobie, że może kiedyś, już po Tamtej Stronie, spotkam Olka, a on mnie zapyta, jakie żydowskie dowcipy mam mu do przekazania z Warszawy. Olek - powiem mu wtedy - Żydów zostało nad Wisłą niewielu, może nie bardzo jest im do śmiechu, może zabrali ze sobą humor ci, którzy wyjechali.

LUCJAN WOLANOWSKI

Warszawa, 1998


Powrót do spisu treści