Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Moje usługi dla ludności (1969)

(1969; wstęp do książki Z zapartym tchem, Państwowe Wydawnictwo "Iskry", Warszawa 1969)

Kiedy mężczyzna nie potrafi zanucić żadnego szlagieru, który by miał mniej niż pięć lat, kiedy dentysta zaczyna mu usuwać zęby, a nie plombować, kiedy na przyjęciach najchętniej odzywa się do ludzi, których już zna, kiedy jego ulubieni aktorzy występują już tylko w rolach kamerdynerów lub emerytowanych pułkowników, kiedy budzi się przed porą wstawania i myśli o dawnych czasach - to znak, że lata mijają.

I tak się czasem zastanawiam: kiedy okazało się, iż w mym zawodzie tylko 20% pracowników dożywa do wieku emerytalnego, to może się zdarzyć, że ja będę między tymi 80%, którzy nie dożywają, i nie będę miał czasu na pisanie wspomnień. Może się więc kiedyś ukazać coś w modnym obecnie stylu, a mianowicie jakaś paniusia, która mnie nigdy na oczy nie oglądała, będzie mnie poufale tytułować „pan Lucjan” i wmawiać we mnie poglądy, których nie podzielałem, czy zamiłowania, które były mi obce. Będzie upierać się, że ja chciałem powiedzieć to albo tamto.

W pełni władz fizycznych i - mam wrażenie - umysłowych zostawiam więc potomnym kilka uwag na temat własny. Ma to być asekuracja przeciw domysłom z cyklu „pan Lucjan chciał powiedzieć...”

A więc urodziłem się w 1920 roku. Od tego czasu aż do zgonu bardzo lubiłem życie i ładne dziewczyny, zwłaszcza rude. O tych zamiłowaniach donosiła memu ojcu - matkę straciłem bardzo wcześnie - moja opiekunka, która pisała: „...donoszę też panu mecenasowi, że Lucjan chodzi tu z jedną rudą, ale już ja ich upilnuję...” Miałem wtedy 13 lat.

Nigdy nie piłem i nie paliłem, co siłą rzeczy skłaniało przyjaciół do przypuszczeń, iż koncentruję się na innych uciechach życiowych. Trudno mi inaczej tłumaczyć głęboki cynizm Żukrowskiego, który adresując do mnie życzenia gwiazdkowe napisał pod mym imieniem i nazwiskiem: „znawca obu półkul ziemskich i damskich”. Kiedyż ten Wojtek spoważnieje!

Odebrałem staranne wychowanie najpierw w gimnazjum im. Mikołaja Reja w Warszawie, potem zaś w Gimnazjum Męskim w Rabce. Uczyłem się raczej słabo, czego nie należy powtarzać mej córce. Nie stawiam jej zresztą nigdy za przykład samego siebie. Obawiam się, aby nie powtórzyła się historia, kiedy pewien tata ciągle powtarzał synkowi, jak to dobrze uczył się Jerzy Waszyngton, gdy był w jego wieku...

Maturę natomiast zdałem doskonale, po czym - aby było trudniej zgadnąć - zacząłem studia na politechnice w Grenoble, na wydziale elektrochemii i elektrometalurgii. Swój niebywały obecny rozkwit ta dziedzina techniki zawdzięcza niezawodnie temu, że nigdy nie skończyłem tych studiów, brutalnie przerwanych przez wojnę.

Pierwsze próby dziennikarskie w wieku lat 14 - w gazetce szkolnej, współredaktorem był Jacek Woźniakowski, obecnie w "Tygodniku Powszechnym". Potem pisałem podczas okupacji, potem kilka lat reporterki w PAP-ie.

Kilka lat pisywałem do "Przekroju" (długi cykl „Teraz to już można opowiedzieć"), w tygodniku "Świat" pracuję od dnia jego wznowienia w 1951 roku. Przez te kilkanaście lat odbyłem trzy podróże dookoła świata, nie licząc takich wypadów, jak do Nowej Zelandii, czyli coś około 22 tysięcy km w jedną stronę. Byłem na Przylądku Kennedy'ego podczas wystrzelenia pojazdu kosmicznego Gemini 5, pływałem z australijską flotą wielorybniczą i na statku zaopatrującym latarnie morskie na Morzu Koralowym. Przeleciałem nad biegunem północnym i pływałem z islandzką flotą rybacką, byłem za kulisami wielkiego paryskiego domu mody i na pogrzebie Agi Khana, uczestniczyłem w pielgrzymce buddyjskiej i przebywałem między strajkującymi górnikami w Japonii, zbierałem notatki w spiekocie Pakistanu i w najbardziej północnym mieście świata. Odwiedziłem w Oslo słynnego podróżnika Thora Heyerdahla, a w Moskwie byłem na herbacie u pułkownika Ilji Starinowa zwanego „Bogiem Dywersji”. Byłem między ludożercami na Nowej Gwinei, i w domu, gdzie się umiera w Singapurze, widziałem desant indonezyjski w Irianie Zachodnim i ludzi chorych na „roześmianą śmierć”. Rozwoziłem pocztę z latającym listonoszem w Australii i spieszyłem do wypadku z „Latającym doktorem”. W kraju też miałem dużo zajęć, zostałem np. oskarżony o zniesławienie przez dwóch zacnych panów, którzy poczuli się dotknięci mymi reportażami o aferze Mazurkiewicza. Procesy moje ciągnęły się przez 5 lat.

Byłem wiele razy łapany zębami za nogawki przez różne małe pieski, kilka razy byłem też pod nożem. Ostatnio przechodziłem trepanację czaszki dla usunięcia polipa, mam go już z głowy. Wybitni laryngolodzy, prof. Bystrzanowska i adiunkt dr Markiewicz, są zarazem jedynymi ludźmi na świecie, którzy wiedzą, co Wolanowski ma naprawdę w głowie.

Od wielu lat zajmuję się literaturą faktu. Wyrabia to nawyk ścisłości wyrażania się i niechęć do górnolotnych ogólników. Z tak zwanymi mieszanymi uczuciami wyczytałem niedawno w sprawozdaniu sądowym, że „oskarżona nie prowadziła się najlepiej". Co to znaczy? Czy narzeczony skradł jej całusa, kiedy wracali razem z kina, czy też oddawała się odpłatnie przygodnie poznanym panom?

Powiedział ktoś kiedyś, że lubi reporterów już choćby tylko za to, że są jedynymi ludźmi, którzy biorąc pióro do ręki nie myślą o nieśmiertelności. To na pewno twierdzenie słuszne, ale kiedy ktoś sięgnie po te notatki pisane na gorąco, w pośpiechu, pod zegarem, którego cykanie przypomina o terminie zamknięcia numeru - to znajdzie w nich jakiś przyczynek do dziejów naszych czasów. Te produkty reporterskiego trudu i ciekawości mają bowiem jeden wspólny mianownik: Tak było. [...]

Słynny reporter Joseph Kessel dał swym wspomnieniom tytuł „Nie wszyscy byli aniołami”. Miał na myśli ludzi, których poznał w swej trwającej całe życie pogoni za tematem. Myślę, że w tym sformułowaniu jest trafna synteza rzemiosła: reporter jak chirurg musi często grzebać w brudnych, ropiejących ranach, zapuszcza się w zaułki życia. Kessel porównuje reportaż do akrobacji bez siatki ochronnej. Łatwo tu o potknięcie, niebezpieczny upadek.

Wielka jest teraz moda na chwalenie się „usługami dla ludności”, chociaż w milionowej stolicy naprawa zamka błyskawicznego nadal jest problemem, nad którym głowią się najtęższe mózgi. Ja też chcę się pochwalić swoimi osiągnięciami w tym zakresie. Moją produkcją zasadniczą są reportaże wyrabiane na zamówienie wydawnictw, a detalicznie sprzedawane przez „Dom Książki". Natomiast w ramach produkcji ubocznej świadczę usługi dla ludności w postaci wieczorów autorskich.

Te spotkania pomagają mi w pisaniu. Notuję skrzętnie pytania, dzięki nim łatwiej mi nie rozmijać się z zainteresowaniami czytelników. Poważniejsze refleksje - może innym razem.

Tematem spotkania może być zresztą Australia czy Nowa Zelandia, Fidżi lub Bora Bora, ale i tak zawsze kilka pytań musi dotyczyć „sierot po Mazurkiewiczu” i mych z nimi przekomarzań. Dziś jednak niech mi będzie wolno zająć się pogodniejszą stroną opowieści.

Są typy bywalców takich spotkań, które można spotykać wszędzie. Organizatorom takich spotkań znany jest zawsze ten, który przychodzi, aby „obciąć prelegenta". Taki specjalista zgłasza się z pytaniem: „Ile wyniósł przyrost pogłowia owiec w stanie Nowa Południowa Walia w roku 1923?" Naturalnie nie umiem odpowiedzieć. Pytający nie nalega, kłania się grzecznie i rozgląda z uśmieszkiem po sali. To jego triumf. Bo ja nie wiem, ale on wie. Nim zjawił się na spotkaniu, na wszelki wypadek przeczytał sobie tę liczbę w roczniku statystycznym. A więc dlaczego pytał? Na to moje pytanie odpowiedział mi kiedyś rzeczowo kierownik świetlicy przy dużej kopalni węgla: „Panie, pan stąd wyjedzie, a on tu zostanie... Teraz on już jest ten, który obciął Wolanowskiego na znajomości Australii..."

Innym uroczym zjawiskiem są „starzyki”, czyli ludzie starsi i godni szacunku, ale na skutek nadmiaru wolnego czasu - skorzy do wystąpień we własnym repertuarze. Zadają więc jakieś pytanie, a potem „nawiązują”, i to dość karkołomnie. Pytanie dotyczy np. ludożerstwa, ale nim zdążę opowiedzieć o tym, co widziałem na Nowej Gwinei, pytający przerywa mi wpół zdania: „No, jak tam z tymi pana Papuasami, to ja tam nie wiem, ale jak ja byłem na serbskim froncie w 1915 roku, to...” Jako człowiek zawodowo ciekawy, chętnie bym nawet i posłuchał, jak to było na serbskim froncie, ale reszta zebranych protestuje. Słyszeli już tę relację, gdy była prelekcja o Słowackim, gdy omawiano nowy kodeks drogowy, kiedy taka jedna pani mówiła o sytuacji na Kubie... Oni już na tym kilka razy byli!

Doświadczenie poucza, że udane są spotkania na zasadzie dobrowolności - gorzej to wypada, gdy uczestnictwo jest obowiązkowe. W szkołach dziatwa kręci się, bo mama czeka z obiadem, a tu jakiś facet z Warszawy gada o Japonii. W internatach przy różnych szkołach też nie ma obaw o frekwencję, słuchacze zjawiają się na sali czwórkami. Żadnego nacisku nie ma, już nie te czasy! Kierownik daje swym pupilom swobodę wyboru: albo dwie godziny ćwiczeń na dziedzińcu, albo dwie godziny Wolanowskiego. Wybór jest zazwyczaj spontaniczny, jako że w grudniu po ćwiczeniach na dziedzińcu młodzieniec będzie się dwa dni czyścił, aby jakoś doprowadzić garderobę i siebie do ładu... Ale może dla odmiany pośmiejemy się teraz z samego prelegenta, czyli ze mnie. Niech i to będzie moja usługa dla ludności.

Którejś mroźnej zimowej nocy zadzwonił telefon. Łączono z zapadłą wioską. Na samym wstępie zostałem poinformowany, że sam pan naczelnik poczty został „po godzinach”, aby zapewnić połączenie z Warszawą. Proszono o spotkanie autorskie. Proponowany temat: „Obyczaje ludów Polinezji”. Nalegano na przyjazd, wioska leżała wtedy poza zasięgiem TV, kino objazdowe zaglądało rzadko. Uległem, chociaż nie mogę sobie pozwolić na spotkanie pojedyncze, kiedy na dojazd tracę dwa dni.

Gdy wysiadłem na małej stacyjce, czekała już na mnie „warszawa”, przysłana przez organizatorów. Przypuszczając, że wędrówki po morzach południowych zmieniły mnie, warszawiaka od pięciu pokoleń, w cieplarnianą roślinkę, organizatorzy przykazali kierowcy, aby już na pół godziny przed przybyciem warszawskiego pociągu włączył ogrzewanie wozu i krążył wokół placyku przed dworcem. Jak wiadomo, system ogrzewniczy jest mocną stroną „warszawy”, a więc po trzydziestu minutach tego upiornego kołowrotu kierowca siedział w samochodzie w spodniach i koszuli, przyklejonej potem do ciała...

Po godzinie jazdy przez zaśnieżone drogi dotarliśmy na miejsce. Cała wieś oblepiona była ręcznie malowanymi afiszami: „Przyjdź koniecznie, w sobotę wieczorem Wolanowski opowiada o dziewczętach z Tahiti!" Plakaty były podbudowane naszkicowanymi sylwetkami; wyobraźnia anonimowego artysty i jego umiłowanie szczegółów nie zostawiały żadnej wątpliwości co do tego, że przedstawione postacie są kobietami. Trudno się więc dziwić, że przed salką straży pożarnej stały dziesiątki sań, para buchała z rozgrzanych końskich grzbietów. Nawet z dość odległych wiosek ściągali chętni na zapowiedzianą imprezę.

Byłem nieco zaniepokojony, kiedy służba porządkowa starannie zamykała boczne drzwiczki, wiodące na salę, ale wyjaśniono mi, że to „aby nie wiało”. W pierwszym rzędzie harcerzyk strzegł miejsca zarezerwowanego dla mnie. „Czuwaj - powiedziałem - ale ja mam miejsce na mównicy...” Poprawiając pasek pod brodą, druh rzeczowo odrzekł: „Tu kazali pilnować...” Okazało się, że on wiedział lepiej.

O oznaczonej dla mnie godzinie na mównicę wstąpił jeden z działaczy miejscowych, który zaczął czytać referat o... nawożeniu, skupie i innych sprawach, na pewno bardzo istotnych, ale nie wymienionych w afiszach. Naród ruszył więc hurmem do drzwi, ale te - jak się rzekło - były zaryglowane. Czekano więc ponad godzinę, nim lektor, zacinający się co chwila na trudnym do odczytania w bladym świetle lampki tekście dojedzie do końca. Wreszcie zapowiedział następny numer programu: A teraz redaktor Jacek Wołowski opowie o Haiti…

Tłum zmęczony drogą przez zaspy śnieżne i dukaniem prelegenta przyjął zapowiedź ponurym milczeniem. Ja nie mogłem milczeć. Wołowskiego naturalnie nie prostowałem (wybacz mi, Jacku!), ewentualne reklamacje niech spadną na jego głowę, ale na Haiti nigdy nie byłem, prosiłem więc o sprostowanie. Prelegent był dla mnie łaskawy, zaraz wielkodusznie powiedział: „Tahiti czy Haiti, jeden diabeł, ale jak już tam sobie pan Wołowski życzy, to niech i tak będzie...”

Z Wołowskim w ogóle mi się nie wiedzie. W jednym z miast nadmorskich pan w ceratowym płaszczu obojętnie wysłuchiwał mych zwierzeń na temat Hongkongu.

- Kiedy ukaże się ciąg dalszy książki Pistolet nr... - zapytał.

Odrzekłem dyplomatycznie, że nie wiem, ale dowiem się od autora...

- To wy nie jesteście Wołowski?
- Nie.
- No to dlaczego się podszywacie?

Innym razem nadeszło zaproszenie na wieczór autorski w dużym mieście, godzina 21.00... Pora nieco późna, to już nie wieczór, ale noc autorska, ale że u mnie klient ma zawsze rację, więc pojechałem i tuż przed wyznaczonym terminem byłem już na sali. Zaskoczyło mnie towarzystwo w strojach wieczorowych, które rozsiadło się przy stolikach. Co więcej, na podium orkiestra stroiła instrumenty. Jak to normalnie w naszych lokalach rozrywkowych grajkowie przyglądali się publice z nie ukrywanym obrzydzeniem. Wreszcie sam dyrygent podszedł do mnie, przedstawił się wytwornie i zapytał:

- Długo pan będzie odstawiał te swoje Malaje?

Usłyszawszy, że te moje Malaje będę odstawiał ze trzy kwadranse, maestro zakomunikował:

- Fajno, to ja jeszcze sobie wyskoczę na miasto.

Jak się okazało, bywalcy klubu chcieli sobie w sobotni wieczór potańczyć. Realizacja tego ze wszech miar zrozumiałego zamiaru natrafiła na trudności natury niejako buchalteryjnej. Dowiedziawszy się, iż zespół rytmiczny „Johny Brzuś and his New Sącz Stompers” zażądał za przygrywanie do tańca trzech tysięcy złotych - główny księgowy instytucji finansującej klub odmówił uznania takiego wydatku. Wobec tego potańcówka została przemianowana na „Wieczór dyskusyjny poświęcony omówieniom przemian na Malajach. Po referacie i dyskusji - część artystyczna”. Ta pozycja mieściła się w budżecie doskonale. W ramach działalności społeczno-oświatowej, nawet po doliczeniu kosztów sprowadzenia prelegenta z Warszawy. W tej sytuacji wypadało mi wykonać plan usług przed terminem i już w 23 minuty odstawiłem moje Malaje przy akompaniamencie nerwowego spoglądania na zegarki rwącej się w tany publiczności. Dyskusji oczywiście nie było, jeżeli nie liczyć tej w szatni, gdzie mi zamieniono płaszcz. Ale to są już marginesy, załączniki do sprawy. I może jutro znów wstąpię na podium, ukłonię się zebranym i powiem: „Dobry wieczór państwu...” [...]

To nie wyglądało tak, że jako debiutant przyszedłem do redakcji, gdzie naczelny rzucił się na kolana i ze łzami w oczach błagał, abym dał się namówić na podróż dookoła świata... Przez lata całe dreptałem po korytarzach sądowych budynków w poszukiwaniu tematu, wędrowałem po Polsce w pogoni za ludźmi, którzy  w i e d z i e l i,  pracowałem przez wiele niedziel pod rząd na dyżurach w agencji prasowej, aby nagromadzić wolne dni i wyrwać się z redakcyjnego kołowrotka w Polskę, gdzie działo się tyle ciekawych rzeczy. [...]

I chyba mogę się przyznać, że w reportażu zawsze bardziej mnie interesowały boczne ścieżki niż szerokie gościńce.

Mój zawód reportera wymaga pośpiechu. Nie wystarczy być świadkiem dramatu, trzeba jeszcze wygrać walkę ze wskazówkami zegara, umieć opowiedzieć to w kilka chwil. Muszę sam wzruszyć się tematem, aby przekazać go innym. Muszę przełamać lęk przed białą kartką papieru. Nikogo nie obchodzi, że miałem za sobą kilka zarwanych nocy, kiedy siadałem do maszyny, że mam osobiste kłopoty czy zmęczył mnie wilgotny upał tropików. Płyną minuty, zbliża się pora oddania maszynopisu i nic się na to nie poradzi. Z zamętu doznań zanotowanych głębokim rylcem na taśmie wrażliwości i pamięci wyłaniają się pojedyncze słowa, powiedzonka, żarty, postaci epizodyczne, krajobraz, zapiski z historii, wspomnienia. Niby natrętna melodia, raz po raz wracająca do świadomości, pojawia się smutny uśmiech trędowatych, napięcie sprawy wielokrotnego mordercy, zgiełk miasta na Dalekim Wschodzie, gdzie dniem i nocą tłum ludzi przelewa się ulicami.

Nie wierzę w tak zwane lekkie pióro. Im reportaż ma być łatwiejszy do czytania, tym jest trudniejszy do pisania. Z chaosu wrażeń powoli układa się logika faktów. Obciosuje się wierzchnią warstwę, która zaciemnia obraz, teraz jest już może bardziej czytelny, ale to jeszcze nie to! Przecież Czytelnik nie był przy tym, przecież trzeba Mu przekazać nastrój tego dramatu, nie tylko same fakty. Już bliżej celu, ale teraz rozwlekłość znuży Czytelnika.

Bo reportaż jest sprawą wyobraźni. Tak jak nudziarz nie jest mile widziany w towarzystwie, tak i Czytelnik nie zaprosi więcej na gawędę, nie przeczyta lektury autora, który go raz znudził. Nie wystarczy mieć rację, trzeba jeszcze umieć przekonać Czytelnika. Trzeba dostrzec go po drugiej stronie biurka, kiedy stuka się w maszynę do pisania. Bez tego daleko się nie zajedzie.

Mój imiennik Lukian (z Samosaty, wielki satyryk grecki) pisał na wstępie swej Prawdziwej historii* : „Podobnie jak atleci z fachu i ci, którzy pracują nad fizycznym rozwojem ciała, mają na względzie nie samo tylko pielęgnowanie zdrowia i ćwiczenia cielesne, ale także należyte wytchnienie, i uważają je za zasadniczą część swego zajęcia, tak - zdaniem moim - przydatną jest rzeczą dla ludzi pracujących duchowo po dłuższej i poważnej lekturze odświeżyć umysł i uczynić go sposobniejszym do dalszej pracy. Pod tym względem nic, jak myślę, nie jest tak odpowiednim, jak czytanie dzieł, które w formie uciesznej i powabnej podają nie samą tylko czczą zabawkę dla umysłu, ale także pożyteczną mają na celu naukę. Coś w tym rodzaju znajdzie, jak tuszę, czytelnik w niniejszym utworze”.

Tyle Lukian. Ja, niestety, nie zawsze jestem w stanie podać wszystko w „formie uciesznej i powabnej”. To nie moja wina. Często biorę na warsztat sprawy ponure i opisuję tak, jak je widziałem. To nie pesymizm, ale realizm. Mój przyjaciel, malarz Witold Leonhard, czynił kiedyś wyrzuty swemu krawcowi, który ślamazarnie choć doskonale uszył mu spodnie:

- Bóg w sześć dni stworzył świat, a pan się pięć tygodni męczył nad tą parą spodni!

Krawiec odpowiedział rzeczowo:

- Tak, ale popatrz pan na te spodnie i popatrz pan na ten świat!
____________________________________________________________________________
* Dialogi t. I, str. 8. Wydanie Zakładu Narodowego imienia Ossolińskich, przekład Konstantego Boguckiego.

Powrót do spisu treści