Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Gwiazda dla sternika (1973)

(1973; fragment książki Westchnienie za Lapu-Lapu. Reporter na najdalszym Dalekim Wschodzie, Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik", Warszawa 1973)

Muszę znowu wypłynąć na morze, gdzie niebo się z falą spotyka.
Nic nie chcę, tylko dzielnego statku i gwiazdy dla sternika.
...Nic nie chcę, tylko dobrego druha, co baja i śmieje się tęgo,
I błogich snów, i lubych marzeń, kiedy skończy się długa włóczęga.
JOHN MASEFIELD (1878-1967) "Sea Fever"
(przekład Jacka Woźniakowskiego)


Sceneria opowieści to Zachodnia Nowa Gwinea, czyli Irian Zachodni - rok 1962. Aby zażegnać konflikt zbrojny między Holandią a patrzącą łakomie na ten szmat tropikalnej dżungli Indonezją, pewnego upalnego dnia lądowały tam doborowe formacje pakistańskie w służbie Narodów Zjednoczonych.

Do rozlewu krwi istotnie nie doszło, ale po ewakuacji administracji holenderskiej dawna kolonia pogrążyła się w chaosie. Ktoś puścił serię z pistoletu maszynowego do transformatorów, było to bardzo zabawne, kiedy olej lał się z wyborowanych kulami otworów, ale mniej zabawne, gdy stolica kolonii osada Hollandia (potem Kotabaru) utonęła w mroku. Nazajutrz z pozbawionych dostawy prądu chłodni wyrzucono do morza dziesięć ton mięsa, zapas na dłuższy czas. Z głębi wyspy nadchodziły różne pogłoski, rzecznik prasowy „Błękitnych Kasków" unikami kwitował pytania dziennikarzy. Demonstrował wzorowego żołnierza nazwiskiem Bahadur Chan, który wyprężony na baczność recytował dżentelmenom z prasy swój chwalebny życiorys. Jednak panowie z prasy puszczali mimo uszu zwierzenia dzielnego wojaka, upierali się przy swych pytaniach. Czy brygadier Said Uddin Chan wie o buncie Papuasów w rejonie Fakfak? Ile ofiar zabrała epidemia cholery w rejonie Kokonao? Co robią dwie kanonierki pakistańskie u wybrzeży wyspy?

- Panowie - powiedział spocony oficer prasowy – musimy mieć czas na wyjaśnienie tych spraw. Przez weekend nic się nie da zrobić, ale prosimy w goście do naszego kasyna, należy się panom wypoczynek...

- Chcą nas się pozbyć - ocenił sytuację długonogi fotograf z wielkiego londyńskiego tygodnika, kiedy wyruszaliśmy nazajutrz rano z hotelu ,,Noordwijk” - ale nic tu nie wskóramy, trzeba odczekać.

Jechaliśmy we trzech rozklekotanym „Volkswagenem” przez godzinę, mijając rdzewiejące na plażach barki desantowe jeszcze z czasów wojny przeciw Japończykom. Takie jest preludium przygody, która zaczęła się, gdy dotarliśmy do rozległej willi, gdzie oficerowie 14 pendżabskiego pułku piechoty urządzili sobie coś w rodzaju domu wypoczynkowego. Powitał nas ordynans, który najlepsze swe lata przeżył jeszcze pod brytyjskimi rozkazami. Porządnie już szpakowaty, wysoki, szczupły, w nieskalanie czystym mundurze ze skrzyżowanymi szablami Proroka na lewym rękawie - był uosobieniem dostojnego spokoju i... wszechwiedzy.

Nie byłoby bowiem nic dziwnego w tym, że w jednej z łazienek urządził prowizoryczną ciemnię, że Ed znalazł na talerzu piękne udko ugotowanej kury, a my dwaj - ogniste curry, że na wybrzeżu dwaj Papuasi szykowali łódź do nocnej wyprawy na krokodyle, gdyby nie to. że...

Otóż jadąc we trzech w samochodzie, rozmawialiśmy bez świadków, że John musi wywołać filmy, aby nie zjadła ich wilgoć tropików, że Ed dopiero niedawno pozbył się ameb i jest na diecie i że „story” o łowach na krokodyle zawsze się przyda, kiedy nie ma nic ciekawszego do pisania. Ale skąd Pakistańczyk o tym wiedział? Zbieg okoliczności - tłumaczyliśmy sobie. Jednak dziwów przybywało.

Osłabiony Ed wylegiwał się w hamaku i rozmyślał, że jego żona w dalekim Amsterdamie boryka się samotnie z przeprowadzką na nowe mieszkanie. Ja zastanawiałem się, czy kołczan z zatrutymi strzałami papuaskimi można by dostać tu, czy też lepiej poszukać go w australijskiej części wyspy. John zastanawiał się skrycie, czy uda mu się zdobyć miejsce w archaicznej „Dakocie”, która dwa razy w tygodniu odlatywała do Lae, skąd - już bez trudu - można było frunąć do Australii.

Ed zaniemówił z ustami pełnymi gotowanej kury, gdy przy obiedzie, nalewając wody do szklanek, dostojny ordynans rzekł mu że lepiej będzie jadać dopiero u mem-sahib, która teraz rozwiesza nowe firanki. John poczuł się nieswojo, kiedy Pakistańczyk powiedział mu, że poza samolotami pasażerskimi kursują jeszcze maszyny służby kurierskiej Narodów Zjednoczonych. Wieczorem przy werandzie przykucnął Papuas z kołczanem pełnym strzał, zaś dobrotliwy ordynans targował się z nim zawzięcie i pouczał mnie, jakie formalności muszę załatwić, aby dostać zgodę na wywiezienie tych skarbów.

Pora już kończyć tę opowieść o dniach pełnych odgadniętych myśli. Zdumieni i oczarowani, wróciliśmy po wyboistej drodze do dnia powszedniego w hotelu „Noordwijk”. Nasz współbiesiadnik sędziwy pan Cameron, nie był olśniony naszą opowieścią.

- Heu, nie sądzę, aby padli panowie ofiarą mistyfikacji - rzekł nam, żując kolejne danie z bogatego zestawu rijstafel. - Na początku stulecia - opowiadał - gdy wojska z ówczesnych Indii Brytyjskich ruszyły na front przeciw Burom do Afryki Południowej, to administracja kolonialna w Pendżabie nie mogła pojąć, skąd miejscowa ludność orientowała się w wydarzeniach na placu boju na wiele tygodni przed nadejściem oficjalnych komunikatów. A poczta szła wtedy tygodniami.

Okazało się, że żołnierze z Pendżabu umówili się z rodzinami, iż w pewne dni myślami przekazywać będą nowiny. - Oczywiście - zauważył rzeczowo pan Cameron - nie umieli przekazać nazwy Mafeking, ale opisywali teren bitwy czy leży na równinach, czy w górach, a co najważniejsze, który z ziomków poległ lub został ranny. A dzieliło ich wiele tysięcy mil.

- Cóż więc dziwnego, że włączył się w myśli panów ktoś będący na miejscu - powiedział pan Cameron. Ze spokojem człowieka, który dużo widział i dużo wiedział, sięgnął po małą czarkę z ostrym korzennym sosem.

Jeżeli więc dziś wyciągnąłem tę krótką opowieść z reporterskiego bagażu, to dlatego, że - mym zdaniem - marginesy reportażu są czasem znacznie ciekawsze niż to, co pasuje do obranego aktualnie tematu, a więc weszło do tekstu „na gorąco” wydrukowanego w gazecie czy książce. Oczywiście, nie było wtedy miejsca na tę historyjkę w cieniu historii, kiedy relacjonowałem dramat wielkiej połaci olbrzymiej wyspy, zmieniającej właściciela.

I tak to już się działo wiele razy. Zawsze powtarzam, że w reportażu boczne ścieżki są zazwyczaj znacznie ciekawsze niż szerokie gościńce.

Sporo wędrowałem tymi ścieżkami. W audycjach „Radio Kokos”, czyli na giełdzie ploteczek wysp Mórz Południowych, przezywano mnie „Biały on chodzić pieszo”. A przecież Pidgin English, czyli język stworzony przed stu laty przez handlarzy działających u wybrzeży Chin, który w różnych odmianach przyjął się na bezkresnym Oceanie Spokojnym aż po północne przedpola Australii - jest niełatwą próbą porozumienia językowego między różnymi ludami. Trud wart próby, trzysta dialektów jest w użyciu na samych tylko wyspach Południowego Pacyfiku. A nie jest to bełkot. Pidgin English ma swoją logikę. Chłodny dzień jest „dwa płaszcze dzień”, w zgodzie z tradycją, nakazującą ścisłe dostosowanie ubioru do pogody. Cebula to „apple belong stink”, czyli coś w rodzaju ,,jabłko przynależeć smród”. Ileż logiki jest w określeniu „mały facet stary człowiek przynależeć ogon” („small fellow old man belong tail”), czyli małpka. Któż nie zrozumie, że „big fellow box you fight him in teeth he cry” („wielki facet pudełko ty walczyć go w zęby on wołać”) to oczywiście fortepian. Podobnie jak „mały facet pudełko ty naciskać on wołać, ty ciągnąć on wołać” to przecież logicznie i jasno przedstawiona harmonia. Innymi słowy, kiedy ja już zasłużyłem sobie na taki przydomek, to możecie wierzyć - na pewno zasłużenie!

Oczywiście, piesze wędrówki po małych wysepkach, gdzie nie można w wozie włączyć czwartego biegu - były uzasadnione. Ale tam gdzie na przeszkodzie ciekawości reporterskiej stawała zielona zapora dżungli czy wielkie odległości, tam wędrowałem helikopterem lub statkiem rzecznym, małym samolotem czy motorówką.

[...] Moje wędrówki po drogach i bezdrożach Azji były jakimś ziszczeniem dawnych snów. Z wypiekami na policzkach uczniak w mundurku z niebieską tarczą na rękawie pochłaniał specjalny numer „Wiadomości Literackich” poświęcony Japonii. Mam po dziś dzień przed oczyma reklamowe zdjęcie wagonu motorowego, uruchomionego przez Japończyków na szlakach Mandżurii. Zachwalany jako „Super Express Asia”, pociąg ten mknął przez moją wyobraźnię. W cielęcym wieku nie bardzo zastanawiałem się nad tym, że ten japoński pociąg zjechał bardzo daleko z tras cesarstwa, że japońscy inżynierowie i kolejarze nie byli zapraszani do Mandżurii, lecz zjawili się tam w asyście uzbrojonych i strzelających rodaków. W nieforemnej sylwetce motorowego wagonu widziałem symbol podróży przez dalekie kraje. „Pojechać - zobaczyć, pojechać - zobaczyć!” - stukały koła pociągu z uczniowskiej lektury.

Od czasu gdy po raz pierwszy w 1956 roku ruszyłem w podróż reporterską, jechałem już prawdziwym ekspresem w prawdziwej Japonii, a nawet na dodatek szybką miejską koleją jednoszynową, która wcale w mych snach nie występowała.

Claude Roy pisze w Le bon usage du monde, że najpiękniejsze są te podróże, które odbywa się trzy razy. Raz, kiedy się o nich marzy, potem - gdy się wędruje, wreszcie - kiedy się je wspomina. Matką podróży - powiada - jest ciekawość. Stare babcie powtarzają, że ciekawość jest pierwszym stopniem do piekła, jednak wnuczęta nie słuchają tego gderania, a to słusznie, gdyż ciekawość jest podstawą życia.

Samoloty to ptaki, które śpiewają cały rok - pisze tenże autor. Ileż razy taki ptak niósł mnie właśnie tam, gdzie grzmiała burza. Malaje w godzinie zamieszek, Irian Zachodni w czasie bezhołowia, Hongkong w dni zarazy. Jak gdyby planety już nie starczyło, powędrowałem na Przylądek Kennedy’ego, aby tam, w tym przedsionku kosmosu, przeżywać u stóp wyrzutni start tych, którzy poszli do nieba...

Przez owe kilkanaście lat mych wędrówek Azja szła naprzód. Japońskie dzieci, odżywione ryżem i witaminami, nie mieszczą się już w tych ławkach, w których zasiadały poprzednie pokolenia uczniów. Zmienia się oblicze krajów, gdzie nie ma śniegu, gołoledzi ani rachunku za ogrzewanie, a są monsuny i tajfuny, gdzie dziewczęta nazywają się Sweee Chin, Imelda, Hartini, Micziko, Fatima...

Zaułki oświetlone latarniami, gdzie wróżbici odsłaniają przed swymi klientami tajemnice jutra. Gdzie gorący sok z trzciny cukrowej łagodzi nad ranem podmuch chłodnego wiatru, od pobliskiego morza. Ten skrawek Azji zanotowany na taśmie pamięci - gdzież to było? W Singapurze czy w Kota Kinabalu? W Brunei czy Tadoban?

Zmienia się oblicze tych stron, stając się dla turysty pejzażem wliczonym w cenę biletu wycieczkowego. Rzadko wystawiają swe nosy z klimatyzowanych hoteli gnani przez przewodników turyści, ich Azja zamyka się w wyniosłych gigantach, zwanych „Raffles”, „Hilton” czy „Intercontinental”. W gruncie rzeczy w tych właśnie rzęsiście oświetlonych hotelowych kioskach można dostać Azję, którą oni chcą przyjąć do wiadomości, a nie tę, która zaraz za hermetycznie oprawionymi szybami klimatyzowanych wnętrz trochę zachwyca, a trochę przeraża.

Malajskie sztylety ,,kris” o dziwnie falujących klingach, japońskie drzeworyty, filipińskie zwiewne tkaniny z włókna ananasa, jedwabie syjamskie, cudaczne rzeźby z orzecha kokosowego - to na pewno jest bliższe owej zachwalanej w prospektach Azji niż zaułek wiodący w ludzką nędzę i beznadzieję. Tam gdzie ma się do wyboru złudzenie i rzeczywistość - turyści wybierają ułudę. W syjamskiej świątyni na turystycznym szlaku uprzejmi mnisi w szafranowych szatach bez namawiania rozwierają wrota świątyni. Jednym pstryknięciem wyłącznika oświetlają mroczne kąty budynku. Wskazują z uśmiechem najlepsze miejsce do najlepszych zdjęć, sugerują nawet najtrafniej zestawiony czas naświetlania, aby te zdjęcia wypadły naprawdę najlepiej. To jest Azja uśmiechnięta, dostępna i aseptyczna.

Dopiero daleko od hoteli podłączonych do międzynarodowego systemu rezerwacji, daleko od wydeptanych ścieżek można przyjrzeć się Azji. Tak jest, przyjrzeć się. Inne wyrażenie tu nie pasuje. Nie jestem ciągle jeszcze znawcą tych stron, raczej ciekawym wędrowcem.
Gdy z Przylądka Kennedy’ego miałem wracać do Europy, droga wiodła przez Nową Anglię. Czekając na wielkim lotnisku na samolot do Bostonu, ulokowałem się wygodnie przed tablicą świetlną, jedną z tych, na których zapala się migające czerwone światełko, kiedy nadchodzi pora odlotu tego czy innego odrzutowca. Sączyłem kawę z automatu, przeglądałem gazety, ale czujnie śledziłem duże litery BOŚ i numer mego lotu, aby nie przegapić połączenia.

Kiedy czas mijał, a lampka przy BOŚ była nadal mroczna, wstałem i starym sposobem zasięgnąłem informacji w oszklonej budce na środku poczekalni. „Samolot do Bostonu? O, to właśnie ten!” - powiedziała bardzo uprzejma panienka w szkarłatnym mundurku, wskazując wypielęgnowanym paluszkiem na znikający na horyzoncie odrzutowiec. Tablica świetlna, w którą wpatrywałem się tak uporczywie - nie była jeszcze podłączona do sieci...

Mijają lata i „Super Express Asia” nie pojawia się już w mych marzeniach. Coraz częściej natomiast niepokoję się, że może patrzę na niewłaściwą tablicę, że może jakiś samolot odlatuje właśnie beze mnie.

Powrót do spisu treści