Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Uciechy podróży

Wyjechać to znaczy trochę umrzeć, zrezygnować ze swych nawyków i wszędzie pamiętać, że inni ludzie mają inne zwyczaje, a świat wcale nie kręci się wokół Polski.

Trzeba być przygotowanym na bardzo częste i trudne zmiany czasu, bo żyjemy w epoce odrzutowców. Każdy z nas ma własny zegar biologiczny, który bije według pewnego rytmu. Człowiek, który - na przykład - ląduje w Australii rano ma na swym zegarze już późny wieczór, ponieważ różnica czasu w zależności od strefy geograficznej i pory roku może sięgać od ośmiu do dziesięciu godzin. Turysta powinien mieć to na względzie i nie układać napiętego programu na pierwsze dni pobytu w odległym punkcie świata, ponieważ nie będzie miał przyjemności ze zwiedzania i kontaktów z ludźmi. Wielkie firmy światowe wysyłając za ciężkie pieniądze swego człowieka w dół globusa (jeśli nie udało się załatwić sprawy za pomocą teleksu czy faxu), dają mu dwie doby na to, aby jego umysł zaczął pracować prawidłowo i mógł ją bezbłędnie załatwić na miejscu.

Przy okazji warto pamiętać, że w nowoczesnym samolocie ciśnienie jest wyrównane (przez ostatnie ćwierć wieku nie spotkałem człowieka, który z tego powodu chorowałby w powietrzu). Należy pić dużo płynów - uprzejma prośba: nie alkoholowych! W hotelach można pić wodę z kranu, jeśli wyraźnie jest zaznaczone, że nadaje się ona do picia bez przegotowania. Nie wpadaj w histerię i nie bój się, ale namawiałbym do jedzenia tylko owoców tropikalnych, które mają naturalną osłonę przed bakteriami. Myślę o bananach czy pomarańczach.

Jeśli znajdziesz się w strefie wilgotnego upału, tam gdzie człowiek intensywnie się poci, to pamiętaj o tym, że zostanie zachwiany bilans soli w twoim organizmie. Dzwonkiem alarmowym jest to, że chce ci się pić, natomiast brak soli przejawia się rozmaicie u różnych ludzi. Na Zachodniej Nowej Gwinei mnie się to przytrafiło, gdy prowadząc samochód nagle zobaczyłem podwójny obraz. To był błąd początkującego. W każdym hotelu podają do stołu - albo kładą na nocnym stoliku - sól w opłatku, której tykanie ustrzeże przed nieprzyjaznymi niespodziankami. Doświadczony podróżnik nie popełni błędu.

Proszę pamiętać o tym, że w Azji są zupełnie inne obyczaje. W miastach ludzie na ogół pogodzili się z tym, że białym barbarzyńcom należy wiele wybaczyć - bo to prostaki nie znające dobrych obyczajów, ale jeżeli zboczymy z utartych szlaków i - na przykład - trafimy do małej wioski w Tajlandii, to można się spodziewać, że wszyscy będą dla nas mili i uprzejmi, ale proszę ich nie urazić niefortunnym gestem. Sposób, w jaki my obaj siedzimy, jest szczytem chamstwa, ponieważ kieruję duży palec u nogi wprost na pana; świadczy to o mojej arogancji, oczywiście według tamtejszych obyczajów. Kiedyś, także w Tajlandii, oglądałem w małej wiosce program telewizyjny i nagle wśród oglądających go chłopów nastąpiło poruszenie, które przeszło w pełne zażenowania milczenie. Pokazywano przyjacielską wizytę amerykańskiego dygnitarza u króla Tajlandii - ów gość siedział naprzeciw króla mając nogę założoną na nogę. Tłumacz mi wyjaśnił: trzeba mu wybaczyć, ponieważ na pewno nikt go nie uczył dobrych manier.

Urocze są dzieci tajlandzkie, wyglądają jak laleczki, ale - ręce przy sobie, opanuj pokusę pogłaskania ich po głowie. Ona jest siedzibą różnych demonów - złych i dobrych. Te dobre mogą się spłoszyć pod ręką cudzoziemca i zostaną tylko złe, a więc nie wolno tego robić.

Żeby już skończyć z tym jednym krajem - kiedyś byłem umówiony na rozmowę z profesorem farmakologii uniwersytetu w Bangkoku. Czekał na mnie niezbyt daleko od hotelu, w którym mieszkałem, ale - żebym nie zgubił się - prosił jedną ze studentek, aby mnie zaprowadziła. Punktualnie czekała w hallu. Ruszyliśmy krętymi zaułkami, w których na pewno sam bym się zgubił. Trochę byłem zdziwiony, że nie szła koło mnie, ale jak gdyby przemykała pod ścianami domów. W zapaskudzonej wyobraźni Europejczyka pojawiła się myśl, że jest ona młodą mężatką albo panną i ma narzeczonego, nie chce więc, aby ją widziano w towarzystwie cudzoziemca. Dopiero ów uczony, mój rozmówca, wyjaśnił o co chodziło. Mianowicie w Azji Południowo-Wschodniej opalenizna nie jest modna i dziewczyna szła w cieniu ścian, aby się przypadkiem nie opalić.

Pamiętajmy o tym, że gdy u nas była wielka moda na „przedłużenie” oczu, aby sprawić wrażenie skośnej egzotyki, zamożne Chinki z Hongkongu albo Japonki płacą chirurgom kosmetycznym ogromne honoraria, aby im „wyprostowali” oczy. Płynie stąd wniosek, stary jak świat, że kobietom trudno dogodzić i każdy człowiek chciałby mieć to, czego nie ma.

Zakładam, że podróżny może porozumieć się po angielsku lub - jeśli pojedzie do Ameryki Południowej - choć trochę po hiszpańsku czy portugalsku. Ale i tu czyhają pułapki. Po pierwsze - Amerykanie czy Australijczycy albo Nowozelandczycy nie tylko z biegiem lat stworzyli odrębne słowa wywodzące się z różnych języków, ale inaczej wymawiają słowa angielskie. Każdy, kto zna królewski angielski, porozumie się bez trudu z każdym Amerykaninem i każdym Australijczykiem, ale pamiętam w hotelu przy lotnisku na wyspie Viti Levu w archipelagu Fidżi wiszącą w portierni dużą tablicę: „Mówimy biegle po australijsku, rozumiemy angielski" i nie był on wcale taki absurdalny, jak mogłoby się wydawać. Azja Południowo-Wschodnia mówi dziś po angielsku, ale - uwaga! - stare przysłowie powiada, że skorpion ma żądło w ogonie. Co to znaczy? Rozmawiając z Japończykiem na jakiś istotny temat musimy najpierw przebrnąć przez całe zagłębie grzeczności i uprzejmości, z których niewiele wynika. Jeżeli sprawa jest ważna, nie usiłujemy wydusić z naszego rozmówcy jednoznacznej odpowiedzi „tak" albo „nie", jak to traktuje się w naszej starej Europie. Przyciskany przez nas rozmówca może zrobić coś w rodzaju gestu potakującego. To nie musi oznaczać „tak", ale - „owszem, zrozumiałem pana pytanie". Nie wolno nam na tym niczego budować.

Bardzo namawiam do stosowania się do zasad Holendrów, którzy mają doświadczenia co najmniej pół tysiąca lat wędrówek po świecie. Jest ona prosta: w dalekich krajach nie staraj się być mądrzejszy od tych, którzy byli tam przed tobą, ponieważ ci mądrzejsi leżą potem pod palmami.

W Polinezji Francuskiej zasada ta brzmi podobnie: orzechy kokosowe spadają tylko na głupców. Bierze się stąd, że tylko bardzo lekkomyślny człowiek usiądzie w cieniu palmy kokosowej z dojrzałymi owocami. Taki orzech waży kilka kilo, a spadając z wysokości nawet trzydziestu metrów działa jak bomba. Widziałem ofiary takiej lekkomyślności i wcale nie było to zabawne.

Życie twa krótko i trzeba korzystać z jego uciech, ale pamiętaj o tym, że na całym świecie alfons jest człowiekiem niebezpiecznym i nie daj się namówić na atrakcje, jakie on ci proponuje z dala od twojego hotelu. Nie wdawaj się w podejrzane transakcje z obcymi ludźmi, nawet, jeśli oczarują cię znajomością kilku polskich słów. Jako reporter miałem przez dwa tygodnie wstęp do więzienia w Hongkongu, gdzie rozmawiałem ze skazanymi handlarzami narkotyków. Lepiej tam nigdy nie trafić!

Tych kilka godzin dziennie zupełnie mi wystarczyło, a przecież miałem świadomość, że zaraz stamtąd wyjdę. Więzienie w Hongkongu to superluksusowy hotel w porównaniu z podobnymi przybytkami w innych rejonach Azji.

Jeżeli już wyruszyłeś w podróż, ciesz się każdym dniem i każdą godziną. Nie rozczulaj się nad sobą, gdy akurat jest za gorąco, ponieważ przyjechałeś z własnej woli, nikt ci nie kazał jechać. Pamiętaj o tym, że z podróży ma się trzykrotną przyjemność. Najpierw - kiedy ją się planuje, potem - gdy ją się odbywa i na koniec - kiedy się ją wspomina. A gdy mowa o wspomnieniach - niesłusznie zapomniany pisarz francuski Paul Morand napisał, iż tak lubi podróże, że chciałby, aby po śmierci z jego skóry zrobiono walizkę.

Przyjemnej podróży i szerokiej drogi!

LUCJAN WOLANOWSKI
Zanotował ANDRZEJ WOLIN

Powrót do spisu treści