Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Nie wszyscy byli aniołami (2005)

"Gazeta Uniwersytecka" (dodatek specjalny);
Katowice, kwiecień 2006 r.
________________________________________

Reporter pochyla się nad przeszłością

Nie wszyscy byli aniołami
(Dziennik dziennikarza)

Nie, nie! To nie było tak, że zjawiłem się w redakcji i szef błagał mnie, abym zgodził się jechać na Hawaje. Nie było też mowy o wyprawie expressem Canadian Pacific z Montrealu do Vancouver. Była natomiast zupa. Jej zapach wślizgiwał się ze stołówki do poczekalni, gdzie siedziałem nieświadomy mego losu. O obiedzie nie ma mowy, ale jak zostanę przyjęty do pracy - powiedziano mi na wstępie - to dostanę talerz zupy.

Był rok 1945, byłem głodny i obdarty. Warszawa leżała w gruzach, także i dom gdzie mieszkałem. Łódź była jakby tymczasową stolicą kraju, tam mieściły się wtedy redakcje i w centrali Polpressu, który później zmienił nazwę na PAP - starałem się o pracę. Ale nie było pracy, nie było zupy. Szef działu, dziś jeszcze ważna persona, odsunął z obrzydzeniem moją ankietę personalną i bez czułości powiedział: "Gdybyśmy AK-owcami zaśmiecali redakcję, to byśmy daleko nie zaszli..."

Wróciłem do Warszawy. Podróż na dachu wagonu w bardzo mroźną noc. Pociąg zatrzymywał się na każdej stacyjce, ustawiano go na bocznych torach, aby przepuścić transporty wojskowe. Trzeba było uważać, aby nie zasnąć na dachu; ci, których morzył sen, spadali pod koła. Towarzystwo było bardzo międzynarodowe. Koło mnie usadowił się wyzwolony z niewoli Belg, trawiony gorączką. Wojna jeszcze trwała, ktoś mu powiedział, że trzeba dostać się do Odessy, gdzie alianckie statki dowożą broń i amunicję dla ZSRR a potem zabierają wyzwolonych jeńców do domu. Ciągle się mnie pytał, czy do Odessy jeszcze daleko...

Drugie podejście do pracy wykonałem już w Warszawie, na Pradze, gdzie mieścił się oddział agencji. Wtedy naprawdę szukano ludzi na ulicy, przeszedłem okres próbny i zostałem na kilka lat anonimowej, agencyjnej roboty.

Nie będę rozczulał się nad sobą, ale początki były bardzo trudne. Dojeżdżałem o świcie kolejką podmiejską niemal do granicy miasta. Potem w ciężkich, gumowych buciorach jakie znalazłem na jakimś śmietniku - szedłem między ruinami na drugi brzeg Wisły, mostem pontonowym. Szef dawał mi jakieś zlecenia, znowu dreptałem między gruzami, aby ustalić, jak jest zaawansowana odbudowa gazowni czy co słychać w parowozowni. Miałem wtedy mnóstwo energii, łatwo ładowałem akumulatory, mogłem niemal spać na stojąco jak koń. Ale gdy nie zdążyłem na ostatni pociąg, to wracałem do redakcji i spałem na biurku. To była ciężka szkoła. Razem ze mną zaczynał ją Ludwik Jerzy Kern, nim odjechał do Krakowa do "Przekroju", mieliśmy przyjacielskie stosunki, po dziś dzień, ale wtedy zazdrościłem mu, bo mieszkał w hotelu. Był tam też Antoni Marianowicz, który objął później placówkę w Brukseli. Edmund Osmańczyk przebywał najpierw przez długie miesiące w Niemczech, potem osiadł w Szczecinie. Minęły lata, nim dostałem od niego "Osmana", czyli jego osobistą nagrodę za najlepszy reportaż roku. Podobało mu się Zwierciadło bogini. Reporter w kraju tranzystorów i gejsz.

Trudno mi ocenić, jak dalece sytuacja w tej redakcji była odzwierciedleniem ogólnego stanu dziennikarstwa w tych trudnych, powojennych latach. Ale nie popełnię chyba błędu - a reprezentuję tu tylko me własne poglądy - gdy rozróżnię niejako trzy kategorie zatrudnionych w redakcjach. Pierwsza - to zawodowi dziennikarze, którzy ocaleli z pożogi wojennej i zdecydowali się podjąć pracę w zawodzie. Byli to niemal wyłącznie mężczyźni, w wieku średnim czy niemal przedemerytalnym. Byli wysoce kwalifikowani, ale kwalifikacje te... utrudniały im pracę. Przyzwyczajeni do okrągłych zdań z komunikatów przedwojennego PAT - źle się czuli w narzuconym im stylu bizantyjskiego zachwytu nad wszystkim, co się działo. Co miał do powiedzenia specjalista analizy rynku giełdowego w kraju, gdzie nie było prawdziwej giełdy? Pamiętam, jak krzywił się poliglota, który miał przełożyć na polski notę dyplomatyczną, przekazaną przez TASS, gdzie były epitety w rodzaju "wściekły pies łańcuchowy imperializmu" czy coś w tym guście.

Inną grupę stanowili ideowi komuniści, których wiedza dziennikarska była żadna, ale mieli czuwać nad poprawnością opracowywanych tekstów. Na pewno było w tym trochę przesady, ale po latach zwierzał mi się redaktor Wadias, sekretarz redakcji "Głosu Ludu", centralnego organu PPR: "Panie Lucjanie, to była katorżnicza robota. Tam nikt nie umiał pisać dobrze po polsku. No bo niby skąd? Połowa zespołu pisała w domu cyrylicą a połowa - od prawej do lewej..."

Wreszcie trzecia grupa, to zupełnie młodzi amatorzy, tacy jak ja, którzy byli rzuceni na szeroką wodę i których nikt niczego nie nauczył. Pamiętam, jak kazano mi iść na posiedzenie Sądu Specjalnego. Tam rozpatrywano wtedy przede wszystkim sprawy o kolaborację. Wyroki były surowe lub bardzo surowe, egzekucje skazanych wykonywali niekiedy amatorzy, szukający zemsty za swe krzywdy. Opowiadano mi, że młoda dziewczyna, której udowodniono współpracę z gestapo - konała na stryczku przez kwadrans, powieszona przez niefachowego kata-amatora...

Ja na ławie prasowej siedziałem jak na tureckim kazaniu. Wywoływano kolejne sprawy, przemawiał prokurator i obrońcy. Starszy kolega z warszawskiej popołudniówki znał nazwiska wszystkich aktorów dramatu na sądowej sali, wiedział co zarzucano podsądnym i znał nawet ich wiek... W pokornym pokłonie zapytałem, skąd on to wszystko wie. "Mnie moja redakcja płaci za to, abym ja to wiedział" - odparł trochę kpiąco. Prawda była nader prosta. W kancelarii sądu pokazano mu akt oskarżenia, zrobił notatki i tylko czekał jak się sprawa potoczy, no i jaki będzie wyrok.

Czaiłem się przez wiele lat z moją krzywdą. W roku 1956, gdy nastała odwilż, zgłosił się do mnie kolega z Krakowa. Tamtejsza cenzura "zdejmuje" wiadomości o wielokrotnym mordercy. Mnie krakowska cenzura mało obchodziła, wszcząłem własne śledztwo i tak powstał cykl "Gdzie Mazurkiewicz - tam śmierć" który był - na owe czasy - sensacją i podniósł nakład gazety.

Zjawił się u mnie zziajany reporter sądowy z czasów mego debiutu. Miał przykrości w redakcji, że dał się ubiec w tak sensacyjnej sprawie.

- Skąd pan to wszystko wie? - zapytał.
- Mnie redakcja płaci za to, abym ja to wszystko wiedział.

Przypomniał sobie ten incydent sprzed 9 lat, byliśmy kwita, podaliśmy sobie ręce i zostaliśmy przyjaciółmi.

Nigdy bym nie przypuszczał, że stanę się transmisją dziennikarskiej anegdoty z XIX wieku aż za próg XXI stulecia. Ale tak się stało. Pamiętam zasłyszane wtedy, gdy byłem młodocianym adeptem zawodu - anegdoty, opowiadane przez sędziwych już weteranów dziennikarstwa. Prof. Józef Wasowski, w podeszłym już wieku, wspominał, że za czasów jego młodości były modne tzw. "szkice". Szkic to był ni pies ni wydra, ani literatura faktu ani beletrystyka. On sam, mając 18 lat, popełnił taki "szkic" i pełen najlepszych nadziei zaniósł go do redakcji. Była to łzawa opowieść o prostytutce, której ciało co noc jest brukane przez kolejnych klientów, ale dusza jej pozostała czysta, wędruje po Giewoncie i wita brzask nad górskim strumieniem...

Gdy po tygodniu zjawił się po ocenę swego utworu, sekretarz redakcji popatrzył nań bystro i zapytał:

- Młody człowieku, czy pan był kiedyś w burdelu?
- Ja? Ale skąd, nigdy nie byłem...
- To niech pan tam szybko idzie, bo to zupełnie inaczej wygląda!

Taka była istota zasady, że prawda jest rzeczą świętą, ale komentarz jest dowolny.

Inny senior zawodu, pracujący ze mną w jednej redakcji, wspominał, że przez wiele lat przed wojną zatrudniał się w popołudniówce, której egzemplarz kosztował 5 groszy. Tak, były takie gazety, walka na rynku prasy była zażarta. Liczyła się cena, liczyły się sensacyjne wiadomości własne, które as reportażu Egon Erwin Kisch ("Schreibt es auf, Kisch! - Napisz to, Kisch!") określał mianem "karpia solo".

Otóż redaktor prowadzący w tej gazecie zjawiał się w pracy o godzinie 18. 00 i zostawał do zamknięcia numeru. O godzinie 18. 30 przychodziła pomoc domowa z jego mieszkania, która przynosiła mu w menażkach gorącą kolację i czekała na krzesełku na korytarzu, aby zabrać puste menażki do domu. Czy nie mógł zjeść kolacji w zaciszu domowym o pół godziny czy godzinę wcześniej? Nie, wtedy mu nie smakowało... W każdym razie było wiadomo, że gdy spożywa posiłek - musi mieć spokój, którego nie wolno było zakłócać.

A jednak pewnego wieczoru wpadła do jego gabinetu praktykantka panna Jadzia, z okrzykiem - Ważne sprostowanie PAT! Redaktor ze złością odsunął od siebie talerz i powiedział: "Koleżanko, czy pani nie uczono w szkole dziennikarskiej, że pies gdy sra to nie szczeka..."

Słuchałem opowieści o straszliwych gafach, które zapewne brały się ze skostnienia i rutyny, tych plag dziennikarstwa. Przykładem słynny komunikat PAT: Prezydent RP prof. dr Ignacy Mościcki  b a w i ł  w Krakowie na pogrzebie Marszałka Piłsudskiego.

*   *   *

Tytuł tego tekstu jest zapożyczony, czyli ściągnięty z książki Josepha Kessela. To był as reportażu, jedyny reporter, który został członkiem Akademii Francuskiej. Dawno już nie ma go między nami. Był w podeszłym wieku, gdy miałem zaszczyt poznać go w Genewie, gdzie obaj szykowaliśmy się do wyprawy na reporterskie łowy z ramienia Światowej Organizacji Zdrowia. On - do Indii, ja - na najdalszy Daleki Wschód. Jego dzieła są u nas - jak sądzę - mało znane. Pisał po francusku, nie widziałem tu jego przekładów. Ale gdy może ujrzycie w TV dawno już nakręcony film "Noc generałów" - wiedzcie, że to on napisał scenariusz.

Temat leżał na ulicy, ale trzeba go było podnieść... Mroczna noc okupacji, Warszawa. W swym mieszkaniu zostaje zamordowana prostytutka. Sąsiedzi słyszą krzyki dziewczyny, jeden z nich widzi przez dziurkę od klucza tylko tyle, że zbiegający ze schodów mężczyzna ma spodnie z amarantowymi lampasami... To w Wehrmachcie przysługiwało tylko generałom. W owym czasie w Warszawie jest ich dwóch... Który zabił?

Wiodłem nieciekawy żywot miejskiego sprawozdawcy w agencji prasowej. Szef pewnego dnia wyczytał w mej ankiecie personalnej, że znam języki obce. Miałem uczestniczyć w konferencjach dla dziennikarzy zagranicznych, które były prowadzone z pominięciem języka polskiego. Była to zmiana losu, gdyż przed tym przeważnie biegałem na różne uroczyste akademie, które miały usypiający przebieg lub też śledziłem przebieg konferencji i zjazdów, gdzie teksty przemówień były znane na tydzień wcześniej, tak samo zresztą jak i kolejność mówców...

.

Konferencje dla zagranicznych dziennikarzy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych
- lata 40. XX w.

.

Lucjan Wolanowski - pierwszy z prawej
(Fot. Archiwum Lucjana Wolanowskiego)

.

W ten sposób wszedłem w barwny powojenny światek korespondentów zagranicznych akredytowanych w Warszawie. Miasto było jeszcze wielką ruiną, całe to towarzystwo gnieździło się w ocalałym z pożogi Hotelu Polonia. Konferencje odbywały się w MSZ, prowadzone tylko w dwóch czy trzech językach obcych.

W owych powojennych latach w Warszawie akredytowani byli dziennikarze, którzy zostali luminarzami zawodu. Warszawa była jakby przedsionkiem do dalszej kariery. Sydney Gruson, Flora Lewis, Rosenthal, Murrow - gdy wrócili do Stanów, to na znaczące, opiniotwórcze stanowiska. Naturalnie, za "żelazną kurtynę" nie wysyłano wtedy pętaków, ale nadzieje, jakie pokładały w nich ich redakcje - zostały spełnione. Larry Allen, Vincent Buist czy Pierre Maréchal jako dziennikarze agencyjni też znali świetnie swe rzemiosło. I nie tylko. Buist do końca swych dni był wielkim autorytetem w sprawach tej części Europy. Immanuel Birnbaum ze "Svenska Dagbladet" dawał sobie radę nie tylko z językiem polskim... Gdy prowadzący konferencję powiadomił, że powódź przerwała linię kolejową na północy Polski, ale nie umiał zlokalizować miejsca, Szwed zaoferował mu swoją pomoc, wymieniając z pamięci po kolei wszystkie stacje kolejowe na całym szlaku Bydgoszcz - Gdynia.

Ed Murrow, o którym powstał właśnie film pt.: "Good Night, and Good Luck" George’a Clooneya, a który na wojnie leżał w szpitalu z rannymi Polakami i znał nieźle nasz język, dokuczał mi, gdy "Przekrój" zaczął drukować mój cykl "Teraz to już można opowiedzieć" i inne reportaże: "Lucjan, jak ja czytam to, co ty piszesz, to rozumiem, jak ty byś pisał, gdybyś sam wierzył w to, co piszesz..." Pożyczał mi amerykańskie podręczniki i zbiory reportaży.

Z wypiekami na policzkach czytałem, jak Jack Lait i Lee Mortimer ("Urodziliśmy się tylko po to, aby opowiedzieć wam tę sensacyjną historię") opisywali zastrzelenie przez policję słynnego gangstera Johna Dillingera: "John Dillinger dostał swoje dziś na 42 ulicy. Był sprytny i przebiegły, ale federalna policja nigdy nie chybia, gdy ma upatrzony cel..." Ładne, prawda? Ale - jak mawiał mój dziadek - Lucjan, nie musisz im koniecznie wierzyć. Minęły lata. Gdy byłem na stypendium w USA, przysiadłem fałd w "kostnicy" - jak tam się zwie archiwum redakcyjne - wielkiej gazety. Otóż sprawa wyglądała tak, że gangster nie rozstawał się z dwoma nabitymi pistoletami wielkiego kalibru. Groziła mu kara śmierci, więc nie miał nic do stracenia i można było obawiać się jatki przy aresztowaniu. Ustalono, że jest bywalcem domu publicznego, należącego do pewnej Rumunki. Madame miała odwiedziny dwóch oficerów policji, którzy namówili ją do współpracy. Argumenty były nie do odrzucenia: gdyby miała jakieś opory czy wahania, to - tu odczytano odpowiednie przepisy - zastanie odstawiona do portu i załadowana na pierwszy statek, jaki odpływa do Europy. Naturalnie bez prawa powrotu. Reszta była już rutyną. Gdy gangster wychodził z przybytku uciech, otoczyli go dyskretnie policjanci w cywilu. Jeden z nich zaszedł go od tyłu, poklepał go po ramieniu i powiedział: "Hallo, John!", a gdy gangster się odwrócił, policjant wpakował mu serię kul prosto w serce.

Wspomniany już Vincent Buist z Reutera, sympatyczny i pogodny Brytyjczyk, stał się bezwiednie bohaterem typowej dla tych czasów przygody. Zebrania zespołu PAP trwały zawsze po wiele, wiele godzin. Były to straszne nudy, nagle rozświetlone jak błyskawicą przez windziarza, który zapisał się do głosu. Nastawiliśmy uszu, gdy zapowiadał, że "nigdy nie zawiezie agenta imperializmu". Na wykonanie zobowiązania nie trzeba było długo czekać. Szczegółów oczywiście nie znam, ale chyba była taka umowa między agencjami, że Reuter płacił w Londynie korespondentowi PAP, a w Warszawie - przedstawiciel Reutera dostawał równowartość w złotych.

W każdym razie na widok Vincenta, który zjawił się po swe pobory, windziarz gwałtownie zatrzasnął drzwi swego pojazdu i stanął między piętrami. Rad nie rad Brytyjczyk ruszył do kasy stromymi schodami na wysokie piętro. Gdy taka sytuacja powtórzyła się po raz trzeci czy czwarty, zrobił sobie tylko kółko na czole i powiedział: "Wariat".

Larry Allen z Associated Press, wysoki dryblas w mundurze amerykańskiego korespondenta wojennego - skorumpował warszawskie wyścigi konne, miał informacje niejako prosto z końskiego pyska. Interes się skończył, gdy w kolejce do kasy ustawiali się za nim inni hazardziści i zamawiali "To samo!". Przyjechał do Warszawy już jako "żywa legenda". Czy była prawdziwa? Raczej nie. Ale że czasy były ciekawe, sprzyjały dziwnym opowieściom, więc warto o tym wspomnieć.

Larry chodził po Warszawie w mundurze z oznakami amerykańskiego korespondenta wojennego. Faktem jest, że był na froncie Morza Północnego jeszcze wtedy, gdy Stany Zjednoczone nie były oficjalnie w stanie wojny z Niemcami, czyli jego sytuacja nie była jednoznaczna. Pokazywał mi piękną bransoletę z wygrawerowanym napisem: "Najlepszemu korespondentowi - Królewska Flota". Do tego miejsca wszystko się zgadza. Ale legenda głosiła, że gdy dostał się do niewoli - odmówił podania jakichkolwiek danych o sobie i zażądał, aby skontaktować go z marszałkiem Rommlem. Niemcy uznali, ze to chyba ich tajny agent najwyższego wtajemniczenia. Kiedy stanął przed obliczem "Lisa pustyni" - uśmiechnął się przyjaźnie, poprawił swój przepocony w skwarze Afryki mundur i powiedział: "Jestem Larry Allen z AP i chciałem uzyskać wywiad z panem na prawach wyłączności!" Rommel był tym tupetem zdumiony, ale kazał odstawić go do obozu jeńców, gdzie Allen siedział już do końca wojny.

Otakar Martinek, Czech, poliglota. Byliśmy z innymi dziennikarzami akredytowanymi w Warszawie na ostatniej już chyba konferencji prasowej Jana Masaryka, ministra spraw zagranicznych Czechosłowacji, przed przejęciem władzy przez zdalnie kierowany z Moskwy rząd. Wtedy w Warszawie ktoś zapytał ministra, dlaczego wybrał karierę dyplomatyczną. - Sam nie wiem - odpowiedział Masaryk. - Pewnie dlatego, że lubię kobiety i władam biegle kilkoma językami... Roześmieli się wszyscy. Spojrzałem na korespondentów TASS-a, "Prawdy" i "Izwiestii". Ich kamienne twarze wyróżniały się wśród powszechnej wesołości. Niedługo potem zwłoki Masaryka znaleziono w Pradze na dziedzińcu zamkowym. Zagadka jego zgonu nie jest wyjaśniona do dziś. Wypadek, czy morderstwo? Na zdjęciach sprzed pogrzebu kwiaty są tak ułożone, że zasłaniają prawą skroń nieboszczyka...

Pierre Maréchal, Francuz o tajemniczym uśmiechu. Dziś może bym uznał, że był to uśmiech zdziwienia czy zakłopotania wobec tego, co widział wokół siebie. Jego syn, Alain, urodził się we Francji, ale bliźnięta - obaj chłopcy - już w Polsce. Alain mówił ładną francuszczyzną, bliźniaki nie mówiły właściwie ani po polsku, ani po francusku. Mówiły kuchenną polszczyzną, nabytą pewnie od służby. Ich mama nie bardzo mogła zrozumieć, co chłopcy mieli do powiedzenia. Spotkałem rodzinę na Krupówkach w Zakopanem, spacerowaliśmy razem, gdy nagle jedno z bliźniąt przyhamowało:

- Mamo, mama kupi pajaca!

- Tu dis, mon chou? (Co mówisz moja kapustko? - pieszczotliwa forma zwracania się do małych dzieci)

- Mama kupi pajaca!

Nim zorientowałem się w sytuacji i pospieszyłem z przekładem, malec dostał po buzi - dość powszechna kara dla dzieci we Francji mej młodości - i ryknął płaczem, który słychać było chyba na Giewoncie. Myślałem, że przechodnie zlinczują surową mamę, ale udało się zatrzymać przejeżdżające sanie i ewakuować całą rodzinę do hotelu.

*   *   *

Pewien włoski znawca tematu, zastanawiając się nad istotą tego zawodu, powiedział, że "lubi dziennikarzy już choćby tylko za to, że są jedynymi ludźmi, którzy biorąc pióro do ręki, nie myślą o nieśmiertelności..." To pewnie jest bliskie prawdy, ale z drugiej strony historia opisywana z dnia na dzień jest kroniką wydarzeń, pisaną przez znanych lub anonimowych sprawozdawców.

Joseph Kessel, o którym już wspominałem, gdy rozmawialiśmy o tematach interesujących lub nudnych - zrobił ciekawe spostrzeżenie: "Dla przeciętnego czytelnika wiadomość o tym, ze stróżka z naszej kamienicy spadła ze schodów i skręciła nogę jest znacznie ciekawsza, niż doniesienie, że w Hongkongu przewrócił się prom i utonęło kilkaset osób..."

Edward Behr, przez długie lata korespondent dyplomatyczny wielkiego tygodnika amerykańskiego - wspomnienia swe zatytułował: "Która z was została zgwałcona i zna angielski?" Ten pozornie cyniczny okrzyk ma swoją historię. W czasie pamiętnych wydarzeń w Kongo motłoch zaczął gwałcić obecne w tej byłej belgijskiej kolonii europejskie kobiety.

Bruksela, lotnisko międzynarodowe. Właśnie wylądował samolot z ewakuowanymi ofiarami agresji. Między lekarzami, sanitariuszami i ofiarami uwija się z szaleństwem w oczach korespondent BBC. Londyn go zawiadamia, ze zbliża się godzina dziennika wieczornego, a on nie przekazał jeszcze zapowiadanego reportażu o pokłosiu tragedii w Kongo...

Ta walka z czasem była szczególnie dramatyczna dla reporterów radiowych, gdy nie było jeszcze lekkich magnetofonów wysokiej jakości, ani też sprawnego systemu łączności między studiem a sprawozdawcą. Nigdy nie pracowałem w radio, ale do legendy przeszła opowieść o dawno już nieżyjącym reporterze, który na pogrzebie wielkiego dostojnika przyciągnął za sobą mikrofon na ciężkim kablu, podszedł do wdowy stojącej przy trumnie i szepnął jej do ucha: "Niech pani głośniej szlocha!"

Wspominam tych ludzi, bo nauczyłem się od nich wiele. Jak dynamicznie zaczynać tekst, zaciekawiając czytelnika. Jak notować nie tylko słowa, ale i nastrój ważnej wypowiedzi.

Takie to były lata mojej amatorskiej nauki od zawodowców. Gdzie jesteście teraz, przyjaciele? W tym miejscu łza zamiast kropki padła...

LUCJAN WOLANOWSKI

Powyższy tekst jest kompilacją kilku artykułów dotyczących pracy dziennikarskiej Lucjana Wolanowskiego, drukowanych w różnym czasie i miejscu. Został na nowo zredagowany i ujednolicony w październiku i listopadzie 2005 r., na potrzeby Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, stając się w ten sposób ostatnim tekstem przejrzanym i zaakceptowanym do ogłoszenia przez Autora. (Mariusz Kubik)

Powrót do spisu treści