Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Państwo pozwolą sobie przedstawić: Lucjan Wolanowski (1957)


„Kulisy”
Nr .. / .. .. 1957 r.

Lucjan Wolanowski jest warszawiakiem, ma teraz 37 lat. Kariera dziennikarska przebiegała u niego odwrotnie niż zazwyczaj. Zaczął bowiem od posady redaktora naczelnego, aby obecnie być szeregowym reporterem. Trzeba tylko nadmienić, że redaktorem naczelnym został w wieku lat 14, redagując (zresztą wespół z Jackiem Woźniakowskim, obecnie pracownikiem „Tygodnika Powszechnego”) - gimnazjalną gazetkę. Studia na Uniwersytecie w Grenoble (Francja) przerwane przez wojnę. W roku 1941 zaczyna współpracować z prasą podziemną. Jednym z jego pierwszych redaktorów naczelnych był znany dziennikarz Teofil Syga, wydający podziemny dziennik „Dzień Warszawy”. Już wtedy, pisząc pod pseudonimem „Wilk” - Wolanowski interesował się problemem kolaboracji wszelkiego rodzaju szumowin z hitlerowskim okupantem.

Po wyzwoleniu zaczyna pracę w PAP (zwanym jeszcze wówczas „Polpressem”). Wspomina te czasy z rozczuleniem: mieszkał na biurku redakcyjnym używając zszywki gazet zamiast poduszki. Był na ponad stu procesach zbrodniarzy wojennych i kolaboracjonistów - począwszy od wielkiego procesu załogi oświęcimskiej aż po procesy agentek gestapo. Jako dziennikarz - wspomina te procesy jako tematy, wymieniając tytuły reportaży powstałych na ich tle: a więc – „Dwie kury i czterdziestu rozbójników” i „Zabawki doktora Mabuse”. Na łamach „Przekroju” rozpoczyna druk serii reportaży pt. „Teraz to już można opowiedzieć”, relacjonujących nieznane wydarzenia II wojny światowej.

Największą satysfakcję sprawił Wolanowskiemu reportaż o repatriacji Polaków z Mandżurii, który ukazał się w „Przekroju” w 1948 r. Dzięki niemu odnalazło sie w Polsce wiele rozdzielonych rodzin, które nic o sobie nie wiedziały.

Redaktor Wolanowski napisał w sumie 7 książek o charakterze reportażowym. Jedyna z nich, Cichy Front została przetłumaczona na trzy języki (niemiecki, rosyjski i słowacki).

W roku 1951 Wolanowski przechodzi do pracy w powstałym wtedy tygodniku „Świat”, gdzie pracuje po dzień dzisiejszy. W zeszłym roku „wypożyczony” został .,Expressowi Wieczornemu” celem obsługi dziennikarskiej procesu Mazurkiewicza, który był przedmiotem zainteresowania społeczeństwa. Dwa razy dziennie – rano i wieczorem – odzywał się w Warszawie dalekopis, przekazując z Krakowa nie tylko przebieg rozprawy przed Sądem Wojewódzkim ale i komentarz, wprowadzający czytelników w tajniki tej wielkiej afery. Rzecz jasna, że sprawozdania te były nie w smak różnym typom nie tylko zamieszanym w tę całą brudną aferę, ale wręcz tkwiącym w niej po uszy. Reporter zwrócił bowiem uwagę na zawężenie całego procesu i na manewry różnych szumowin, uniemożliwiające praktycznie wymiar sprawiedliwości. Chodziło tu zwłaszcza o „ludzi bez adresu”, którzy namnożyli się między świadkami, chodziło o stosy świadectw lekarskich „usprawiedliwiających” nieobecność tego czy innego świadka, chodziło wreszcie o ludzi którzy dziwnym trafom w ogóle nie znaleźli się liście świadków, jakkolwiek Mazurkiewicz utrzymywał że są jego przyjaciółmi i cytował wypadki wspólnych z nimi wypraw i innych ciemnych geszeftów.

Dalekim echem afery Mazurkiewicza była sprawa sądowa o zniesławienie, wytoczona Wolanowskiemu przez niejakiego Alfreda Rateńskiego. Sąd Powiatowy w Warszawie uznał słuszność pretensji Rateńskiego, skazując dziennikarza na 2 tygodnie aresztu z zawieszeniem na 2 lata oraz na 500 zł grzywny.

Jak widać, poszukiwanie prawdy w Polsce nie popłaca - ba, nawet bywa niebezpieczne. Sprawa ta daleka jest od finału. Zobaczymy. czy Sąd Wojewódzki zatwierdzi wyrok Sądu Powiatowego. Jedno już jest pewne: Wolanowski nie może teraz pisać o kulisach afery Mazurkiewicza. Musi milczeć - a kto wie, czy nie o to właśnie chodziło Rateńskiemu i jego paczce?

Powrót do spisu treści

.