Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Przyjazd speca reżymowego (1965)

„Nasza Droga” (Australia)
30. 05. 1965 r. 

Do Australii przybył przedstawiciel prasy reżymowej, redaktor „Świata”, tow. Lucjan Wolanowski, celem zbadania nastrojów, działalności i życia emigracji polskiej, na podstawie czego ma napisać książkę dla użytku swych mocodawców, urzędujących obecnie w Warszawie. Ciekawe jest kto go będzie przyjmować, z kim będzie gadać, oficjalnie i nieoficjalnie, o czym i w jakim (moczarowym) celu?

"Nasza Droga" przyjmie wszelkie sprawozdania ze spotkań.

*   *   *

Listy do redakcji
„Wiadomości Polskie” (Australia)
Nr 47 / 5. 12. 1965 r.

Panie Redaktorze!

W jednym z pism polskich wychodzących w Australii przeczytałem poważne oskarżenie, skierowane pod adresem jednego z działaczy S.P.K., w związku z przyjazdem do Australii redaktora L. Wolanowskiego.

Czy Wolanowski jest agentem Moczara, czy nie, to dla mnie sprawa mało ważna - poznałem go jako miłego i spokojnego człowieka: Będąc drugi raz w Australii mieszkał u mnie w domu i spędziłem z nim wiele godzin na rozmowach. Czy w nim tkwiło coś z Moczara, nie zauważyłem. Zresztą, gdyby Moczar osobiście, będąc w Australii, chciał mnie nakłonić do uwierzenia w „raj sowiecki”, nie znalazłby we mnie podatnego materiału. Uważam, że gdy ktoś ma swe zasady, wszelka propaganda spływa po nim, jak woda po kaczce.

Wolanowski był bardzo zainteresowany losem skazańców w Port Arthur, „ghost town" w którym poszukiwano osmiridium, natomiast nie wykazał zupełnie zainteresowania przejawami życia polonijnego.

Nie mam zamiaru „wybielania" Wolanowskiego, przypuszczam, że jest on osobą zaufania reżymu, skoro ma zezwolenie i środki na podróże, ale uważam, że zainteresowanie się „łowcami wielorybów i krokodyli" jest całkiem zrozumiałe. Podróżnik piszący książkę szuka efektownych rzeczy, są one może tanie i czasami ponure, ale chwytają czytelnika. Zgodzę się z tym, że jest to pewnego rodzaju polowanie na błyskotliwe efekty, polowanie na tanią sensację, ale podróżnik myślący o popularności swej książki, wybierze te tanie i błyskotliwe informacje, pomijając inne.

Gdy Wolanowski zawitał trzeci raz do Australii, zwrócił się do mnie o wywołanie filmów, plonu swej podróży fotograficznej po Australii. Wywołałem mu ponad 500 negatywów. Było tam wiele zdjęć frapujących każdego zainteresowanego kontynentem australijskim. Nie widziałem ani jednego zdjęcia „domów polskich", natomiast fascynowałem się zdjęciami z polowania na wieloryby, Centralnej i Północnej Australii. Oglądałem zdjęcia czarnych, zwierząt, drzew i pustyni piaszczystej.

Gdy córka moja zwiedzała przed kilku miesiącami Polskę, wstąpiła w Warszawie do p. Wolanowskiego.

Nie mam zamiaru przeprowadzania dyskusji na ten temat, czy inż. Konecki, jako prezes S.P.K., słusznie zrobił, polecając Wolanowskiego innym osobom. Ale przykro mi, że w polskiej prasie w Australii można natknąć się na tego rodzaju ataki osobiste, prowadzone w imieniu „sprawy polskiej”. Czy nie należałoby do pewnych problemów podchodzić bardziej dyplomatycznie. Pisma polskie w Australii, ubogie w materiał i czytelników, stają się nieraz platformami, na których odgrywają się osobiste zapasy, a bronią często staje się zarzut „moczarostwa”. Podchodźmy poważnie do zagadnień nas interesujących, o ile chcemy, by się z nami liczono.

Z Wolanowskim kontaktowałem się osobiście i uważam, że w kraju demokratycznym odpowiadam za siebie i nie interesuje mnie to, co inni o tym myślą, zwłaszcza że jestem przekonany, iż nie istotna miłość wolności i poczucie walki o nią dyktują pewne słowa, ale podświadome lub świadome ansy i urazy osobiste grają dominującą rolę.

Z poważaniem,

JERZY MALCHAREK

*

OD REDAKCJI:

Z Australii red. L. Wolanowski wyjechał na specjalne zaproszenie rządu Stanów Zjednoczonych do Ameryki. O tej wizycie pisze: „Podróż po USA miałem bardzo udaną. Jako pierwszy dziennikarz z Europy Wschodniej byłem na Cape Kennedy, przy wystrzeleniu Gemini 5, z prawem robienia zdjęć, dostałem honorowe obywatelstwo miasta Springfield, stolicy stanu Illinois, przeleciałem wiele tysięcy km po Stanach - jednym słowem widziałem bardzo wiele. Gdybym tam był za pieniądze własne czy redakcji - nigdy bym nie miał takich możliwości co przy stypendium, kiedy wszystkie drzwi stały dla mnie otworem”.

Powrót do spisu treści

.

.