Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Warszawiacy, o których się mówi - Lucjan Wolanowski (1959)

„Stolica” (Warszawa)
Nr 1 / 4. 01. 1959 r.

Lucjan Wolanowski - to dziennikarz, który nie tylko sam pisze, ale o którym się pisze. Wybitny reportażysta i publicysta i sprawozdawca sądowy trafia widać w sedno zagadnień, skoro zyskują one taki rezonans w opinii publicznej.

- Panie redaktorze! Przeprowadzał Pan w życiu tyle wywiadów, że prawem rewanżu należy role odwrócić. Pragniemy dowiedzieć się czegoś o panu. Precyzując: od czego zaczęło się pana dziennikarstwo?

- Od wysokiego szczebla. Byłem redaktorem naczelnym czasopisma „Szczebioty”. Wydawaliśmy go w gimnazjum wespół z kolegą Jackiem Woźniakowskim (dzisiejszy redaktor „Tygodnika Powszechnego”). Ale pierwsze ciągotki do pisania poczułem już jako dziecko.

- W związku z tym...

- Po maturze zacząłem studiować elektrochemię i elektromagnetykę, bo rodzina chciała się dowiedzieć co to znaczy. Niestety, owe studia politechniczne, odbywane we Francji, przerwała wojna. Przyjechałem do Polski w r. 1939 na wakacje, które trwają po dziś dzień.

- Więc zaślubiny z dziennikarstwem??

- Nastąpiły w okresie okupacji. Pracowałem najpierw dorywczo w pismach podziemnych mniejszego kalibru, a potem w popołudniówce „Dzień Warszawy”. Moim pierwszym redaktorem był Teofil Syga. Co pisywałem wówczas? Główny temat - to walka z kolaboracją. Redagowałem także rubrykę pod tytułem „Historyjki w cieniu historii” - mam zresztą zamiar do tej formy jeszcze powrócić.

- A po wojnie?

- Pierwszym, który się na mnie naprawdę poznał - był red. Marian Podkowiński. Odmówił mi przyjęcia do Polskiej Agencji Prasowej w Łodzi w 1945 roku, twierdząc, iż nie posiadam kwalifikacji.

- O ile wiem, jesteście teraz w zażyłej przyjaźni...

- Tak jest. A wracając do wspomnień: zacząłem pracować w PAP-ie, w Warszawie. Redakcja mieściła się wówczas w trzech pokoikach przy ul. Targowej. Mieszkałem w pierwszym okresie na biurku i zamiast poduszki używałem kompletu gazet. Był to dość heroiczny okres polskiego dziennikarstwa. Pisałem absolutnie o wszystkim: o pierwszym tramwaju, o uruchomieniu elektrowni. Przemierzało się Warszawę na piechotę wzdłuż i wszerz...

- Dziennikarstwo połączone z turystyką...

- A właściwie z rybactwem. Chodziłem wówczas w rybackich butach znalezionych gdzieś w ruinach. Pewnego dnia w redakcji zadecydowano: niech idzie do sądu i napisze sprawozdanie! Zacząłem odwiedzać salki sądowe przy Marszałkowskiej, na Lesznie...

- Z jakim uczuciem wszedł Pan po raz pierwszy do sądu?

- Jestem synem adwokata, który przez pół wieku .praktykował w Warszawie. Ojciec nie pozwalał mi jednak nigdy zajrzeć do sądu. Kiedy znalazłem się tam po raz pierwszy - nie miałem o niczym pojęcia...

- Proszę darować tę „metafizyczną” przenośnię: od kiedy datują się Pana związki ze „Światem”?

- Od momentu powstania tego pisma, czyli od przeszło 7 lat. Dorobek tego okresu - reportaże - zamknąłem w książce Dokąd oczy poniosą…, którą wydał niedawno MON. W roku 1956 zostałem wypożyczony „Expressowi” jako sprawozdawca sądowy z procesu Mazurkiewicza.

.

.

- Dorobek z tej dziedziny?

- Pięćdziesiąt napisanych przeze mnie reportaży, dwa tygodnie aresztu z zawieszeniem w Warszawie oraz l tys. zł grzywny z zamianą na 40 dni odsiadki w Krakowie. Dostałem też parę wyroków śmierci od szumowin oraz kilkaset bardzo przyjemnych listów z wyrazami sympatii od pojedynczych ludzi, załóg fabrycznych czy instytucji naukowych, Oryginalne jest to, że w sumie byłem 23 dni na ławie oskarżonych i sprawa jest jeszcze nie zakończona. Natomiast Mazurkiewicza załatwiono w równe 15 dni…

- Co Pan zyskał przez tę sprawę?

- Przede wszystkim właściwe spojrzenie na sprawność aparatu, przeznaczonego do walki z przestępczością w Polsce, poza tym dość wnikliwy obraz rozpasania rozmaitych mętów i szumowin, wywodzących się na ogół z okupacyjnych kanalii, o których pisałem w czasie okupacji.

- Pana największa antypatia?

- Obłuda i nakłanianie.

- A co cieszy się Pana sympatią?

- Wszyscy ludzie, którzy mają umiłowanie prawdy.

- Na czym polega Pana zdaniem, misja dziennikarska w dziedzinie sprawozdawczości sądowej?

- Zadaniem dziennikarza jest nie tylko informowanie ludzi o tym, co się dzieje na sali sądowej, ale również co się dzieje na szerokim froncie walki z przestępczością, zwłaszcza gospodarczą. To jest najbardziej naturalna funkcja odpowiedzi na konkretne zamówienie społeczne. Interes publiczny idzie tu bezwzględnie w parze ze zwykłą ludzką ciekawością czytelników. Czytelnik może być wychowywany, nie będąc zanudzany. Wydaje mi się godne podkreślenia, że – wbrew insynuacjom pewnych dość określonych kół - dziennikarz jest naturalnym sojusznikiem wymiaru sprawiedliwości.

- Pana największe pragnienie obecnie?

- Chciałbym znaleźć bankiera, który zainwestowałby we mnie taką ilość pieniędzy, abym wziął na rok urlop z redakcji i mógł napisać jeden duży reportaż, który nie byłby reportażem.

- A temat?

- W swoim życiu widziałem i przeżyłem dużo ciekawych rzeczy. Czas leci – powoli uciekają wspomnienia. Moim marzeniem jest utrwalić je w jakiejś zbeletryzowanej formie - tym bardziej, że o większości ich chciałbym zapomnieć.

- Czy poza dziennikarstwem ma Pan jakąś szczególną namiętność?

- Nie piję, nie palę, nie gram w karty. Lubię tzw. płeć (ale o tym niech pani nie pisze), a ponadto życie we wszystkich jego objawach. Pasjonuję się szczególnie historią i wszystkie wolne chwile spędzam na lekturze z tej oględziny. Historia to nie tylko to, co przeżywamy wszyscy, ale i to, co każdy z nas przeżywa pojedynczo.

- Więc Pana filozofia życiowa?...

- Pozwoli pani. że wyręczę się tu cytatem z zakończenia mojej książki Dokąd oczy poniosą… Brzmi on następująco: „,A tak już jakoś jest w życiu jak w rybołówstwie. Wiemy skąd i kiedy wypłyniemy, nie wiemy, w jakie burze wpadniemy, co się złowi na szlaku, kiedy i do jakiego portu zawiniemy. I nigdy nie wiadomo, czy czekać będzie dziewczyna, którą się kocha”.

Rozmawiała: BEATA SOWIŃSKA

Powrót do spisu treści