Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Mówi Lucjan Wolanowski autor „Księżyca nad Tahiti...” (1967)

„Kurier Polski” (Warszawa)
Nr 267 / 14. 11. 1967 r.

Kolejnym naszym rozmówcą w cyklu wywiadów przed wyborem Książki Roku 1963 jest znany reporter Lucjan Wolanowski - swoisty rekordzista naszego plebiscytu. Członkowie KMK wyróżnili bowiem aż dwie jego książki, a mianowicie: Klejnot Korony. Reporter w Hongkongu w godzinie zarazy oraz Księżyc nad Tahiti... Reporter na Wyspach mórz południowych. Ta druga pozycja weszła do finału. Wolanowski ma już 9 książkowych pozycji reportażowych samodzielnych i dwie napisane w spółce autorskiej. Trzy jego książki doczekały się wydań obcojęzycznych.

- Jaki temat był dla Pana najciekawszy?

- Wszystkie są ciekawe. Nie ma nudnych tematów, są tylko nudni pisarze.

- Czy próbował Pan kiedyś sił poza reportażem?

- Tak. Odbyłem dwie takie wycieczki w nieznane. Napisałem mianowicie książkę dla dzieci, opowiadającą o przygodach małej dziewczynki, która śpieszy na koniec świata do chorego ojca. Ponieważ jednak wydawca „Ruch” trzyma te książkę w szufladzie bardzo długo, więc obawiam się, że bohaterka stanie się dorosła, wyjdzie za mąż, no i akurat wtedy będzie miała co czytać swym własnym dzieciom… Inną wyprawą reportera na obce zagony było napisanie noweli filmu fabularnego, którą zamówił i przyjął p. Kawalerowicz. Nie wiem, czy i kiedy będzie zrealizowana. Rzecz dzieje się współcześnie, za kulisami procesu wielokrotnego mordercy w jednym z miast polskich.

- Czyżby jakieś wspomnienia Pana jako sprawozdawcy z procesu Mazurkiewicza w Krakowie?

- Skorzystam tu z przywileju odmowy składania zeznań...

- Rozumiem. A jednak interesowały nas te długoletnie, choć dla Pana zwycięskie procesy, w które został Pan uwikłany przez „sieroty po Mazurkiewiczu”. Ile dni spędził Pan wtedy na ławie oskarżonych?

- Łącznie niemal dwakroć tyle, co sam Mazurkiewicz. Że jednak ciągnęło się to prawie pięć lat, więc w przerwach nie traciłem czasu. Odbyłem dwie podróże dookoła świata z czego jedna szlakiem nad biegunem północnym. Pływałem z islandzką flotą rybacką i widziałem we Francji produkcję mózgów elektronowych. W Moskwie opowiadał mi o swych przygodach Ilia Starinow, zwany „Bogiem Dywersji”. Na wodach norweskich śledziłem podnoszenie wraków z dna fiordu i widziałem na Fidżi proces o mord rytualny. Asystowałem przy obradach komitetu strajkowego japońskich górników i z aparatem fotograficznym uczestniczyłem w łowach na krokodyle na Nowej Gwinei. Pływałem na pirodze wokół wyspy Bora-Bora i odnalazłem na Tahiti bohaterkę dawnych filmów polskich - imieniem Reri. Rozmawiałem w Nagasaki z jedynymi białymi ludźmi, którzy „z wolnej stopy” oglądali z ziemi zrzucenie bomby atomowej na to miasto (oczywiście – Polacy!) i widziałem desant wojsk ONZ w dawnej kolonii holenderskiej na Pacyfiku. W Australii brałem udział w akcji ratunkowej „Królewskiej Służby Latającego Doktora” na terenach pustynnych zwanych „Dalej Niż Daleko” a w archipelagu Tuamotu mieszkałem na wyspie Makatea zwanej „Piekło Pacyfiku”. Byłem (jako reporter, nie jako wykładowca, niestety!) w szkole gejsz i oglądałem ostatnich Ajnów, czyli niedobitki plemienia, które kiedyś władało Japonią. W Paryżu widziałem kulisy wielkiego domu mody, a w głębi dżungli Kambodży wędrowałem po „zagubionym mieście”, które ujawniono tam po 800 latach niepamięci. Rozwoziłem pocztę z fruwającym listonoszem w „Krainie Nigdy – Nigdy”, czyli słabo zaludnionych terenach północnej Australii i widziałem wielki strajk, który sparaliżował koleje malajskie. Dotarłem do osad ludożerców na Nowej Gwinei. Nie było tam akurat akcji „Lucjanie, do rondla!” - obawiam się, że wtedy już byśmy nie rozmawiali ze sobą w Warszawie. Najwyżej napisałby Pan, że Wolanowski przypadł do gustu Papuasom też, nie tylko Czytelnikom „Kuriera”…

.

.

- Tematy istotnie ciekawe. Ale co Pana w nich najbardziej pasjonuje?

- Ludzka strona opowieści. Jak ludzie żyją, co ich bawi i martwi, jak kochają i nienawidzą, jakie mają nadzieje. Oto - jak sądzę – komentarz do współczesności, oto zadanie dla reportera. Zresztą powiem Panu, że mym wzorem jest Egon Erwin Kisch. Jego formuła godna jest utrwalenia.

- Co ma Pan obecnie na warsztacie?

- Wkrótce oddam „Czytelnikowi" nowy tom pt. Wszyscy na pokład. To reporterska relacja z Nowej Zelandii, Nowej Gwinei, Malajów i Kambodży. Zaraz potem siadam do pracy nad zamówioną przez to samo Wydawnictwo kolejną książką z mej serii o rejonie Oceanu Spokojnego. Będzie to obszerna i - po wojnie - pierwsza polska opowieść reporterska o Australii.

- Na kogo będzie Pan głosował w naszym plebiscycie jako czytelnik „Kuriera”?

- Curzio Malaparte „Kaputt”.

Rozmawiał: L. J. [LEON JANOWICZ]

Powrót do spisu treści