Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Lekarz mimo woli, czyli Lucjana Wolanowskiego przygoda w Hong-Kongu (1968)

„Głos Wybrzeża” (Gdańsk)
Nr 100 / 27-28. 04. 1968 r.

Lucjana Wolanowskiego, globtrotera i znakomitego reportażystę spotkać można najłatwiej na którymś z wielkich lotnisk europejskich lub egzotycznych metropolii, w kabinie transoceanicznego statku lub – w warszawskim klubie dziennikarzy dokąd zagląda między jedną a drugą daleką podróżą. Albo też – jak przed kilkoma dniami – w gdańskim klubie SDP.

- Co pana sprowadziło do Gdańska z Dalekiego Wschodu?

- W ubiegłym roku zostałem zaangażowany przez Światową Organizację Zdrowia w Genewie do napisania książki o walce z tropikalnymi chorobami w południowo-wschodniej Azji. W tym celu pojechałem do Indii i Syjamu, byłem w Hong-Kongu, Sarawaku, Brunei i Sabah. Była to wędrówka śladami nieszczęścia. Przebywałem między trędowatymi, byłem na terenach, gdzie „śmierć pełza na ślimaku” (tzw. gorączka ślimacza, bardzo niebezpieczna choroba), przelatywałem helikopterem nad dżunglą w Borneo, odwiedziłem plemię Murut, „skazane plemię” – przeżarte przez malarię, pozbawione zdolności rozmnażania się.

Zetknąłem się w czasie tej podróży z chorobami, które nie mają nawet swej nazwy w polskim języku. Można by egoistycznie powiedzieć: na szczęście. Ale dziś, kiedy choroba podróżuje odrzutowcem, bakcyle i wirusy najgroźniejszych plag, zawleczone z Afryki lub Azji, mogą się i u nas szybko rozplenić.

Do Gdańska przyjechałem, aby przedyskutować z naukowcami Instytutu Medycyny Morskiej szereg związanych z tematyką mojej książki problemów. Nie jestem lekarzem – w sprawach medycyny muszę radzić się fachowców.

A propos – miałem w związku z „lekarskim” charakterem mego wyjazdu zabawną przygodę. Wszędzie, dokąd przyjeżdżałem, zastawałem miejsca w hotelu z góry już zarezerwowane przez Światową Organizację Zdrowia. W rezultacie tego wszyscy, począwszy od recepcjonisty aż do boya w windzie zwracali się do mnie per: panie doktorze. Jedynie w Hong – Kongu udało mi się przekonać urzędnika recepcji, aby usunął sprzed mojego nazwiska literki: dr. Uczynił to, w następnym jednak dniu ujrzałem przed swoim imieniem nowy tytuł: profesor!

W tymże Hong – Kongu upodobał mnie sobie hotelowy windziarz. Za każdym przejazdem demonstrował mi w drodze pomiędzy piętrami piękną hodowlę czyraków na szyi: - „…żeby pan doktor coś na to pomógł!” Tłumaczyłem jak mogłem, że jestem dziennikarzem, że nic wspólnego z leczeniem nie mam. Windziarz tylko się na to uśmiechał. Nie uwierzył.

Aż któregoś dnia doznał olśnienia: jego pasażer – lekarz nie chce widocznie leczyć za darmo! I tak doszło do niebywałej historii. Pierwszy chyba raz w dziejach hotelarstwa nie gość dał napiwek windziarzowi, lecz ten ostatni wepchnął zwitek banknotów swojemu pasażerowi.

Wszystko to zdarzyło się na oczach kilku jeszcze pasażerów windy. Doprowadzony do rozpaczy zawołałem do windziarza, oddając mu – mimo protestów – pieniądze: - „Człowieku, kup sobie tygrysią maść i posmaruj bolące miejsca. To ci na pewno pomoże!”

W oczach windziarza odbiło się zdumienie. Słynny europejski lekarz zapisuje mu lekarstwo, które można dostać w każdym narożnym kiosku, w każdej drogerii! Wyszedłem z windy wiedząc, że mojego lift-boya wiara w świat i jego porządek uległa poważnemu zachwianiu!

- Kiedy ukaże się książkowa relacja z pańskiej podróży?

- Jeszcze zimą br. w „Iskrach”. Tytuł tymczasowy: Upał i gorączka. W najbliższych zaś dniach ukaże się nakładem „Czytelnika” moja książka o Australii pt. Podróż do Nigdy-Nigdy. Kosztowała mnie ta pozycja sześć lat pracy, liczy 700 stron i zawiera 136 zdjęć.

Jest to tzw. „praca mojego życia”. Bo chyba nigdy w przyszłości nie zdobędę się na napisanie tak obszernej książki poświęconej jednemu krajowi.

Wyprawa australijska była „podróżą po polsku”, w trakcie której pragnie się zobaczyć jak najwięcej przy dysponowaniu niewielką sumą pieniędzy. Ale nie tylko w tym żartobliwym sensie była to „podróż po polsku”. Również i w tym, że na każdym kroku w Australii spotykałem Polaków, w każdej osadzie, w każdym nieco większym ludzkim skupisku.

.

.

Spotykałem też polską banderę we wszystkich większych australijskich portach. Tak więc ocierałem się o problemy Wybrzeża – w tym również i Gdańska – znajdując się tysiące mil od kraju.

Rozmawiał T. RAFAŁOWSKI

Powrót do spisu treści