Lucjan Wolanowski
SmodCMS

W sobotę w "Nike" Lucjan Wolanowski i jego książki (1974)

„Express Wieczorny” (Warszawa)
Nr 27 / 1. 02. 1974 r. 

Prababcie przestrzegały, że „ciekawość – pierwszy stopień do piekła”. Lucjan Wolanowski ciekawość nazywa matką reportażu, a że nigdy mu jej nie zbywało, nie miał większych rozterek przy wyborze zawodu. Uprawia reportaż od 14 roku życia (debiut w gazetce szkolnej) aż po dzień dzisiejszy. Jak każdy rasowy reporter nigdzie długo miejsca nie zagrzeje. Ciągle gdzieś go rzuca. W pierwszych latach po wojnie „rzucało” go po Polsce. W „Expressie” drukował pasjonujące reportaże o sławetnej aferze Mazurkiewicza. Później pognało go w świat i gna po nim bez przerwy.

Nie sposób opisać przygód „latającego Holendra” polskiego reportażu. Zrobił to zresztą sam w sposób niezwykle barwny i żywy w licznych publikacjach drukowanych na łamach tygodnika „Świat”, a obecnie „Dookoła świata” a przede wszystkim w 17 książkach tłumaczonych na 7 języków, z których każda wydawana w dużych nakładach doczekała się kilku wydań.

Niedawno powrócił z wyprawy na najdalszy Daleki Wschód, przewędrował tam (pieszo!) m.in. dżungle Sarawaku, gościł u Dajaków – łowców głów, zawarł z nimi braterstwo krwi i nie tylko wyniósł cało swoją głowę, ale oprócz rzadkiego trofeum w postaci kołczanu z zatrutymi strzałami przywiózł pasjonujący materiał do swojej najnowszej książki pt. Westchnienie za Lapu-Lapu, która ukazała się przed kilkoma tygodniami nakładem Czytelnika.

Będzie ją w sobotę, od godz. 17 podpisywał w księgarni „Nike” (ul. Hibnera 12) w ramach naszej akcji „Książka z autografem”.

- Często nazywają Cię obieżyświatem. Czy to trafne określenie? – pytam L. Wolanowskiego w tradycyjnej rozmowie poprzedzającej spotkanie z pisarzem.

- Jak najbardziej fałszywe. Nie jestem obieżyświatem. Jestem reporterem, który pragnie poznać świat i przybliżyć go innym. Nie interesuje mnie zresztą cały świat, a tylko jego część.

- Ta najdalsza?

- Interesuję się Dalekim Wschodem. W dobie powszechnej specjalizacji uważam za konieczne także specjalizację wśród reportażystów. Nie można być już reporterem „od wszystkiego”.

- Sądząc po Twoich podróżach i książkach specjalizujesz się w Australii i Oceanii?

- Chętnie tam wracam. „Mam piasek w butach”, jakby powiedzieli Australijczycy. Według ich wierzeń, komu choć ziarnko piasku dostanie się do buta z australijskiej plaży, ten – wróci. Przemierzyłem dziesiątki kilometrów tamtejszych plaż i była okazja, aby nabrało się piasku do moich butów.

- To nielogiczne. Po plaży chodzi się przecież boso…

- Na wybrzeżach australijskich trzeba chodzić w butach na bardzo wysokiej podeszwie.

- Nie ma tam piasku?

- Jest dużo piasku, ale jest także pełno bardzo jadowitych węży.

- Skąd wzięła się Twoja fascynacja Australią i Dalekim Wschodem?

- Należę do szczęśliwców, którym spełniają się marzenia dzieciństwa. Chciałbym swoimi reportażami wypełnić lukę, jaką wynosimy ze szkoły w znajomości geografii i kultury innych ludów. Australia i Daleki Wschód to świat mało nam znany, o którym nic nie wiemy. Nie znamy tamtej bogatej kultury, obyczajów, zwyczajów. Poza tym…
Poza tym?

- Oprócz Westchnienia za Lapu-Lapu będziesz podpisywał w „Nike” swoją wcześniejszą książkę o Australii pt. Poczta do Nigdy-Nigdy. Niedawno ją wznowiono.

- Bardzo się cieszę, że „Poczta” zyskała sobie uznanie czytelników. Uważam ją za książkę mego życia. Pisałem ją siedem lat.

- Zanim jednak wyruszysz w następną podróż, przypominam o sobotnim spotkaniu z miłośnikami Twoich książek.

- Pamiętam, od 17-tej w księgarni „Nike”. Dziękuję za zaproszenie.

- A ja za rozmowę. Do zobaczenia.

Rozmawiała: ANNA KORNACKA

Powrót do spisu treści