Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Właśnie tak było! (1974)

„Dookoła świata” (Warszawa)
Nr 14 / 7. 04. 1974 r. 

W ciągu kilkunastu lat odbył cztery podróże dookoła świata, nie licząc takich wypadów, jak do Nowej Zelandii, lub ostatnio do Australii, raptem po 22 tysiące kilometrów. Był na Przylądku Kennedy’ego podczas wystrzelenia pojazdu kosmicznego „Gemini 5”, pływał z australijską flotą wielorybniczą i na statku zaopatrującym latarnie morskie na Morzu Koralowym. Przeleciał nad Biegunem Północnym i pływał z islandzką flotą rybacką, był za kulisami wielkiego paryskiego domu mody i na pogrzebie Agi Khana, uczestniczył w pielgrzymce buddyjskiej i przebywał między strajkującymi górnikami w Japonii, zbierał notatki w spiekocie Pakistanu i w najdalej na północ położonym mieście świata. Był między ludożercami na Nowej Gwinei i w domu, w którym się umiera, w Singapurze. Widział desant indonezyjski w Irianie Zachodnim i ludzi chorych na „roześmianą śmierć”. Rozwoził listy w australijskim samolocie pocztowym i śpieszył samolotem sanitarnym do wypadku na australijskiej farmie.

Lucjan Wolanowski, nasz redakcyjny kolega, znakomity reporter, błyskotliwość i dowcip. Każda okazja do wymiany z nim myśli jest dobra, bo rozmówca nieźle na takiej wymianie wychodzi. Ta okazja jest dobra szczególnie i dla Lucjana Wolanowskiego. Odebrał właśnie kolejną nagrodę. Redakcja „Nowych Książek” uznała jego Westchnienie za Lapu-Lapu za jedną z „Książek Roku 1973”.

- Jesteś więc znów laureatem, ale nie powinno Cię to zwalniać od trudnych pytań. Jak myślisz, dlaczego ludzie czytają Twoje książki?

- Może nie ja powinienem odpowiadać na to pytanie, ale też nie ja przecież, lecz autor, którego nazwisko wyleciało mi z pamięci, powiedział kiedyś, że lubi reporterów już choćby za to, że są jedynymi ludźmi chwytającymi za pióro bez myślenia o nieśmiertelności. Myślę, że gdy ktoś sięga po reportaż, będący notatkami pisanymi na gorąco, pod zegarem, którego tykanie przypomina o terminie zamknięcia numeru – to znajdzie w nich jakiś przyczynek do dziejów naszych czasów. Te produkty reporterskiego trudu i ciekawości mają przecież jeden wspólny mianownik: właśnie tak było.

W reportażu zawsze bardziej interesowały mnie boczne ścieżki, niż szerokie gościńce – czy to jest odpowiedź na Twoje pytanie? Nie wierzę w tak zwane lekkie pióro. Im reportaż ma być łatwiejszy do czytania, tym jest trudniejszy do pisania. Z chaosu wrażeń powoli układa się logika faktów. Obciosuje się wierzchnią warstwę, która zaciemnia obraz. Teraz jest już może bardziej czytelny, ale to zwykle jeszcze nie to! Przecież Czytelnik nie był przy tym, przecież trzeba mu przekazać nastrój dramatu, nie tylko same fakty.

Reportaż jest sprawą wyobraźni. Tak jak nudziarz nie jest mile widziany w towarzystwie, tak i Czytelnik nie sięgnie więcej po tekst autora, który go znudził. Nie wystarczy mieć rację, trzeba jeszcze przekonać o tym Czytelnika. Trzeba dostrzec go po drugiej stronie biurka, kiedy stuka się w maszynę do pisania.

Starzy praktycy reportażu znają tę prawdę bardzo dobrze: jeśli pies pogryzie człowieka – to nie jest wiadomość, natomiast, kiedy człowiek pogryzie psa – to już jest wiadomość. Egzotyka kraju, o którym mówi reporter, znaczy niewiele. Wydarzenia w dalekich krajach wcale nie są sensacją dla Czytelnika. Przeciwnie, dla ogółu czytelników większą sensacją jest nowina, że dozorczyni z naszej kamienicy zwichnęła nogę, niż to, że pod Hongkongiem wywrócił się prom i zatonęło sto osób. Czytelnik chce wiedzieć, reporter ma mu w tym pomóc, prowadzić od faktu do faktu, ale nie za rączkę, musi być przewodnikiem niezbyt natrętnym.

- Dokąd więc i kiedy zaprowadzisz Czytelników swojej nowej książki?

- Wprowadzę Czytelników w tajemniczy i chyba zupełnie u nas nie znany świat legend australijskich tubylców, czyli w to, co oni sami nazywają Czasem Marzeń.

Rozmawiał R[YSZARD] BAŃKOWICZ

Powrót do spisu treści