Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Europejczyku – pan nie jest już najważniejszy! (1982)

Europejczyku – pan nie jest już najważniejszy! Wszyscy wiemy, kim był Magellan. Kto wie, kim był Lapu-Lapu?

„Przekrój” (Kraków)
Nr 1946 / 26. 09. 1982 r.

W tym cyklu przedstawiamy ludzi, którzy profesjonalnie podróżują po świecie. Jedni swoje wrażenia zamykają później w filmach, reportażach, inni - w pracach naukowych. Widzą to samo, ale nie tak samo. A tak widzi świat LUCJAN WOLANOWSKI:

- Dlaczego właśnie „dół globusa" obrał Pan za cel swoich podróży i temat książek?

- Rejon Pacyfiku to tysiąc kultur, cywilizacji, problemów. W Australii znalazłem się przez przypadek, tranzytem. Później wracałem tam pięć razy. Nie mogę powiedzieć, że znam Australię, ale widziałem więcej niż przeciętny Australijczyk, który na ogół niechętnie podróżuje po tym ogromnym kraju. Pewne doświadczenia nakładają się na siebie. Jeżeli raz miałem do czynienia z Chińczykami mórz południowych Nam-Jong, to mniej więcej wiem jaką można popełnić gafę, kiedy się z takim panem rozmawia. Oni co prawda i tak uważają, że długonosi barbarzyńcy są straceni pod względem wychowania i można się po nich spodziewać każdego chamstwa. Wiem jednak, że pewnych rzeczy się nie robi. Nie można zapytać - jak zdrowie żony?, bo żona jest w domu tylko dla niego i nikogo więcej. To co u nas jest grzecznością - tam jest dowodem braku kultury. Wiem też, że kiedy na zakończenie biesiady japońskiej wniosą na stół w miseczkach ryż nie wolno go nawet tknąć. Jest to symbol - jestem tak najedzony, że nawet na ryż nie mam ochoty. Ludzie Azji Południowo-Wschodniej powiadają, że skorpion nosi żądło w ogonie, co oznacza - ważne sprawy zostawia się na koniec. Tylko długonosi barbarzyńcy mogą, patrząc na zegarek, „walić prosto z mostu” z czym przyszli. Holendrzy, którzy mają za sobą trzysta lat doświadczeń, powiadają: na Dalekim Wschodzie nie staraj się być mądrzejszy niż ci, którzy byli tam przed tobą.

.

.

- Oglądał Pan świat zza szyb helikoptera, z okien dobrych hoteli...

- Rzadko, proszę pani. Reportera z Polski nie stać na dobre hotele. O drogie hotele zawadziłem, pracując dla Światowej Organizacji Zdrowia, ale to były epizody. Moja umowa z WHO zastrzegała wyraźnie pracę w warunkach polowych. Nie było na to wielu chętnych: na Borneo mieszkałem w „długim domu”, razem z kilkunastoma rodzinami. Wędrowałem czółnem. Pływałem z flotą wielorybniczą, w rejon bieguna południowego. Na taką podróż ogromnie trudno uzyskać zgodę, bo nikt nie chce brać odpowiedzialności za pasażera. Na całym niemal statku nie ma jednej poręczy, a trzeba się poruszać po oblodzonym pokładzie. Działo, z którego wylatuje harpun, ma obrotu 360 stopni, liczy się ułamek sekundy i załoga nie może zwracać uwagi na pasażera, który akurat może znaleźć się w zasięgu działa. Nie ma też kajut pasażerskich. Ja zająłem koję marynarza, który akurat zachorował. Płynie się więc na własne ryzyko. Statek, który obsługuje latarnie na Morzu Koralowym również nie bierze żadnych pasażerów. Pamiętam takie chwile podróży z islandzką flotą rybacką, gdy w czasie sztormu woda dostawała się przez komin. Przemierzałem ogromne obszary Australii stepowej, rozwożąc pocztę świąteczną. To właśnie poczta do Nigdy-Nigdy. Podróżowałem z australijskim latającym doktorem.

- Jak to się stało, że Światowa Organizacja Zdrowia zaproponowała Panu, polskiemu reporterowi, pracę?

- To przypadek. W 1960 r., czekając na samolot w Hongkongu, dowiedziałem się, że w mieście wybuchła epidemia cholery. Odstąpiłem moją rezerwację na bilet do Europy i zostałem. Epidemia cholery wybuchała tam dość często. Warunki życia tych ludzi są bardzo trudne, a w owym czasie miasto przeżywało ogromny przypływ uchodźców z Chin. Hongkong to chyba najciekawsze miasto świata, ponieważ jest to jedna z ostatnich, prawdziwych kolonii na świecie; ponieważ zdumiewały mnie te miliony, które przycupnęły na maleńkim skrawku ziemi; ponieważ chyba tylko w Hongkongu można jeszcze zobaczyć dwóch Chińczyków rozmawiających przez tłumacza. Hongkong jest miastem, które żyje handlem, równie sprawnym co drapieżnym. Tych realiów nie można oddzielić od choroby. Widziałem jak spekuluje się szczepionką, która nie zabezpiecza całkowicie przed cholerą, ale łagodzi jej przebieg. Spekulacja zaś sprawiła, że jeśli jesteś biedny - musisz umrzeć. Ale oprócz wschodnioazjatyckiego sposobu życia istnieje coś takiego co nazwałbym azjatyckim sposobem umierania. „Trzeba umierać tak, aby nie przysporzyć bliskim kłopotu”. Stąd w zaułku Sago, w Singapurze, temu celowi służą specjalne przedsiębiorstwa, gdzie klient przychodzi aby umrzeć. Reportaż o zarazie w Hongkongu doczekał się wielu przekładów, zwrócił uwagę Światowej Organizacji Zdrowia w Genewie, która zaproponowała mi wyprawę szlakiem cierpienia. I to jest tematem mojej książki Upał i gorączka która w całości poświęcona jest ludzkiemu aspektowi walki z chorobami tropikalnymi: trądem, gorączką ślimaczą, zimnicą, i wieloma innymi. Bardzo niebezpiecznymi i wcale nie ginącymi chorobami.

- Sama nazwa "trąd" budzi przerażenie…

- Tak. Ale jest to już w tej chwili bardziej choroba strachu, bo wcześnie wykryta jest całkowicie uleczalna. Jak wygląda walka z trądem, widziałem wędrując od świtu do nocy razem z irlandzkim lekarzem po małych syjamskich wioskach, gdzie czekali chorzy. Pierwszym pacjentem jest młoda dziewczyna. W okolicach łopatki ma dziwną narośl. Sanitariusz zasłania jej oczy, bierze długą szpilkę, kłuje. Dziewczyna krzyczy. To dobrze, to znaczy, że nie trąd. Pierwszym objawem trądu jest znieczulica. W Indiach widziałem człowieka, który nie czuł gwoździa sterczącego w sandale i zgubił własną piętę.

.

.

A teraz opowiem pani historię, której nigdy nie opisałem. Przyjechaliśmy do Koral, miasta na zapleczu wielkiej bazy amerykańskiej, z której, w owym czasie bombardowano Wietnam. Pokażę ci dzisiaj najładniejszą dziewczynę w Koral - zapowiedział mój lekarz, kiedy wieczorem dobrnęliśmy, padając ze zmęczenia do miasta. Późnym wieczorem pojechaliśmy do pensjonatu „Zielony Owoc”, co miało być aluzją do wieku pensjonariuszek. Rzeczywiście, niektóre z nich wyglądały jakby je wyciągnięto z piaskownicy. Czekaliśmy, Madame zabawiała nas rozmową, wreszcie wyszła dziewczyna piękna, pięknością rzucającą na kolana. W tej poczekalni, gdzie towar wystawiony ubrany jest w zegarek, albo bransoletkę, jedynie ta dziewczyna miała narzucone bolerko. Rozmawiała z doktorem po syjamsku, a ja odnosiłem wrażenie, że nie jest to rozmowa prostytutki z klientem. Ona była pacjentką mojego doktora. W tym przedsiębiorstwie, gdzie klienci dostawali sterylizowane ręczniki, mydełko gwarantowane, wolne od bakterii, najpiękniejsza dziewczyna była chora na... trąd!

- Pisał Pan także o chorobie na „roześmianą śmierć”. Co to jest?

- Jest to choroba plemienia Fore na Nowej Gwinei. Nazywa się tak, bo w końcowym etapie powoduje skurcz szczęki, sprawiający wrażenie, że chory się śmieje. Nikt nie wiedział dlaczego na „roześmianą śmierć” choruje tylko jedno jedyne plemię na świecie. Przypuszczano, że jest to choroba degeneracyjna, ponieważ w plemieniu Fore nie ma tabu kazirodztwa. Ale badania, prowadzone przez profesora Gajduszka z Instytutu Wistara w Filadelfii, znalazły w mózgu ofiar tej choroby powolne wirusy. Instytutem tym kieruje prof. Hilary Koprowski. Prawdopodobnie wzięły się one z tradycji ludożerczych, bo właśnie to plemię uprawiało ludożerstwo typu rytualnego. Zjedzenie czyjegoś mózgu oznaczało nabycie jego cech, na przykład bystrości, chyżości w łowach. I tak nowoczesna medycyna dobiera się do starych chorób.

Nie chciałbym jednak zostać źle zrozumiany. My, Europejczycy, wcale nie jesteśmy mądrzejsi. We Wszechindyjskim Instytucie Medycyny studiuje się np. hinduskie księgi, żeby znaleźć receptę na przyhamowanie przyrostu ludności. Kiedyś, bajadery, kurtyzany rytualne, które codziennie miały stosunki z kilkunastoma, czy kilkudziesięcioma mężczyznami, nie zachodziły w ciążę. Jednak zwolnione ze służby świątynnej wychodziły za mąż i miały normalne, zdrowe potomstwo. Zażywały jakieś zioła. Nazwa ich zapisana jest w sanskrycie. Uczeni chcą ustalić co to była za roślina, w jakiej podawano ją dawce, jak często...

- Na początku naszej rozmowy mówił Pan o odmiennej obyczajowości. Naprawdę sądzi Pan, że dla świata Wschodu jesteśmy barbarzyńcami?

- Dla Japończyków na pewno, dla Chińczyków tym bardziej. Chiny są Krajem Środka i nie jest to przypadek. A Japończycy mają bardzo piękne poezje miłosne z czasów kiedy w Europie - jak ktoś powiedział - ludzie byli nudni i brudni.

- A na ile nasze wyobrażenia, białych barbarzyńców, są prawdziwe. Nasza cywilizacja przestrzega, na przykład, przed okrucieństwem ludzi Wschodu. Na ile jest to tylko stereotyp, a ile w tym prawdy?

- Cywilizacje Wschodu nie wymyśliły komór gazowych. Ale również powiada się, że od japońskiej policji politycznej gestapo mogłoby się jeszcze wiele nauczyć. Myślę, że wynika to z japońskiej filozofii: „z dala od domu nie lękaj się wstydu”. Każdy z nas jest produktem swojego środowiska, historii, wychowania. Japończyk, któremu, gdy jest małym dzieckiem wolno wszystko, zostaje później wzięty w żelazne karby dyscypliny i przez całe życie jest zadłużony. Ma dług wobec rodziców, że dali mu życie, nauczyciela, bo go wychował, chlebodawcy, bo dał mu pracę.

- To straszne obciążenie psychiczne.

- Ogromne. Dlatego Japończyk, kiedy znajdzie się poza swoim środowiskiem, które stale go obserwuje i którego jest niewolnikiem od kolebki po grób, zrzuca z siebie pancerz.

- Ma pan jednak wiele podziwu dla Japończyków.

- Fascynujące jest to, jak naród ten przeszedł od epoki samurajów do dzisiejszej potęgi gospodarczej. Oglądałem ich w Azji, Australii. I zrozumiałem. Dla Japończyków nie ma nieważnych szczegółów. Wszystko się liczy. W maleńkiej osadzie na pustyni australijskiej był jeden jedyny hotel, w którym mieszkała ekipa Japończyków, Australijczycy i ja. Zapytałem znajomego Australijczyka co tu robią Japończycy. Wiesz - odpowiedział, oni są zupełnie kopnięci. Oni łapią kurz na pustyni. Kiedy po paru latach zjawiłem się ponownie w tej osadzie. Japończyków już nie było, były natomiast japońskie samochody terenowe, które miały filtry powietrza zbudowane tak, że nie zatykał ich pył pustyni.

Podróżując po świecie zawsze starałem się zrozumieć obyczajowość innych ludów. Mój świetny kolega, Kazimierz Dziewanowski, napisał kiedyś wspaniałe zdanie pod adresem Europejczyków: „proszę pana, pan nie jest już najważniejszy...” Czasy kiedy o losach świata decydowano tylko w Londynie, Paryżu, Hadze, czy Berlinie minęły bezpowrotnie, czy nam się to podoba czy nie.

Moja książka Westchnienie za Lapu-Lapu jest właśnie rozpracowaniem pomysłu, że nie wolno patrzeć na świat oczyma białego człowieka. Lapu-Lapu był człowiekiem, który na małej wysepce, należącej obecnie do Filipin, zabił Magellana. W Europie wszyscy wiemy kim był Magellan. Kto wie kim był Lapu-Lapu?

Takie oto były moje plany przybliżenia najdalszego Dalekiego Wschodu czytelnikowi polskiemu.

Rozmawiała: ANNA WCISŁO

Powrót do spisu treści