Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Nie mam klucza do prawd ostatecznych (1987)

„Rzeczpospolita” (Warszawa) 
Nr 155 / 6. 07. 1987 r.

Rozmowa z pisarzem – reportażystą Lucjanem Wolanowskim

„...Walizka z przygodami jest już otwarta. Śpieszcie ze mną za siódme morze na spotkanie przygody, poprzez lądy i ludy..."

LUCJAN WOLANOWSKI - autor Walizki z przygodami i kilkunastu innych tomów reportaży już od paru dziesiątków lat zaprasza czytelników interesujących się odległymi lądami i nieznanymi kulturami na te spotkania. Któż z miłośników przygód nie czytał Z zapartym tchem, Poczty do Nigdy-Nigdy; nie odkrywał dla siebie Lądu, który przestał być plotką - Australii... W warszawskim mieszkaniu pisarza każdy kąt pełen pamiątek: rysunki na korze australijskich artystów-tubylców, skorupa żółwia, szczęka rekina ludojada... księgi o odległych kontynentach...

- Jak zostaje się cenionym i czytanym pisarzem - reportażystą; jak rodzą się Pańskie książki?

- Na początku była ciekawość. Chęć poznania czegoś nieznanego, opowiedzenia o tym komuś. To jest źródło reportażu. Oczywiście, oprócz ciekawości świata ważna jest także umiejętność patrzenia i przekazywania własnych doznań. Jak zaczynałem?

Nie błagał mnie redaktor naczelny na kolanach, abym dał się namówić na podróż dookoła świata. Po wojnie pracowałem w agencji „Polpress” - poprzedniczce PAP. Za każdą przepracowaną niedzielę otrzymywało się wówczas wolny dzień. Sporo takich wolnych dni uzbierałem, by móc zajmować się także sprawami, które mnie interesowały, reportażem sensacyjnym. Mam za sobą dużo ciężkich lat w reportażu krajowym - a jeździło się wówczas różnie, nawet na dachach wagonów. Reportaże zagraniczne zacząłem pisać mając lat trzydzieści sześć.

Najpierw była to Europa. Wyjazdy dla dziennikarza z pewnym stażem i ze znajomością języków nie były zbyt wielkim wydarzeniem. Pracowałem wówczas w dziale zagranicznym dużego tygodnika „Świat”.

- A antypody, Australia... jak Pan tam trafia?

- Po raz pierwszy w Australii znalazłem się jako pasażer tranzytowy w podróży dookoła świata. Z wysp mórz południowych, z Tahiti, Nowej Kaledonii. To było wówczas najlepsze połączenie lotnicze do Hongkongu, przez Sydney. Miałem wizę na kilka dni i kręciłem się po stanie Nowa Południowa Walia. Taki był mój wstęp do dalszych czterech podróży na kontynent australijski. W pierwszej miałem sporo dziennikarskiego szczęścia. Po przylocie do Hongkongu, powinienem zmienić samolot, radio hotelowe potwierdziło wiadomość, że wybuchła tu wielka epidemia cholery. Udało mi się przełożyć termin odlotu, zostałem niejako w samym sercu tej epidemii. W ciągu kilku dni powstał reportaż. który ukazał się w osobnej książce - Klejnot Korony. Reporter w Hongkongu w godzinie zarazy.

- Nie miał Pan obaw?

- Uważałem, że szansa, temat - wyszły mi na spotkanie. Może czytelnik powie, że to brutalne i cyniczne, ale także tam gdzie zdarza się wielkie nieszczęście (a było to wydarzenie na skalę jeśli nie światową, to azjatycką) - reporter powinien być.

Ten rozdział w Hongkongu był istotny w moim życiu reportera. Klejnot Korony, jak większość moich książek, został przełożony na kilka języków... Któregoś dnia ktoś zatelefonował do mnie z Genewy: Światowa Organizacja Zdrowia zaproponowała mi, abym podjął się napisania książki o walce z chorobami tropikalnymi.

- I powstała kolejna książka: Upał i gorączka?

- Tak. Problemy to istotne. Dawniej człowiek, który był chory na dżumę i płynął statkiem z Indii do Europy nie mógł dopłynąć żywy. Dziś śmierć podróżuje odrzutowcem.

Zadanie wykonałem. Pracować mogłem tak, jak powinien to robić prawdziwy reporter. Kiedy na Borneo znalazłem się w czasie pory deszczowej i nie mogłem dojechać do laboratorium w głębi dżungli (gdzie prowadzono badania nad zagadka wymierania plemienia Murut), gdyż wszystko dookoła tonęło w błocie, kazano mi wynająć helikopter...

W Hongkongu, gdzie polecono mi zająć się sprawą walki z handlem narkotykami codziennie wchodziłem do więzienia jego królewskiej mości, gdzie siedzieli ludzie skazani za ten handel. Rozmawiałem z nimi... W Sarawaku miałem dwóch tłumaczy - jeden tłumaczył z angielskiego na chiński a drugi z chińskiego na lokalne narzecze.

- Podczas Pańskich podróży zmieniał się świat, powstawały nowe kraje...

- Widziałem na własne oczy rozpad wielkich imperiów kolonialnych. W Singapurze byłem, kiedy był jeszcze kolonią brytyjską, wtedy, gdy został częścią Malezji i później, gdy stawał się niezależnym państwem. Oglądałem wojska Narodów Zjednoczonych na Zachodniej Nowej Gwinei, z której wycofywali się Holendrzy. Przyleciałem z australijskiej części wyspy pustym niemal samolotem i lądując na ziemi niczyjej z fotografem Anglikiem utworzyliśmy spółkę z nieograniczoną bezczelnością. Co rano wybierając pośród porzuconych samochodów te, w których była benzyna, wyjeżdżaliśmy i braliśmy się do roboty...

- Pisał Pan o skoku cywilizacyjnym na tej wyspie.

- Na Nowej Gwinei oglądałem zderzenie życia ludzi epoki kamiennej z epoką odrzutowców. Problemów tu wiele. Takie wyspy – giganty jak Nowa Gwinea, zamieszkane przez rozliczne plemiona mówiące zupełnie różnymi językami. nie mające z sobą wspólnoty, czy wyspy gdzie słowo „przybysz” jest równoznaczne ze słowem „wróg” nie zmieniły się w sielanki, dlatego, że przestały być terytoriami podległymi i uzyskały niezależność. Pozostały często po kolonizatorach systemy prawne, które idę bardzo się mieściły w tradycji miejscowej czy lokalnym rozumieniu prawa. Niełatwo tam odpowiedzieć, czy przestępcą jest ten, kto wykonał wyrok sądu plemiennego z polecenia starszyzny i zamordował człowieka, który złamał tabu?

- Tabu. Dziś zaczynamy dopiero uświadamiać sobie, jak wielkie było jego znaczenie w życiu tubylców i całych ich cywilizacji.

- To bardzo złożony problem. Trzeba być ostrożnym w formułowaniu sądów. Nawet pojęcie „tubylcy” jest mało precyzyjne. Tubylcy tasmańscy byli zupełnie odmienną rasą od tych z lądu stałego. Jest zasada: w dalekich krajach nie staraj się być mądrzejszy niż ci, którzy byli tu przed tobą... Choć w epoce telewizji i radia świat staje się coraz bardziej podobny: z niewielkim opóźnieniem nosimy ubrania projektowane przez wielkich dyktatorów mody, słuchamy tej samej muzyki, to przecież pozostało jeszcze w nim trochę miejsca na tradycję, na anegdotę.

- Dlatego przedkłada Pan anegdotę nawet nad statystykę?

- Staram się nie operować statystyką, każdy znajdzie ją w roczniku. A mnie najbardziej interesuje to. jak ludzie żyją. z czego żyją, jakie są ich radości i smutki. Szukam odpowiedzi na najprostsze pytania. Mamy rozeznanie w historiach dynastycznych sprzed tysięcy lat, a historia nie może nam jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, skąd się wzięło żyto... Nie napisana historia chleba czeka na autora.

- Widział Pan, nawet sfotografował, wiele tajemniczych rzeczy - jak choćby mogiła z rzeźbą statku w głębokiej dżungli z wizerunkiem człowieka... - kto wzniósł ten pomnik, kto wyrzeźbił statek?

- Ja nie mam klucza do prawdy ostatecznej, dlatego nie staram się opowiadać czytelnikowi tego, czego sam nie rozumiem do końca.

- Wśród wątków australijskich w Pańskich książkach są także tropy polskie.

- Nie zbieram szczególnie poloników, jednak zafrapowały mnie losy łudził, których drogi życiowe - myślę o Australii - były tak bardzo skomplikowane, jak owych Polaków z Mandżurii wysiedlonych z Charbinu czy Mudenu: w trzecim lub czwartym pokoleniu urodzeni poza Polską potrafili posługiwać się nadal polskim językiem; czy losy polskich żołnierzy, którzy podczas ostatniej wojny wraz z australijskimi żołnierzami bronili pustynnej twierdzy Tobruk, a po wojnie osiedlili się w Australii na Tasmanii. Interesuje mnie cały ten wielki tygiel wielonarodowościowy, w którym tworzy się naród australijski...

- Pisze Pan także książki dla młodego czytelnika.

- Bardzo szanuję czytelnika młodzieżowego, jest to czytelnik jutra, który może sięgnie za parę lat także po książkę o trudniejszych treściach. Reportaż może być dla niego komentarzem do współczesności.

Rozmawiał: JERZY WÓJCIK

Powrót do spisu treści