Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Święty Mikołaj na plaży (1988)

„Veto” (Warszawa)
Nr 51-52 / 18-25. 12. 1988 r.

Jakie będą nasze Święta możemy się domyślać, czy też mieć nadzieję. Ale jak wyglądają Święta Bożego Narodzenia daleko stąd? — z tym pytaniem zwróciłam się do człowieka, który wiele podróżował. Rozmawiam z reporterem, LUCJANEM WOLANOWSKIM.

 - O jakich Świętach Bożego Narodzenia obchodzonych daleko stąd, chciałby Pan Czytelnikom opowiedzieć?

- Byłoby sporo do opowiadania, ale sięgnijmy po wspomnienia pogodne, Kilka razy widziałem Świętego Mikołaja na plaży.

- Na plaży? W czasie zimowych mrozów?

- Niezupełnie, bo w czasie letnich upałów. Mam bowiem na myśli Święta Bożego Narodzenia, które kilka razy obchodziłem w dole globusa, czyli w Australii, albo na Nowej Zelandii. Trzeba jednakże pogodzić się z tą myślą i nie przecierać oczu ze zdziwienia, kiedy na plaży zjawia się Święty Mikołaj w kostiumie kąpielowym, ale z piękną przyklejoną brodą, wyjmuje z torby prezenty i rozdaje dzieciom, oczywiście ocierając raz po raz pot z czoła.

- Czy ta broda tak go grzeje?

- Nie, grzeje go upał, bowiem grudzień to już jest australijskie lato w całej pełni. W tym roku minęło dwieście lat europejskiego osadnictwa w Australii, więc pamiętajmy, że razem z osadnikami przybyły tam też ich zwyczaje. Skoro daleko w macierzy - jak nazywano wtedy jeszcze Wielką Brytanię - Święta Bożego Narodzenia obchodzono uroczyście, to rzecz jasna, że pod tą samą datą trzeba było je obchodzić w upale australijskiego lata.

- Jakie jeszcze inne oryginalne Święta Pan przeżył?

- Wspominam Święta, które spędziłem w Brunei. Brunei to jest sułtanat na wielkiej wyspie Borneo, tam gdzie islam przestrzegany jest bardzo skrupulatnie i wszystkie dekrety rządowe muszą być uzgodnione z Ministerstwem Wyznań Religijnych. Ono sprawdza, czy dekret pokrywa się z zasadami islamu. Pracowałem tam wtedy dla pewnej organizacji międzynarodowej i każdego dnia urzędowanie zaczynaliśmy od wizyty w meczecie.

Nie było więc ani choinki, ani płatków śniegu prawdziwych lub sztucznych. Była natomiast wilgoć i spiekota tropików oraz autentycznie złoty dach wielkiego meczetu, lśniący w słońcu tropikalnego poranka.

- Wspomnienia ma Pan egzotyczne?

- Egzotyka nie istnieje, nie znam takiego pojęcia. Po prostu są inne kraje, inne obyczaje.

- Czym Pan się właściwie zajmuje, jak by Pan określił swój zawód?

- Jestem reporterem. To znaczy piszę o rzeczach, które widziałem albo o tym, czego dowiedziałem się od innych ludzi. To jest literatura faktu.

- Czy to przypadek, że wędruje Pan tak daleko?

- Nie, to nie jest przypadek. Ale muszę wyjaśnić - przez bardzo wiele lat zajmowałem się reportażem krajowym, a to, że wędruję „Dalej niż Daleko” (tytuł książki L. Wolanowskiego - przyp. E. S.), to dlatego, iż uważam, że współczesny nam świat jest zbyt skomplikowany i nie wolno udawać, że ktoś zna się na wszystkim. Ja przez lata specjalizowałem się w tematyce Azji południowo-wschodniej i południowego Pacyfiku.

- Czy to znaczy, ze Pan zna Australię?

- Nie, to wcale nie znaczy. Nie ma człowieka, który może powiedzieć o sobie, że zna Australię. Ja widziałem Australię. Byłem tam sześć razy, ale ja jej nie znam. To jest ogromna różnica i skoro mówimy o literaturze faktu, to konieczna jest precyzja.

- Czy jest jakiś wspólny mianownik Pana wędrówek?

- Oglądając się wstecz mam wrażenie, że widziałem i opisywałem rzeczy, których nie można już zobaczyć, ponieważ przestały istnieć.

- Co to znaczy?

- Jestem prawdopodobnie, o ile nie ostatnim to jednym z ostatnich Europejczyków, którzy byli w portugalskiej kolonii Timor. W kilka tygodni po moim tam pobycie Timor portugalski został zajęty przez Indonezję i - o ile wiem - nikogo z zewnątrz już się tam nie wpuszcza. Oglądałem w Singapurze i opisałem ulicę, gdzie się umiera - słynną Sago Lane, czyli zaułek, w którym istniały przedsiębiorstwa, do których przychodzili starzy Chińczycy, aby zakończyć życie. Widziałem w Hongkongu „miasto za murami”, czyli niejako zalążek kolonii tam gdzie kolonialna policja zazwyczaj nie wchodzi. Spędziłem kilkanaście dni w więzieniu Jej Królewskiej Mości w Kaulun w Hongkongu. Na szczęście nie jako pensjonariusz, ale jako reporter, który rozmawiał z osądzonymi i skazanymi handlarzami narkotyków.

- Jakie jeszcze przygody Pan przeżył?

- Niewątpliwie moja wyprawę z australijską flotą wielorybniczą na południe od Australii, czyli w stronę bieguna południowego.

- Na czym polega jej niepowtarzalność?

- Przede wszystkim, oni nigdy nie brali pasażerów, a poza tym wielorybnictwo w Australii jest już teraz zakazane. Australijska flota wielorybnicza już nie istnieje, a wielka baza wielorybnicza w Albany została zamknięta.

- Czy ma Pan wspomnienia przyjemne?

- Ja nie podróżuję dla przyjemności, jakkolwiek stare porzekadło powiada, że z każdej podróży ma się trzy razy przyjemność - kiedy ją się planuje, kiedy ją się odbywa i kiedy ją się wspomina. Ja nie wspominam przyjemnie rejsu z flotą wielorybniczą. Śmierć największego ssaka naszej planety oglądana zupełnie z bliska z odległości kilku metrów to widowisko straszne okrutne. Dla mnie liczą się wszystkie wspomnienia - i te ciekawe, i nieciekawe. Wspominając niektóre podróże myślę, że miałem więcej szczęścia niż rozumu.

- Co Pan chciałby przez to powiedzieć?

- Chciałbym na przykład wspomnieć moją wyprawę na Malaje - wtedy jeszcze brytyjską kolonię koronną – akurat w czasie kiedy trwało tam powstanie. Powstanie to ciągnęło się, jak wiadomo dwanaście lat, zanim udało się je stłumić siłą. Ja z moim polskim paszportem w kieszeni wędrowałem sobie wtedy przez Malaje i myślę, że właściwie tylko moja blada twarz i łut szczęścia uchroniły mnie przed nieobliczalnymi wprost kłopotami. Ale to było dawno temu i widocznie odwaga szła w parze z młodością.

- Widział Pan rozmaite systemy polityczne naszego świata...

- Widziałem przemijanie epoki kolonializmu. Zjawiłem się na przykład na zachodniej Nowej Gwinei akurat w czasie, kiedy lądowały tam wojska Narodów Zjednoczonych, aby objąć dziedzictwo po kolonii holenderskiej. To były przedziwne czasy, miałem bowiem wtedy wizę numer dwa i leciałem tam z fotografem wielkiego londyńskiego tygodnika, któremu dano wizę numer trzy. Będę wspominał tę pracę, ponieważ co rano wychodziliśmy z hotelu, wybieraliśmy sobie jakiś ładny samochód i jeździliśmy nim tak długo, póki nam się nie wyczerpała benzyna.

- Kradł pan samochody?!

- Nie. Tyle odwagi nie miałem. Były to pojazdy porzucone, ponieważ właściciele ich uciekli, aby nigdy nie wrócić. Nie było zresztą możliwości dalekich jazd, ponieważ o ile pamiętam droga sięgała kilka kilometrów za miasto w jedną i drugą stronę. Na tym się nasze wyprawy kończyły. Poleciałem natomiast wtedy do miejscowości o malowniczej nazwie Fak Fak gdzie cala nowoczesność sprowadzała się do posterunku policji, radiostacji, zresztą porzuconej, i jednego mizernego sklepiku, w którym można było kupić - jak to się powiada - od cytryny do dziewczyny. W Singapurze byłem kilka razy, ale widziałem to miasto - wyspę w trzech odmiennych sytuacjach. Najpierw jako brytyjską kolonię koronną, potem jako część składową federacji, a wreszcie jako samodzielne państwo. Na moich oczach rozrósł się z wielkiego, ale mocno zniszczonego przez Japończyków portu w metropolię światowego handlu.

- Jakby Pan określił przemiany Singapuru?

- Nie będę się wdawał w statystyki, ponieważ nimi nie dysponuję i jako reporter, zajmujący się właściwie wyłącznie „ludzką stroną opowieści” nie bardzo się nimi interesuję. Jest natomiast faktem, że Singapur z bardzo typowego miasta Dalekiego Wschodu, ze wszystkim, co to może oznaczać i w dobrym i w złym sensie, zmienił się w miasto sterylne, które potrafi zmusić ludzi do zachowania bezwzględnej czystości. Rzucenie niedopałka papierosa na ulicy kosztuje około dwustu dolarów egzekwowanych bezwzględnie i w sposób bezkompromisowy.

- I co z tego wyszło?

- Wyszło miasto czyste, ale miasto o zupełnie odmiennym charakterze.

- Czy żałuje Pan tego starego Singapuru?

- Oczywiście, że nie żałuję, ponieważ nie mieszkam w Singapurze tylko w Warszawie i na wydarzenia w dalekich krajach spoglądam zawsze z uwagą, ale beznamiętnie.

- Czy myśli Pan, że w Warszawie przydałyby się takie surowe kary?

- Nie, tego nie powiedziałem. Ostatecznie wdrażanie do czystości nie jest kwotą tylko wysokich grzywien. To zupełnie inna historia.

- Wspomniał Pan o Timorze - dlaczego tak Pana zafrapował?

- Dlatego, że to była chyba ostatnia kolonia w dawnym stylu. Najpierw było bardzo trudno się tam dostać, nie będę pani opowiadał szczegółów w jaki moi australijscy przyjaciele załatwili mi portugalską wizę wjazdową do kolonii Timoru. To cała obszerna opowieść. Natomiast w owym czasie były tylko dwa połączenia w miesiącu z małej osady Darwin na północy Australii do Dili w Timorze. W mieście był tylko jeden hotelik...

- Co Pan nazywa kolonializmem w dawnym stylu?

- W owym czasie sporo wędrowałem po tej kolonii. Trudno mi było pogodzić się z panującym tam zwyczajem - gdy znalazłem się w jakiejś wiosce, dorośli ludzie schodzili z drogi i stali na poboczu na baczność tak, jak ich nauczyli najpierw Japończycy podczas okupacji, bardzo zresztą krwawej i bezwzględnej, a przedtem i potem kolonizatorzy portugalscy, którzy byli i tam, przez kilkaset lat. Timor to jedna z ich najstarszych kolonii. O ile na przykład w koloniach brytyjskich bardzo często urzędnicy kolonialni po odbyciu służby wracali do Europy, to z portugalskiego Timoru mało kto wracał.

- Dlaczego?

- Przede wszystkim był to w owym czasie rejon wszystkich nieszczęść na jakie cierpiała ludzkość - malaria, żółta febra, trąd. Żyło się krótko. Urzędnik kolonialny bardzo pośledniej rangi, który miał w Timorze piętnaścioro osób służby, po prostu nie chciał wracać do macierzy, gdzie na pewno musiałby się od takich luksusów odzwyczaić. Zresztą to już były ostatnie lata kolonii i na jakiś czas przed moim przybyciem doszło nawet do buntu w garnizonie portugalskim. Rebelia została krwawo i bezwzględnie stłumiona. Portugalia przeżywała przecież swoje rozstania z dyktaturą i młodzi Portugalczycy, których wysyłano do Timoru, nie bardzo chcieli być narzędziem kolonialistów.

- Nic Pan nie powiedział o kobietach w dalekich krajach.

- Wolałbym się nie wypowiadać w imieniu własnym, ale zacytować mądrość Azji, że trzy najlepsze rzeczy na świecie to: europejski dom, chińska kuchnia i japońska żona. Mam wrażenie, że to ostatnie sformułowanie traci na aktualności. Byłem kilka razy w Japonii i wydaje mi się, że epoka młodej Japonki, stale się kłaniającej i czekającej na każde skinienie swego pana i władcy, już dawno minęła.

- Nad czym Pan teraz pracuje?

- Od lat zajmuję się tematyką australijską. Teraz pracuję nad książką, która będzie niejako podsumowaniem tego… czego nie widziałem.

- To brzmi tajemniczo - jak mam to rozumieć?

- Byłem w tym roku na uroczystościach dwustulecia europejskiego osadnictwa w Australii. Piszę teraz książkę o ludziach, których na tych obchodach nie było.

- Dlaczego?

- Nie dlatego, że nie zostali zaproszeni tylko dlatego, że już dawno nie żyją. To byli ci, którzy zbudowali Australię. Badacze Wielkiego Kontynentu. Śmiałkowie, którzy pędzili przez pustynię ogromne stada, ci którzy z kilkunastu sprowadzonych merynosów zbudowali największe mocarstwo wełniane świata. Ci wszyscy ludzie, którzy przeważnie pozostali anonimowi i o których mało wiedzą sami Australijczycy.

- Dziękuję Panu za upominek pod choinkę, dzięki któremu spędziliśmy trochę czasu wśród innych ludzi i w innym świecie.

Rozmawiała: ELŻBIETA STĘPKOWSKA

Powrót do spisu treści