Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Nawiedzony Australią (1989)

"Bumerang. Biuletyn Towarzystwa Polska-Australia” (Warszawa)
Nr 1 / 1989 r. 

„BUMERANG”: - Udało się wydostać z „Czytelnika" obwolutę piątego wydania Pana książki o Australii. Kiedy książka będzie do nabycia?

LUCJAN WOLANOWSKI: - Jesienią. To jest - europejską jesienią. Bądźmy precyzyjni, skoro „Bumerang" ma dolecieć do Australii, tam wtedy będzie wiosna.

- Wiemy, iż Poczta do Nigdy-Nigdy jest pierwszą oryginalną polską relacją o Australii, jaka została napisana od czasów Seweryna Korzelińskiego, który wędrował po wielkim lądzie w latach 1853-65. Później były polskie przekłady zagranicznych autorów. Teraz z kolei Pana książki o Australii tłumaczone są na obce języki. Skąd się wzięła ta fascynacja tematem?

- Uważam, że świat współczesny jest tak skomplikowany, iż trudno znać się na wszystkim. Idziemy w kierunku specjalizacji. Od ćwierć wieku nie piszę właściwie o niczym innym. Australia i Oceania. Zacząłem niejako przypadkowo. Byłem tranzytowym pasażerem, który lecąc z Oceanii do Hongkongu wybrał połączenie przez Australię. Ten krótki pobyt uświadomił mi, że to jest to - wielki kraj i wielki temat.

- Ile razy był Pan w Australii?

- Byłem sześć razy. Ale nie mogę powiedzieć, że znam Australię. Widziałem Australię. To różnica. Chyba nie ma człowieka, który może powiedzieć, że zna Australię. Byłem też na „przyległościach”, widziałem świat Nowej Gwinei czy Nowej Zelandii i Borneo, bliższe i dalsze sąsiedztwo.

- Stosuje Pan uniki. Świat jest pełen ciekawych tematów, Pan jednak nie odpowiedział, dlaczego akurat Australia tak Pana fascynuje?

- Sam się nad tym zastanawiałem. Odpowiedź nie jest prosta. A więc - jestem zawodowcem. To znaczy, żyję ze sprzedaży mych książek. Ten temat ludzi interesuje, skoro książki moje o Australii rozchodzą się błyskawicznie, doczekały się wielu przekładów na języki obce. Nie mam ambicji ani kwalifikacji do pisania dzieł naukowych. Żyję anegdotą, staram się pokazać to, co zwykło się nazywać „the human side od the story” czyli ludzką stroną opowieści. A - proszę mi wierzyć - to wcale nie jest łatwe zadanie.

- Czytelnicy mają wrażenie, że ma Pan lekkie pióro.

- Otóż nie! Rzekłbym, że reportaż jest tym trudniejszy do pisania im łatwiejszy do czytania. No i są trudności warsztatowe.

- Mianowicie?

- Zaryzykuję stwierdzenie, iż pokazuję mym Czytelnikom Australię, której przeciętny Australijczyk sam nigdy w życiu nie ogląda. I może nie będzie oglądał nigdy, jako że ja pływałem z australijską flotą wielorybniczą a wielorybnictwo jest teraz w Australii zakazane. Przeciętny Australijczyk nie popłynie na statku obsługującym latarnie morskie na wysepkach Morza Koralowego, jako że nie zabiera on pasażerów. A to jeden z „moich” tematów. Latałem z Królewską Służbą Latającego Doktora, rozwoziłem pocztę w Krainie Nigdy-Nigdy, byłem w kopalni złota i w wielkich kopalniach rudy żelaznej. Przeciętny Australijczyk nie pojedzie na Wyspę Czwartek ani na wyspę Norfolk, bo to jest bardzo daleko od miast na południu Australii a poza tym - trzeba pamiętać o „tyranii odległości”.

- Co to znaczy?

- To jest tytuł książki profesora Geoffrey Blainey’a, teraz już może określenie klasyczne. My w starej Europie słabo zdajemy sobie sprawę z dystansów, jakie trzeba pokonać, gdy się wędruje po Australii. Gdy z Perth, stolicy stanu Australia Zachodnia poleciałem do Kununurra, to spędziłem całą noc na pokładzie odrzutowca, nie opuszczając terenu jednego tylko stanu Związku Australijskiego. To były podróże bardzo niezdrowe dla mej kieszeni. Sporo jest dla mnie zagadek w Australii, nie udało mi się na przykład wyjaśnić, dlaczego na niektórych szlakach krajowych w samolotach jest tylko pierwsza klasa.

- Czy interesują Pana polonica?

- W pewnym zakresie - tak. Byłem w najstarszej osadzie Polish Hill River i rozmawiałem jeszcze z ostatnim mieszkańcem który mówił po polsku, archaicznym językiem rejonu Ziemi Lubelskiej, którym już współcześnie się nie posługujemy, a zrozumieć nie jest łatwo. Tam, gdzie zainteresowania sięgają dziejów osadnictwa polskiego, me ma już nic do dodania do tego, co napisał pan Lech Paszkowski z Melbourne. To niezmordowany tropiciel śladów polskości w dole globusa, bogactwo wiedzy o temacie podane pięknym, precyzyjnym językiem. Jak to się mawiało niegdyś w recenzjach, „jaka szkoda, że to nie ja napisałem”. Dorobek godny podziwu.

- Pana książki Ani diabeł, ani głębina lub Buntownicy Mórz Południowych świadczą o Pana zainteresowaniu dziejami Australii. Czy mamy uważać, że idzie Pan teraz dalej w tym kierunku?

- Tak. Ale nie jest to szeroki gościniec, raczej boczne ścieżki.

- Mówi Pan skrótami. Proszę wyjaśnić bliżej.

- Byłem w ubiegłym roku na obchodach 200-lecia europejskiego osadnictwa w Australii, czyli przybycia brytyjskiej Pierwszej Floty. Chciałbym teraz pokazać Czytelnikowi polskiemu - a mam już też zapytania zagranicznych wydawców moich poprzednich książek o Australii - dole i niedole tych, którzy nie byli na tych wspaniałych obchodach.

- Nie byli zaproszeni?

- Nie, ludzie o których teraz piszę, już nie żyją. To ci, którzy - jak się powiada - „szli tą drogą jeszcze nim została wytyczona”. Odkrywcy, żeglarze, pionierzy pędzący wielkie stada bydła latami przez zupełnie nieznane tereny w poszukiwaniu soczystej trawy. Zesłańcy, żołnierze, pierwsi Australijczycy którzy oderwali się od ziemi i pofrunęli nad kontynentem. Poszukiwacze złota, którzy zginęli z pragnienia na drodze ku bogactwu. Kobiety, które wędrowały przez pustynię i step, rodziły dzieci w szczerym polu pod Krzyżem Południa, na zupełnym odludziu. Chciałbym opowiedzieć dzieje narodzin ludu australijskiego, fascynuje mnie ta niezwykła wspólnota tylu narodowości, jaka w zaledwie w dwa wieki powstała w Australii. Nie będzie to - jak sobie wyobrażam - opowieść o gubernatorach, generałach czy innych możnych tego świata. Frapuje mnie zwykły digger czyli Australijczyk, który popłynął za siedem mórz, aby bić się o wolność nie tylko swego kraju, lecz by uwolnić ludzkość od przemocy. Nie grzebię w statystykach, bowiem interesuje mnie człowiek, który zbudował w mozole ,,beczące bogactwo”, wielomilionowe stada owiec. To wielki temat, ciągle jeszcze tereny nieznane. Jestem wprost niemoralny, ponieważ wydawnictwo płaci mi za to, co mnie samego pasjonuje.

- Kiedy będziemy mogli przeczytać wyniki tej pracy?

- Uporczywie zbieram nowe przyczynki do starych dziejów. Nauka australijska udostępnia stare archiwa, ściąga się dokumenty o których istnieniu nawet dotąd nie wiedziano. Mimo wszystko muszę kończyć pisanie, jakkolwiek ciągle dowiaduję się czegoś nowego. Potem prace redakcyjne, wydawnictwo szuka drukarni, drukarnia rozgląda się za papierem.

- Oby Czytelnik nie czekał zbyt długo! Dziękujemy za rozmowę.

Powrót do spisu treści