Lucjan Wolanowski
SmodCMS

I tak zgadało nam się o ludziach, żyjących w Hongkongu...

...a przeto proszę posłuchać o plemieniu Tanka, gdyż ono najpierw ucierpiało od zarazy

Wędrując ulicami Victorii - tak zwie się stolica kolonii - czy Kaulun, reporter często napotyka dziwny widok: dwaj Chińczycy rozmawiają ze sobą przez tłumacza. Hongkong miał bowiem zaledwie półtora tysiąca mieszkańców, kiedy 120 lat temu zajmowali go Brytyjczycy, teraz zaś zamieszkują go nie tylko cztery odrębne grupy rdzennej ludności miejscowej, ale także liczne rzesze przybyłe z lądu stałego. Tu zjawili się ci, którzy woleli nie czekać na nadciągającą w zwycięskim pochodzie armię ludową. Bogacze z Szanghaju demontowali maszyny swych fabryk i pośpiesznie ekspediowali wielkie skrzynie z towarami do Hongkongu. Uciekli policjanci i urzędnicy Kuomintangu. Spieszyli do Hongkongu spekulanci i przemytnicy, spieszyły też i często tłumy biedoty, nagle omamione owczym pędem, skuszone ułudą dobrobytu, jaki to miał czekać na nich na tej niewielkiej wyspie pod brytyjską flagą...

Nędzarze żyją w nędzy, o jakiej nam się w Europie w ogóle nie śniło. Bogacze zaś, dziękuję, czują się dobrze...

Ale nędzę od bogactwa dzieli zapora nie do przebycia, zaś i biedacy, i bogacze mówią przeróżnymi dialektami wielkiego kraju, mają odmienne zwyczaje, inne stroje, inne nawyki...

Już sama rdzenna ludność nie jest - jak rzekłem - wcale jednolita. Przejdźmy się tylko ulicami! Oto są Kantończycy, wywodzący się z osadników przybyłych tu jeszcze w XI wieku. Z Chin Północnych przywędrowali ludzie z plemienia Hakka - zresztą sama ich nazwa już oznacza „Obcego”... Świetni to rzemieślnicy, zajmują się też uprawą roli, jak Kantończycy, oraz hodowlą nierogacizny.

Kulis, który wyciągniętym kłusem biegnie zlany potem, zdyszany, ciągnąc rikszę z pasażerem, to na pewno człowiek z plemienia Hoklo. Ludzie ci zawsze trzymają się brzegów morza i swymi szybkimi łodziami wyruszają na pełne morze w pogoni za rybą.

Ludzie z plemienia Tanka od stuleci żyją na swych łodziach. Zresztą dopiero od 1911 roku wolno im osiedlać się na lądzie. I dziś niechętnie jeszcze zapuszczają się na dłuższe wędrówki, już z dala można ich odróżnić po charakterystycznym stroju i sposobie chodzenia. Dawniej na ląd nigdy nie schodzili, ich tylko znoszono - aby pogrzebać w ziemi... Ich kobiety równie zręcznie posługują się włosiem, jak mężczyźni. Ludzie z plemienia Tanka nie umieją siedzieć, nawet w mrocznych restauracyjkach, w pobliżu portu dla dżonek, można ich spotkać, jak posilają się kucnąwszy na ziemi.

Mają jeszcze swoje dziwne zwyczaje, niezmienione wiekami odosobnienia na morskich falach. Zaślubiny trwają niemalże okrągłą dobę. Panna młoda o świcie opuszcza swą rodzinną dżonkę, aby przenieść się na łódź swego oblubieńca. Przedtem jednak przez trzy godziny musi odpowiadać na grad pytań, spadający na nią ze strony wszystkich kobiet z rodziny i zaprzyjaźnionych. Jest wręcz oszołomiona zmęczeniem, kiedy w najprostszym stroju roboczym, półżywą po tym „przesłuchaniu”, dostarczają na łódź, gdzie już czeka na nią pan młody.

O zmroku wraca znowu na swoją łódź rodzinną, aby oddać hołd dawnym bóstwom domowego ogniska i pokłonić się - już w całej okazałości weselnej szaty - swym rodzicom.

Rozdział następny