Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Teraz ze starych kronik wygrzebujemy opowieść o profesji pani Randall...

...o miodzie w małych słoikach i lodzie dla Pań i Panów

Zagarnięcie Hongkongu nie wywołało bynajmniej fali entuzjazmu w samej Anglii. Były do wzięcia bogatsze tereny w samej Azji, a uważano, że cena za tę małą wysepkę jest zbyt wygórowana - sprawozdania prasowe prześcigały się bowiem w opisywaniu straszliwego klimatu tego nowego klejnotu Korony.

Robert Swinhoe w swej książce o nieco przydługim tytule: „Sprawozdanie z kampanii w Chinach w roku 1860, zawierające osobiste refleksje autora o chińskim charakterze oraz o moralnym i społecznym obliczu kraju łącznie z opisaniem wnętrza Pekinu” – pisze o tym wyczerpująco: „Victoria uważana jest za jedno z najbardziej niezdrowych miast na kuli ziemskiej, a to dlatego że osada zasłonięta jest całkowicie przez pionowe skały przed podmuchami wiatru. Straszliwy upał, dający się we znaki w ciągu dnia, nie ustępuje przez wiele godzin po zachodzie słońca. A gdy po gwałtownym deszczu pojawia się znów słońce, to wilgoć szybko paruje i niezdrowym obłokiem kładzie się na okolicznych wzgórzach”.

Zaś George Wingrove Cooke, który w latach 1857 - 58 był w Chinach korespondentem czcigodnego londyńskiego „Timesa”, donosił z Hongkongu, że „z 600 ludzi 59 pułku - aż 150 leży w szpitalu, a piechota morska ma jeszcze większy odsetek zachorowań”. Donosi dalej, że przez 8 lat stacjonowania w Hongkongu ów pułk postradał 2000 żołnierzy na skutek zgonu lub trwałego inwalidztwa w następstwie nabytej w kolonu choroby. Nie było w szeregach po tych ośmiu latach ani jednego żołnierza z pierwotnego składu owego pułku!

Dramatycznie przedstawiają się nawet teraz, po przeszło stu latach, opowieści o kolonialnej osadzie w Szczęśliwej Dolinie. Powstało tam willowe osiedle w sielankowej okolicy, jakkolwiek Chińczycy ostrzegali przed budownictwem na tamtych terenach. Okazało się poniewczasie, że Szczęśliwa Dolina jest królestwem komarów. „I wkrótce każde domostwo zostało opróżnione przez śmierć” - zanotował współczesny kronikarz. Nikt jeszcze nie łączył wtedy malarii z komarami, ukazującymi się po nastaniu zmroku - ale ówczesne źródła snują rozważania na temat zachorowań szeregowców po nocnej warcie... Nastrój grozy wokół Hongkongu podtrzymywany był przez urzędowe sprawozdania, donoszące, że latem 1843 roku każdy z żołnierzy garnizonu był przeciętnie pięciokrotnie przyjmowany do szpitala!

Szperanie po pożółkłych zszywkach kolonialnych gazet jest nie tylko pasjonującą wycieczką w przeszłość, ale i kluczem do zrozumienia dnia dzisiejszego kolonii, jej kontrastów i paradoksów. W „Hong Kong Register” z 31 lipca 1849 roku znajdujemy ogłoszenie o sprzedaży lodu, dostarczanego statkami aż z Ameryki Północnej! Redakcja pisze od siebie górnolotnym stylem, że ustanie dostaw „oznaczałoby pozbawienie Panów zimnego Piwa, a ich Pań pozbawiłoby Lodów, Mazagranu oraz wszelkich innych pyszności, w jakich Panie te tak gustują...”

Już sto lat temu Hongkong miał dla Panów jeszcze inne atrakcje poza zimnym Piwem. Marynarze, zawabiani przez powabne dziewczęta, pojeni byli w spelunkach mieszankami, preparowanymi z samogonu i soku tytoniowego - a następnie ograbiani przez rzezimieszków. Gdy ofiara resztką świadomości usiłowała dotrzeć na pokład swego statku, podstawiony przewoźnik często rabował odurzonego, gdy dżonka unosiła się na falach zatoki, aby następnie wrzucić majtka do wody. Zresztą i na samych dżonkach dziewczęta, sprzedane przedsiębiorcom przez głodujące rodziny - miały służyć uciechom ludzi morza.

Dla młodych wojskowych i niższych urzędników administracji czy przedsiębiorstw handlowych, których kontrakty często zastrzegały zachowanie stanu kawalerskiego podczas pobytu w kolonii - droższe lokale trzymały kolekcje dziewcząt, mówiących poprawną angielszczyzną i gdzie - jak wspomina współczesny pamiętnik - nawiązywano wytworne rozmowy w rodzaju: „Czy pani mnie lubi? - Owszem, ale nie dziś w nocy".

Prasa z owej epoki zamieszczała od czasu do czasu krótkie anonse w dziale ogłoszeń: „W domu pani Randall przy Lyndhurst Terrace jest do nabycia miód dobrej jakości w małych słoikach”.

Mrs. Randall przybyła z Australii z trupą wędrownych aktorów, ale w Hongkongu osiadła na stałe, znalazłszy zajęcie bardziej intratne niż granie Szekspira w spiekocie kolonii. W domu przy Lyndhurst Terrace zapoznała stadko chińskich dziewcząt z takimi zdobyczami cywilizacji białych ludzi, jak sztuka poprawnego nalewania szampana, zapalania cygara czy inne arkana sztuki podobania się zamożnym dżentelmenom. Kronikarze zanotowali, że dom pani Randall urządzony był z przepychem i wiktoriańską skłonnością do przeładowywania wnętrz. Rozkład pokojów był taki, że żaden z panów nie mógł spotkać się z innym bywalcem tego przybytku - chyba że sam tego zapragnął. „Najważniejsze jednak było to, że nie zachodziła obawa, aby któryś z odwiedzających dżentelmenów mógł być później nękany objawami pewnej dolegliwości, której nazwy nawet tu nie wymienię” - opowiada z uznaniem kronikarz.
Po wyszkoleniu kolejnego turnusu pani Randall zachwalała swój „miód w małych słoikach” w prasie. Współcześni znawcy tematu wspominają też, że na wypadek gdyby jakaś zapobiegliwa gospodyni istotnie chciała pod podanym adresem zaopatrzyć się w autentyczny miód - przezorna mrs. Randall miała zawsze na składzie kilka słoików szklanych z prawdziwą zawartością pszczelej produkcji.

Mijały lata, zmieniali się gubernatorzy, zmieniały się garnizony. Ani żołnierze szkoccy, ani kanadyjscy, ani hinduscy nie potrafili jednak obronić kolonii przed nową potęgą Dalekiego Wschodu. Japońska piechota morska wtargnęła do podziemnych przejść pod miastem Victoria, znienacka łamiąc system obrony Hongkongu. W noc wigilijną 1941 roku Japończycy mieli już na wyspie 20 tysięcy swych żołnierzy, następnego dnia generał Saki patrzył wyniośle, jak jeńcy Sprzymierzonych maszerują do niewoli. Tylko Chińczycy przez cały czas japońskiej okupacji nie zaprzestali walk podjazdowych z wrogiem, całe połacie Nowych Terytoriów były przez nich kontrolowane. Aż wreszcie 30 sierpnia 1945, kiedy Japonia powalona została na kolana, znowu brytyjskie okręty wojenne zawinęły do portu w Hongkongu.

Rozdział następny