Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Teraz wypada przypomnieć dzieje pirackiej wdowy i jej lubego...

...który torturował ludzi oraz pisał wiersze

Francuz, zamieszkały od dziecka w Hongkongu, opowiadał mi, że jeszcze przed samą wojną podróżował statkiem żeglugi przybrzeżnej, na którym pasażerowie niższych klas byli trzymani pod pokładem, za grubą kratą, strzeżoną przez uzbrojonego wartownika. Miało to utrudnić czy wręcz uniemożliwić piratom stosowanie ulubionej metody podboju statku. Mieszali się oni mianowicie między pasażerów, aby na pełnym morzu niespodzianie wtargnąć na mostek kapitański i z bronią w ręku zmusić załogę do zawinięcia do zacisznej zatoki, gdzie systematycznie i precyzyjnie dokonywano rabunku pasażerów czy nawet brano zakładników, mających odzyskać wolność po złożeniu przez rodziny wysokiego okupu. Zresztą jeszcze i w bliższej nam przeszłości zdarzały się sporadyczne napady piratów na statki - ale są to już ostatnie podrygi tradycji, która zjednała tym stronom opinię pirackiego gniazda.

Z dawien dawna rabusie morscy gnieździli się w zakamarkach skalistego wybrzeża, w małych zatoczkach, do których wjazd nie był z dala widoczny, na wysepkach ledwie sterczących nad falami. Na początku minionego stulecia niejaki Cing-ji dowodził tu sześcioma sporymi flotami pirackimi. Kiedy zatonął podczas tajfunu w roku 1807 – wdowa po nim została pirackim admirałem. Pani Cing stworzyła prawo rabusiów morskich, przestrzegane z całą surowością dyscypliny przez jej podwładnych. Łupy gromadzono w centralnym magazynie, były one skrupulatnie zaksięgowane i rozdzielane według ustalonych zasad. Łupienia nędzarzy surowo zakazano. Piraci musieli mieć formalne zezwolenie gospodarczego kierownika całej bandyckiej imprezy na korzystanie z wdzięków branek, gdyż - jak rozumowała piracka wdowa - kobiety, przechodzące z rąk do rąk podczas orgii na dżonkach, tracą na wartości handlowej. Nie były grabione wioski na wybrzeżu, które dobrowolnie zaopatrywały piratów w prowiant.

Pani Cing miała pod swymi rozkazami około 150 statków. Niektóre z nich posiadały po tuzinie a nawet i po 25 dział. Cztery cesarskie flotylle, które kolejno miały rozprawić się z rozbójnikami - zostały zniweczone, a admirał dowodzący jedną z nich odebrał sobie życie, nie mogąc przeżyć hańby.

W małej wiosce Tanczun na terenie obecnej kolonii pokazują po dziś dzień starą fortecę piracką. W jej murach mieści się teraz — o ironio historii! — komisariat kolonialnej policji... W każdym razie tam piraci mieli niegdyś własny arsenał i stocznię. W samej twierdzy trzymali wziętych do niewoli brytyjskich marynarzy, którzy zapoznawali piratów z najnowszymi zdobyczami europejskiej sztuki wojennej i budowy okrętów. Nie trzeba jednak myśleć, że biedni więźniowie jęczeli w kazamatach. Wręcz przeciwnie, ucieczki z Tanczun były rzadkością. Piraci mieli bowiem szacunek dla wiedzy fachowej i uważali, że pod strachem i przymusem pracuje się źle. Na użytek swych wykładowców trzymali przeto piwniczkę zasobną w trunki białych ludzi, a także sprowadzali im hojnie najpiękniejsze i najdroższe dziewczęta z pobliskiego Kantonu.

Mózgiem tego całego przedsiębiorstwa był luby pirackiej wdowy, młodzieniec z lekką skłonnością do tycia, imieniem Czang-pao. Więźniów, którzy nie chcieli płacić okupu, zrzucał na lince z głównego masztu tak długo, aż im powyłamywał kości i wreszcie rozbił na miazgę. Jak to się często zdarza u ludzi tego pokroju, młodzian ów miał duszę poety i w chwilach wolnych od obowiązków zawodowych przelewał na papier swe wzniosłe myśli: „Jesteśmy mgłą, którą wiatr rozprasza. Jesteśmy falami wytworzonymi przez wiry. Jesteśmy niby połamane bambusy, unoszące się na morskiej toni, które woda raz zalewa, a raz wynurzają się z otchłani, nie mogąc zaznać spokoju...”

Cesarz, nie mogąc piratów pokonać - zjednał ich obietnicami. Pani Cing ustatkowała się i według jednych źródeł założyła sobie przyzwoite przedsiębiorstwo szmuglerskie, według innych - poślubiła gubernatora prowincji. Poetyczny młodzian został dowódcą eskadry, a jego chłopcy zaciągnęli się do cesarskiej armii, przy czym na pożegnanie dano im w odprawie ich udział w łupie. Tylko jeden z kierownictwa szajki, imieniem Żabie Jadło, nie wstąpił na drogę cnoty, ale popłynął na Filipiny dla kontynuowania rzemiosła.

Po krótkim okresie spokoju nowi piraci pokazali się na wodach wokół Hongkongu. Nie pomogły gniewne okólniki cesarskie: „Na cóż jeszcze czekają miejscowi urzędnicy? Czemu są nieruchliwi niczym drewniane posągi? Marynarka wojenna nie wypływa wcale na morze...”

W istocie wytknięci palcem dostojnicy woleli albo nie narażać się piratom, albo też po kryjomu byli udziałowcami ich wypraw. Długa jest lista awanturników z Europy i Ameryki, którzy zupełnie dobrowolnie przyłączali się do piratów mórz chińskich. Jednych znęciła legenda o wspaniałych łupach i urokach pirackiego bytowania. Inni nie mogli wytrzymać nieludzkiej dyscypliny i straszliwych warunków życia, jakie były wtedy normalnym zjawiskiem na statkach i okrętach. Ci biali piraci dostawali stosunkowo łagodne Wyroki, jeżeli wpadali w ręce sprawiedliwości brytyjskiej lub portugalskiej.

Natomiast chińska sprawiedliwość szybko i bezwzględnie rozprawiała się z ujętymi piratami wszelkiego koloru skóry. Tam, gdzie teraz mieszczą się zabudowania wielkiego pasażerskiego lotniska dla odrzutowców - tam wtedy ustawiano piratów w jednym rzędzie i rzucano ich na kolana, gdy ręce mieli skrępowane na plecach. Razem ze skazańcami tłum gapiów obserwował przybycie kata, który przez długie minuty przygotowań odprawiał uświęcony tradycją rytuał, ceremonialnie sprawdzając ostrze swego miecza. Potem, niby zapobiegliwy golibroda, grzecznie ustawiał głowę pierwszego z brzegu skazańca pod takim kątem, który sprzyjał zabiegowi. Jeszcze kilka minut ceremonii, aż miecz ze świstem przecinał powietrze i na piasek spadała głowa, pławiąc się w strumieniu krwi. Kat odpoczywał i bez pośpiechu tracił następnego skazańca, który przed chwilą oglądał śmierć swego poprzednika. Kat działał z rozwagą, dając baczenie na to, aby wszelkie finezje jego rzemiosła nie uszły uwagi i mogły być w pełni ocenione tak przez publiczność, jak i przez czekających swej kolejki samych skazańców.

Rozdział następny