Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Obecnie może posłuchacie o tym dniu...

...który zaraza wybrała sobie na odwiedziny Hongkongu

Wstając w lekkiej mgle nad zatoką, ów dzień nie różnił się od innych upalnych dni Hongkongu. W obiegu było owego dnia na terenie kolonii jeden miliard 22 miliony 970 tysięcy 327 dolarów oraz 30 centów. W mieście, które nie ma ani jednego naturalnego źródła wody, a tylko zbiera deszczówkę i kupuje w Chinach Ludowych wodę, rozprowadzaną między mieszkańców jedynie godzinę rano i godzinę wieczorem - owego dnia w miejskich zbiornikach zgromadzono 46 milionów 585 tysięcy litrów cennego płynu. Na każdy kilometr drogi bitej wypadały 102 pojazdy, 853 kulisów biegło miarowym krokiem stromymi ulicami miasta, ciągnąc riksze z pasażerami. Pośpiesznie kończono budowę trzech nowych hoteli z dwoma tysiącami łóżek, przecież już pierwsze półrocze oglądało w kolonii o 36°/o przybyszów więcej niż ten sam okres roku poprzedniego.

W porcie czekano na przybycie z Gdyni polskiego motorowca „Hanoi” — agent armatora ogłaszał, że przyjmuje pasażerów i ładunek do Jokohamy, Nagoja oraz Kobe w Japonii. Znacznie bardziej jednak zelektryzowało kupców portowych i dziewczyny portowe inne doniesienie. Otóż 17 okrętów wojennych Stanów Zjednoczonych przed kilku godzinami podniosło kotwice w swych bazach macierzystych na Hawajach, aby uczestniczyć w największych manewrach, jakie od czterech lat oglądały nie bardzo spokojne wody zachodniego Oceanu Spokojnego.

Zapowiadano, że ciężki krążownik „Helena” zawinie do Hongkongu, gdzie już ubiegłej nocy wyrosła w porcie potężna sylwetka lotniskowca „Tindercoga”. Lotniskowiec oblepiony był teraz małymi motorówkami, krążącymi między stalowym kolosem a wybrzeżem. Dowiozły one pocztę, jaka nadeszła samolotem ze Stanów dla załogi.

W tysiącach sklepów i kiosków, w setkach knajp, barów i spelunek w Hongkongu przekazywano sobie z ust do ust nowinę, zasłyszaną od przewoźników, obsługujących motorówki królewskiej poczty. Wiadomość obiegła port, zaglądając do najciemniejszych zaułków: od wczesnego rana na lotniskowcu w długich szeregach przed podoficerami rachuby stoją dwa tysiące młodych i zdrowych mężczyzn, którzy od dwóch miesięcy nie widzieli kobiety, stoją w kolejce po zaległy żołd marynarze, lotnicy i piechota morska... Od południa kutry motorowe zaczną przewozić na ląd tych, którzy mają tu w Hongkongu spędzić cztery dni. No i cztery noce...

Wielki lotniskowiec majestatycznie spoczywa na falach. Jeszcze na pełnym morzu śmigłowiec usiadł na jego przestronnym pokładzie, aby dowieźć szczepionkę przeciwcholeryczną dla lekarzy okrętowych.

Niedaleko stąd, pod żółtą flagą zarazy, kołysze się na falach sztucznego portu, gdzie chronią się statki przed tajfunem, mała dżonka bez załogi. 24 tysiące dżonek i sampanów kręci się tu na wodach tego miasta bez kraju, dla którego morze jest jedynym zapleczem. Ale ta dżonka stoi na uboczu, milcząca ciszą śmierci. Policjant w przyzwoitej odległości przechadza się po nabrzeżu. - Załoga dżonki - informuje - jest już w szpitalu albo jeszcze w szpitalu...

Idę więc na High Street, gdzie w jednym skrzydle dawnego szpitala dla umysłowo chorych teraz zaimprowizowano szpital dla ofiar cholery. Odwaga? Niezupełnie. Jeszcze przed wyjazdem z Polski szczepiono mnie przeciw cholerze i oto łapię się sam teraz na dziwnym uczuciu człowieka, dzierżącego w dobrze izolowanej rękawicy kabel wysokiego napięcia. Rozumiecie to uczucie: wiem, jakie to niebezpieczne, ale mam świadomość, że mnie nic nie grozi.

Rozdział następny