Lucjan Wolanowski
SmodCMS

O tym, co widziałem w szpitalu dla cholerycznych oraz na kwarantannie...

...a także o dołach, wykopanych w ziemi, które czekają

Choroba uderza znienacka, skrada się cichaczem. Oto swym kościstym palcem dotknęła człowieka, który w tłumie innych śpieszy gdzieś, aby zdobyć dla siebie i bliskich tę małą miseczkę ryżu, może nawet z kawałkiem pokrajanej surowej ryby. I oto nagle ten tłum rozbiega się przerażony, gdyż istota, śpiesząca w pogoni za jadłem - przewraca się na ziemię, zaczyna gwałtownie wymiotować, traci panowanie nad odruchami. Ciepłota ciała szybko spada, organizm traci wodę.

- Najważniejsza jest pierwsza godzina - mówi mi lekarz dyżurny - wtedy pomoc może być decydująca. Pan pyta o ratunek? W żyły wlewa się roztwór soli fizjologicznej, daje się morfinę na uśmierzenie bólów, a potem jeszcze czeka się jedną dobę, jeżeli ją przeżyje - jest cień nadziei. Bowiem często uremia kończy to dzieło, jakie zaczęła cholera.

Koło nas na noszach leży człowiek. Zupełnie przytomny, ale skrajnie osłabiony, niezdolny do poruszania. Życie jeszcze w nim kołacze, przez podarty kaftan widać, jak wychudzone ciało łapczywie chłonie powietrze. Może i lepiej, że nie zna angielskiego, że chiński sanitariusz pochyla się nad nim, aby ustalić, czy to tylko taki świszczący oddech, czy też może ten człowiek coś chce jeszcze powiedzieć... Gdyby konający znał angielski język i arabskie cyfry, zrozumiałby rzeczową treść tablicy, zawieszonej tuż nad nim, w kącie izby przyjęć. Wypadków potwierdzonych - 6, zgonów - 2, pod obserwacją - 6, na kwarantannie - 54. Teraz ważą się losy, czy człowiek ten z rubryki obserwowanych przejdzie do rubryki zgonów...

- Późno nas zawiadomiono, jego dżonka była na pełnym morzu, gdy to się stało - powiada lekarz w białym kitlu.

- Co z jego rodziną?

- Niech pan jedzie na kwarantannę przy Chatham Road.

Gęste kordony policji strzegą kwarantanny. W pomieszczeniach czekają ludzie. Nadejdzie czy nie nadejdzie? Patrzą na wskazówki zegara, liczą minuty i godziny, i dni, jakie minęły od chwili, kiedy zetknęli się z kimś chorym. Nadejdzie czy nie nadejdzie? Tik-tak-tik-tak-tik-tak... Jeszcze kilka minut życia, żadnych objawów. Nadejdzie czy nie nadejdzie? Tik-tak-tik-tak-tik-tak... Ludzie, nad którymi trzepocze skrzydłami czarny ptak zarazy, nie wpadają w panikę. Tu jest Azja, tu nawet w obliczu śmierci trzeba zachować swe własne...

Ludzie z dżonek, przewiezieni na kwarantannę, snują się po ogrodzonym dziedzińcu. Za zasiekami z drutu kolczastego pozostał ich świat, pozostały kołyszące się teraz bez załogi dżonki. Sześć dni czekania. Nadejdzie czy nie nadejdzie? Zaraza, która ściągnęła tych ludzi z ich dżonek na ląd, może jeszcze teraz wciągnąć ich w ląd... Zmarłych na cholerę grzebie się na półtora metra w głąb. Pali się przy tym papierowe wyobrażenia wszystkiego, co może im być potrzebne na tamtym świecie, są specjalne chińskie sklepy zajmujące się dostawą tych papierowych bogactw.

Biją w niebo dymy, zanosząc zmarłemu wspaniałości, o których mu się nawet nie śniło na tym padole płaczu. Ogień pożera meble i worki z ryżem, wielki banknot z napisem „l00 milionów dolarów” i wspaniały samochód, taki, na jaki może sobie pozwolić chyba tylko sam Wielki Anglik Numer Jeden, mieszkający w klimatyzowanej willi, nie opodal Szczęśliwej Doliny. Papierowe bogactwo przyda się zmarłemu. Ci, którzy pozostali - muszą dbać o jego wygody na tamtym świecie.

- Oni sami - mówi mi sanitariusz - jeżeli przeżyją, to powrócą na swoje łodzie. Jeżeli są tu dzieci, to trzeba iść z nimi do portu, odnaleźć ich dżonkę. Może się zdarzyć, że jest akurat na połowach na pełnym morzu i dziecko zostałoby bezradne. Jeżeli zaś nie przeżyją...

W Hongkongu jest kilka cmentarzy. Oto w karnym szyku, jak na paradzie, leżą szkoccy górale, którzy zjawili się tu w służbie Królowej, aby budować imperium. Krzyże ze szkockimi nazwiskami proszą o modlitwę za tych, którzy zjawili się tu przed wiekiem, pełni sił i zdrowia. Grały skoczne melodie ich orkiestry, kiedy w paradnych spódniczkach w kratę maszerowali wśród milczącego, obojętnego tłumu chińskiego miasta. Potem chwytały ich za gardło przekleństwa Azji. Były pułki, z których po dwóch latach Hongkongu wracało do Szkocji tylko pięciu schorowanych ludzi...

Oto cmentarz dla cywilów. Przyjechali, aby szybko zrobić wiele, wiele pieniędzy. Obojętne - jak, byle szybko. Wiadomo, Hongkong to pierwszorzędne miejsce dla drugorzędnych ludzi. Czasem jednak śmierć przychodziła wcześniej niż bogactwo. Wielki Interes stawał się Ostatnim.

Oto cmentarz biedoty. Zapobiegliwość przypomina o upale. Zwłoki nie mogą czekać. Groby kopie się więc na zapas, świeżo wzruszona ziemia znaczy doły, czekające na dostawy ze szpitala. Potem kilka ruchów łopaty i ludzie, którzy na dżonkach rodzili się, żyli, cierpieli, kochali i pracowali, kołysani odwiecznym ruchem morza - nagle znajdują zupełny spokój i ciszę. Ustaje kołysanie, ustaje życie.

Rozdział następny