Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Tu będzie mowa o sprawiedliwości w białej peruce...

...oraz bambusie w mocnej dłoni

80 tysięcy ludzi żyje na dachach domów. Ilu gnieździ się na ulicy - tego nikt nie wie dokładnie, ale oblicza się, że około 15 tysięcy. Ale każdy nędzarz znajdzie kogoś, kto jest jeszcze nędzniejszy. Zaniosło mnie do sądu. Spieszą się kupcy, śpieszą się kulisi ciągnący riksze, śpieszy się sąd. Przestępstwa dokonano ubiegłej nocy, kilka godzin temu. Dziś już w metalowej klatce zasiadł oskarżony Czang Hung-cai, lat 26, siedmiokrotnie karany.

Tylko potężny wentylator huczący pod sufitem i twarze bohaterów dramatu przypominają, że nie jesteśmy na Wyspach Brytyjskich. Sędzia w białej peruce słucha wyprężonego na baczność policjanta, który popiera oskarżenie. Urzędową angielszczyzną opowiada Jego Dostojności, że przed domem numer 235 spała na ulicy Gloucester ta oto 53-letnia Chinka, niejaka Wong Tai. Wpół do czwartej nad ranem obudziła się, gdy ktoś usiłował zrabować jej pieniądze. Wszystko, co należy do niej, ma bowiem, zawsze przy sobie. Zaczęła krzyczeć i przechodzący ulicą patrol zatrzymał przestępcę.

Tłumacz opiera się o ławę oskarżonych. Znudzonym szeptem powtarza pytanie sędziego:

- Czan Hung-cai, zamieszkały przy Lochart Road, numer 69, czy przyznaje się do winy?

- Wasza Dostojność, on przyznaje się. Wyjaśnia, że był głodny. Dwa dni nie jadł. Ma chore dzieci. Bardzo żałuje.

Sędzia słucha.

Tak samo żadnych uczuć nie odczytam z jego nieruchomej twarzy, kiedy słucha zeznań poszkodowanej. Tłumacz przekłada: - Tak, jak powiedział policjant. Bezdomna. Bez rodziny. Bez majątku. Bez pracy. Czasem pomaga handlarzom owoców. Teraz zaraza, owoce nie idą...

Sędzia odwraca głowę do protokolanta. „Dwa lata więzienia, potem jeszcze następne dwa nadzoru policyjnego oraz cztery uderzenia...” Rozprawa trwała 11 minut. Człowiek, który ma być bity w imieniu prawa, kuli się na ławie. Policjant ciągnie go za ramię, dekoracje te same, dramat trwa, odsłona następna.

Inspektor Wilson oskarża bezrobotnego Hindusa - Ganesh Sadhwani, lat 26, zamieszkałego na drugim piętrze domu numer 393 przy King’s Road o czerpanie zysków z nierządu. Oskarżony nie przyznaje się do winy, gwałtownie zaprzecza, daleka mu do apatii tego, który przed nim zasiadał na ławie.

Świadek Mary Man-lin jest młodą dziewczyną. Rezygnuje z tłumacza, widocznie zna jako tako angielski. Mówi wtrącając słowa amerykańskie, nie patrzy na podsądnego. Pracowała w barze Wielki Szanghaj i tam poznała oskarżonego, który namówił ją, aby rzuciła pracę. Zamieszkał u niej, ona ma swój kąt w dużym mieszkaniu. Najpierw, tak jak obiecał, dawał jej na utrzymanie. Potem stracił pracę i domagał się, aby nie tylko go żywiła, ale jeszcze dawała mu kieszonkowe.

- Ile? - interesuje się sędzia.

- 4 dolary dziennie, Wasza Dostojność...

Podjęła znów pracę w barze, ale że pensja była niska, więc często wychodziła z baru
z klientami...

Sprawiedliwość brzydzi się niedomówieniami. Spod białej peruki dobiega pytanie:

- Mary Man-lin! Uprawiała prostytucję - tak albo nie?

- Tak, Wasza Dostojność! Potrzebne mi były pieniądze.

- Czy na utrzymanie oskarżonego?

- Yes.

Oskarżony zrywa się z ławy, ale policjant ciska go z powrotem na miejsce. Wreszcie udzielają mu głosu. Jest przejęty, było inaczej, zupełnie inaczej! Dla tej dziewczyny... prał jej bieliznę, zamiatał, czasem gotował. Za to brał te pieniądze. Nigdy nie wiedział, że ona jest prostytutką, nigdy by na to nie pozwolił, przecież ją kochał. I kocha nadal... Zaczyna płakać. Ona nigdy nie przyprowadzała swych klientów do mieszkania, teraz dopiero dowiedział się, że szła z nimi do jakiegoś zajazdu... Trzy miesiące więzienia.

Następna sprawa. Inspektor Borman oskarża 26-letnią kobietę z Kaulun, która porzuciła swe półtoraroczne dziecko. Oskarżona mieszkała w jednej izbie ze swym mężem i jego nałożnicą. Ta właśnie nałożnica powiadomiła ją, kiedy wróciła z pracy, że jej dziecko jest ciężko chore. Podsądna zawinęła dziecko w stary ręcznik, wyniosła z domu i porzuciła. Mężowi powiedziała, że dziecko zmarło w szpitalu. Tymczasem patrol policji znalazł to dziecko podczas obchodu przy ulicy Begoniowej. W szpitalu ustalono krańcowe wycieńczenie na tle niedożywienia. Żmudne śledztwo doprowadziło do ustalenia matki. Co ma do powiedzenia oskarżona?

Niewiele. Do winy się przyznaje. Była bardzo zmęczona, u niej w fabryce pracuje się 12 godzin dziennie. Marzyła o posłaniu i wypoczynku. Dziecko kochała, ale myślała, że to jest już agonia. Do szpitala daleko, trzeba tam jeszcze czekać, potem droga do domu i już właściwie trzeba iść do pracy. Ma dobrą pracę, teraz tak o to trudno. A pomoc lekarska była spóźniona, tak jej się wydawało.

Sędzia Dargan ogłasza wyrok. Rok więzienia. Uzasadnia, że praktyki takie stają się teraz nagminne, że wyrok będzie działał odstraszająco. Skazana wpatrzona w jakiś punkt nad głową sędziego obojętnie słucha przekładu i cicha, przygarbiona, posłuszna odchodzi do więzienia. Nie wraca ani do męża, ani do jego nałożnicy, ani do świetnej dwunastogodzinnej pracy, ani do pustej kołyski.

Rozdział następny