Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Teraz będzie o tym, jak się dowiaduję, że mam przyjaciela imieniem Charlie-Cień

„Orcades” - piękny statek pasażerski linii „P and O” - zawinął dziś z Sydney. Ze statku sanitariusze znieśli na ląd szesnastoletnią Australijkę Denise Wilson. Dziewczyna od ośmiu lat jest złożona nieuleczalną chorobą mózgu. Leży teraz w bardzo ciężkim stanie w szpitalu w Hongkongu i mała jest szansa spełnienia jej wielkiego życzenia. Denise płynęła bowiem do Los Angeles, chciała zobaczyć Disneyland. Nie zdaje sobie sprawy ze swego stanu.

Telewizja pokazywała ją dziś w codziennej kronice. Jest jasną blondynką o okrągłej twarzy. Uśmiechnięta, kiwała telewidzom dłonią. Jej matka rozmawiała zaraz potem z reporterem TV. I zdaje się, że biedna mała Australijka nigdy nie ujrzy Disneylandu. Na statku dostała zapalenia płuc, teraz przechodzi ciężkie schorzenie wątroby. Nieszczęście dawkowano stopniowo: potem ukazał się telewidzom lekarz. Jego zdaniem, Denise ma dwa tygodnie życia przed sobą. Jest zbyt osłabiona, aby płynąć dalej do Stanów albo wracać do Australii.

Na lotniskowcu „Tindercoga” całą noc płonęły światła, niskie tony instrumentów wielkiej orkiestry dętej słyszałem wyraźnie na przystani promów w Victorii. Amerykański lotniskowiec zmienia dziś dowódcę. Kapitan Robert F. Farrington przekazał dowództwo kapitanowi Eugene G. Fairfax. Sam kontradmirał Thomas F. Connolly, dowódca Siódmej Eskadry Lotniskowców, przekazał ustępującemu dowódcy odznakę Gotowości Bojowej, jaką „Tindercoga” zdobył w rocznym współzawodnictwie z ośmioma lotniskowcami na Oceanie Spokojnym. Kapitan Farrington walczył na Pacyfiku przeciw Japończykom od Bougainville do Rabaul, był na pokładzie tonącego lotniskowca „Lexington”. Pod jego dowództwem „Tindercoga” przepłynął 50 000 mil. Jego ludzie żegnali go trzykrotnym okrzykiem, kiedy po raz ostatni przyjął na pokładzie ich defiladę, dwa tysiące młodych mężczyzn wyrzuciło w górę swe białe czapeczki, aby pożegnać dowódcę, odlatującego dziś na Filipiny. Nowy dowódca jest absolwentem Szkoły Pocisków Zdalnie Kierowanych. Znak czasu.

Dzwonili z linii lotniczej. Potwierdzenie rezerwacji miejsca na lot powrotny do Europy. Proszą o zgłoszenie się w ich przedstawicielstwie dla załatwienia formalności, naturalnie z biletem. Trzeba osobiście, ale zapewniają, że to kilka minut zaledwie. W biurze jest czysto, chłodno. Załatwiają sprawnie i rzeczowo. Na ulicy znowu wpadam w kociołek z ukropem, wilgotny upał męczy i rozleniwia, wiatr od morza zionie żarem, jak gdybym przybliżył się do pieca hutniczego. Idę powoli na przystań promów, kiedy nagle ktoś poklepuje mnie po ramieniu. Niski, szczupły Chińczyk w bardzo amerykańskim ubraniu, akcentowanym krawatem o takiej orgii kolorów, że można dostać zawrotu głowy. - Hello - mówi - nazywam się Charlie, pan w n a s z y m biurze pozostawił ten rozkład lotów...

Nie przypominam sobie, abym widział go w tym biurze. Tak samo i ten rozkład lotów chyba nie jest mój. Ale uprzejmość obcego człowieka wzrusza wędrowca, samotnego w obcym mieście. Charlie nie zadowala się wysłuchaniem podziękowania. Jego oczy błyskają za okularami w uśmiechu, błyska mi przed oczyma pierścionkami na palcach obu dłoni, lśnią w słońcu włosy przylizane pomadą. - Będziesz moim przyjacielem - powtarza Charlie - ja się tu tobą zaopiekuję...

Charlie opiekuje się pasażerami. Europejczycy tacy są bezradni. - Oszustów i wydrwigroszów tu pełno - ostrzega Charlie. - Już wie, gdzie mieszkam. - Nie żal ci pieniędzy na taki hotel? Ja jestem twym przyjacielem. - Charlie ulokuje mnie lepiej i taniej.

Charlie trafia w czułą strunę. Klimatyzowane bogactwo kosztuje majątek. Już dawno straciłem rachubę służby, która przewija się przez mój pokój w korowodzie uprzejmości i usłużności. Mam oczywiście pewność, że cały ten kolektyw kelnerów, sprzątaczek, pokojówek, pucybutów, windziarzy i posłańców odnajdzie się w pełnym składzie przy drzwiach, kiedy będę wyjeżdżać. Będą życzyć szczęśliwej drogi, wyciągnięte dłonie trzeba opatrzyć sporym datkiem, żyją przecież tylko z napiwków, pensji w ogóle nie mają.

Charlie wszystko załatwia. Przeprowadzka trwa pół godziny. Charlie wszystkiego dogląda. Jest przecież mym przyjacielem. W nowym hotelu szepce coś co prawda z portierem. Nie bądźmy naiwni, ma jakiś tam procent za pośrednictwo. Hotel jest daleki od komfortu. Pokój maleńki, ale ma łazienkę z prysznicem. Poza tym obfitość zielonej herbaty, podawanej tu - jak we wszystkich oberżach chińskich - za darmo. Ruch na korytarzu i w pokojach jak w mrowisku. Śmiechy i nawoływania kobiece. Używając stylu angielskiego, powiedziałbym, iż twierdzenie, że trafiłem do zakładu o surowej, niemalże klasztornej regule - rozmijałoby się ze stanem rzeczy. Boy, który wniósł moje walizki - z miejsca zaproponował różne uciechy. Zdziwił się bardzo, gdy mu powiedziałem, że mam zamiar tu mieszkać przynajmniej tydzień, że nie mam się co śpieszyć. Widocznie nawykł do krótszych pobytów gości.

Charlie nie odstępuje mnie na krok. Nazywam go Charlie-Cień. Rano zjawia się u mnie z kelnerem niosącym śniadanie. Grzecznie odmawia poczęstunku. Przypomina, że jest moim przyjacielem, i zaraz wyciąga stos próbek. Zaklina, abym posłuchał jego rad, jest przecież mym przyjacielem, i koniecznie kazał uszyć sobie ubranie. Jego kuzyn szyje dla panów oficerów, uszy de trwa dwanaście godzin, jeżeli źle leży - nie muszę wcale płacić, zostawiam ubranie krawcowi. Koszulę uszyje na poczekaniu, tuzin koszul - w trzy godziny. Charlie ma przy sobie miarkę, aby wziąć miarę z przyjaciela, czyli ze mnie. Zabawia mnie rozmową, kiedy się golę i biorę prysznic.

W południe czeka już na mnie przed redakcją „China Mail”. Nieopatrznie wygadałem się rano, że wybieram się tam po śniadaniu. Charlie namawia na restaurację, należącą do innego jego kuzyna. Naturalnie dostanę rabat, jestem przecież jego przyjacielem. Jeżeli będę się tam stołował przez cały czas pobytu w kolonii - rabat będzie tak wysoki, że właściwie ten kuzyn będzie do mnie dopłacał, zrobi to dla przyjaciela Charlie’ego, który przybył aż z Europy.

Po południu przespałem dwie godziny. Charlie przypuścił nowy atak, kiedy rześki i wypoczęty ruszałem na miasto. Charlie znowu zjawił się z próbkami, miał ich pełną teczkę, tyle tylko że towar był bardzo dostosowany do wieczornej pory.

- Słuchaj - rzeczowo tłumaczy Charcie - ty nie możesz sam spać, jesteś moim przyjacielem, co sobie o tobie tu w hotelu pomyślą? Musisz coś wybrać, popatrz tylko! Ta na tym zdjęciu, pieśń miłości, będziesz wspominał do końca życia... To bardzo przyzwoita dziewczyna, ale ja ją znam, może da się namówić, aby dotrzymywała towarzystwa mojemu przyjacielowi... Nie chcesz? To przyjrzyj się tylko, jaki biust ma ta mała - podnieca się Charlie - a jaka posłuszna! Teraz coś tylko dla ciebie! Te dwie siostry odwiedzą cię obie razem, będzie taniej, niż gdyby każda przyszła z osobna, a za to...

Jesteśmy sami w pokoju, ale mój przyjaciel Charlie szeptem wylicza mi rozkosze, jakie mnie czekają... Przeglądam dalej album. Szczupłe i tęgie, niskie i wysokie, wygięte w wymyślnych pozach albo wyprostowane niby bambus. Parada bezimiennych szeregowców wielkiej armii łóżkowych atrakcji. Zwerbowane z rezerwatów nędzy na kilka lat służby zachciankom przybyszów zza siedmiu mórz. W tej armii zaczyna się od awansu, potem degradacja - coraz brudniejsze nory i ciemniejsze spelunki i wreszcie powrót do cywila, do barłogów nędzarzy lub pośmiertne zdjęcie w kartotece policji z umownym znakiem CF i wyjaśnieniem, że znaleziona na wysypisku śmieci...

Na jednej z ostatnich stron albumu raptem widzę wątłe ciało dziecka. Spogląda w obiektyw fotografa, mającego zareklamować ją w prospekcie, spogląda spojrzeniem, w którym zmęczona obojętność krzyżuje się z lękiem i nienawiścią... Charlie śpieszy z wyjaśnieniem, tonem wyższości tłumaczy swoje sutenerskie racje:

- Masz pewnie w Europie swoją kobietę. Ty się starzejesz i ona się starzeje... Tu ubędzie ci lat, nie pożałujesz... Ja cię nie namawiam, ona nigdy się nie nudzi, rozumiesz?

Amatorów mnóstwo, dla ciebie może bym ją tu przyprowadził jutro, dziś już chyba będzie zajęta...

- Słuchaj, Charlie - powiadam – jesteś mym przyjacielem - to pokaż mi inne rozrywki. Tego nie mam w Europie, tu chciałbym to zobaczyć. Rozumiesz? Zobaczyć!

Charlie, mój przyjaciel, słucha uważnie, kiedy wyjaśniam, co bym chciał oglądać. To jest ryzyko, za to się idzie do więzienia. Ale on się dowie, jutro da mi znać. Bystro mi się przygląda, jak gdyby zastanawiał się, czy godny jestem zaufania. Starannie pakuje swoje fotografie. Od drzwi jeszcze zawraca:

- Gdybyś jednak się zdecydował na dziewczynę, to portier wie, gdzie mnie szukać...

Rozdział następny