Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Tu reporter jedzie za granicę dwóch światów

Australijka Denise Wilson dostaje do szpitala kwiaty i drobne upominki. Miasto, nawiedzone zarazą grożącą milionom ludzi, przejęło się niedolą jednej dziewczyny, która chce żyć. Jej matka uważa, że siła woli Denise zwycięży i tym razem ciemne przepowiednie lekarzy.

Zaraza w pobliskim Makau szaleje nadal. Teraz już jest jasne, że stamtąd przybyła do Hongkongu. Ale skąd się wzięła w Makau? Portugalscy dziennikarze zgodnie twierdzą, że naturalnie z komunistycznych Chin. Na granicy kolonii i Chin Ludowych policja zaczyna więc przesłuchiwać podróżnych. Jeszcze dziś rano byli w Kantonie, gdzie – jak twierdzą Portugalczycy - cholera zabiła już około 30 tysięcy ludzi. Ale podróżni są zdumieni, zaprzeczają tym wiadomościom.

Z Makau codzienna porcja wieści „z kół zazwyczaj dobrze poinformowanych” podaje, że w Chinach panuje taki głód, iż ludzie jedzą robactwo. W Hongkongu są Europejczycy, znający dobrze Chiny, ich język i zwyczaje. Anglicy i Francuzi albo Holendrzy, czasem Amerykanie. Kiwają głowami nad tymi doniesieniami. Wyjaśniają, że pewnie chodzi o koniki polne, które od stuleci są przysmakiem chińskiej kuchni. Uważają, że warunki bytu w najuboższej komunie są jeszcze znacznie lepsze niż w zatłoczonych barakach Hongkongu, nie mówiąc już wcale o Makau, gdzie portugalska „misja cywilizacyjna” przyniosła mieszkańcom jedyne na świecie kasyna gry otwarte całą dobę, handel narkotykami, kobietami i dziećmi...

Mam list polecający do Francuza, należącego właśnie do gatunku „old China hand". Urodzony i wychowany w Szanghaju, pochodzi z rodziny osiadłej od trzech pokoleń na Dalekim Wschodzie. Ale przy tym - a może właśnie na bazie swej znajomości Chin - ma w swych wypowiedziach świadomość, że pewna epoka jest skończona. Nie jest obłudnikiem, wcale nie kryje się z żalem, że czasy, kiedy Słowo Białego Człowieka było rozkazem w tych stronach - odeszły na zawsze. Był na studiach we Francji, potem siedział w japońskim obozie jeńców - poza tym jednak nie ruszał się z Chin. Wiezie mnie swym samochodem na granicę. W skwarze południa przyjemnie jest mi wspomnieć Grenoble w południowej Francji, gdzie i on niegdyś studiował. Wspominamy obaj to piękne uniwersyteckie miasto, ale z rozmowy wynika jasno, że tak jak dla mnie, tak i dla tego Francuza to miasto nad Isère było miastem w obcym kraju. Za to mówiąc o Chinach, powtarza zwrot: u nas...

- U nas - powiada - w Hongkongu tak zwane towarzystwo jest szczególnie nadęte i nieprzystępne. Ton nadają oczywiście kobiety. Mam na myśli białe kobiety, uważa pan. Gdzie im się tam równać ze spokojną urodą chińskich lub euroazjatyckich dziewcząt? Ta postawa, ta wrodzona elegancja - gdyby życie towarzyskie było bardziej mieszane, mniej ekskluzywne, kobiety białe już dawno by swych chłopów potraciły. Wiem, co mówię. Pamiętam, jak na kilka miesięcy przed najazdem Japończyków, kiedy stało się jasne dla wszystkich, że wojna wisi na włosku, ewakuowano wszystkie białe kobiety. Nastrój tu był wtedy taki jak w klasie, gdy srogi profesor wyjdzie na chwilę. Wszyscy przyjaźnili się ze wszystkimi. Potem była wojna, nikt nie patrzył na kolor skóry. Teraz znowu to wraca. W kolonii tylko bardzo bogaci Chińczycy, którzy wyobcowali się właściwie z własnego narodu - „bywają” w eleganckich domach. W zasadzie ładna Chinka może wyjść za każdego, kto chce ją poślubić. Ale teraz jest żelazna zasada: Brytyjczyk w służbie rządowej, a więc urzędnik, wojskowy czy policjant, który żeni się z Chinką, uważany jest automatycznie za „bad security risk”, czyli osobę, której nie powierza się bardziej odpowiedzialnych stanowisk i musi wyjechać z kolonii... Pax Britannica ma czasem różne oblicza...

Widzi pan te gospodarstwa? Hodowlane, ale krowy nigdy nie wychodzą na pastwiska. Dlaczego? Bo robocizna tania. Pan nie rozumie? A więc po prostu krowy się nie fatygują rwaniem trawy swymi własnymi zębami, wynajmuje się kobiety, które za grosze koszą trawę i dostarczają do obór. A zarazem nie ma obawy, że krowa łyknie piłkę golfową...

My też wstąpimy na paszę. Tu jest Królewski Klub Golfowy. To przesada, że przy grze piłka może wpaść na tereny komunistyczne. Blisko to stąd, napijemy się czegoś chłodnego i zaraz wiozę pana dalej, na samą granicę. Prawdą jest, że trzeba się śpieszyć.

To wszystko są przecież Nowe Terytoria, wydzierżawione tylko do 1997 roku. My się tu wszyscy śpieszymy, trzeba używać, póki jeszcze można.

Rozdział następny