Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Tu widzę człowieka, który żyje przez pomyłkę...

...oraz innych, którzy są bardzo bogaci

Budynek klubowy urządzony jest dostatnio, ale bez szczególnego przepychu. Wnętrze pomalowane jest na biało, służba w białych kitlach roznosi napoje w zapoconych od skroplonej pary szklankach, podaje herbatę i chrupiące grzanki z dżemem. Zbliża się bowiem godzina, kiedy na całym świecie poddani Królowej zagadają do podwieczorku. Panowie przeważnie są w średnim wieku, niektórzy nawet w podeszłym. Mijamy ich przy akompaniamencie dyskretnych „hello”, mój przewodnik półgłosem wylicza znakomitości kolonii, które tu dane nam jest oglądać.

Oto importer szwajcarskich zegarków. Po Stanach Zjednoczonych i Włoszech, Hongkong jest najpoważniejszym klientem szwajcarskich zegarmistrzów. W jednym tylko roku 1960 kolonia sprowadziła ze Szwajcarii prawie pięć milionów zegarków i werków.

Ten pan jest dyrektorem firmy „Jardine, Matheson and Co”. Ze skruchą przyznaję, że ta nazwa nic mi nie mówi. Mam nastrój uczniaka, który przyszedł nieprzygotowany na lekcję historii. Z wypiekami na policzkach słucham więc zaimprowizowanego wykładu. Dwaj Szkoci - dr William Jardine i James Matheson - zakrzątnęli się przy , handlu z Chinami, jeszcze zanim Hongkong został kolonią. Cesarstwo było przeciwne handlowi zagranicznemu na tej zasadzie, że wszystko, co jest przydatne - można dostać w samych Chinach. Wyjątkową łaską było dla upośledzonych białych barbarzyńców zezwolenie na pobyt w Kantonie dla zakupu herbaty, jedwabiu i innych towarów. Takie były początki firmy, zwanej w Hongkongu po prostu „Jardine”. Miała ona własną flotę szybkich statków - jeszcze przed wojną opiumową. Dzięki nim uzyskiwała z Londynu wieści o sytuacji na rynkach świata znacznie przedtem, nim dotarły one do konkurencji. Po dziś dzień pokazują w Hongkongu wysokie wzgórze, zwane Obserwatorium Jardine, gdzie niegdyś posterunek zawiadamiał o pojawieniu się od zachodu któregoś ze statków firmy, aby można było natychmiast wysłać mu na spotkanie szybką szalupę, która na pełnym morzu przejmowała sztafetę z notowaniami giełdowymi. Jardine ma własne przedsiębiorstwa ubezpieczeniowe i obsługę samolotów pasażerskich, zakłady budowy kolei oraz wiele innych. Na molo pokazują działo, z którego niegdyś żegnano 21 strzałami odjeżdżającego dyrektora, a po dziś dzień co godzina wielki dzwon, zawieszony na drzewie przed głównym biurem firmy - podaje czas, ale głos jego nie niesie się daleko we wrzawie wielkiego miasta... Ciekawe, że cała dyrekcja, wszyscy wyżsi urzędnicy pochodzą wyłącznie z Dumfriesshire w południowej Szkocji. Oni z kolei działają przez compradorów – chińskich agentów, służących białym panom za pośredników w zawiłościach lokalnego handlu. Od z górą osiemdziesięciu lat najbardziej znanych compradorów dostarcza firmie jedna chińska rodzina, nazwiskiem Ho. Za wierną służbę imperium kilku jej członków zostało nawet uszlachconych. Sama nazwa comprador jest symbolem służalczości. Gdy w spiekocie Hongkongu ujrzycie nagle Chińczyka duszącego się w ciemnym garniturze i przechadzającego się z parasolem w ręku - to znaczy, że w Londynie właśnie pada deszcz...

- Hello, Noel - powiedział mój przewodnik do jakiegoś pana, zagłębionego w lekturze ilustrowanego czasopisma. Nie przyjrzałem się nawet bliżej pozdrowionemu, ale gdy już wychodziliśmy, dowiedziałem się, że ów pan żyje przez pomyłkę. To kapitan Noel Burn z 21 pułku lansjerów, który służył ostatnio na Cyprze. Tam też, na plaży w Kyrenii, nieznani sprawcy zastrzelili 12 maja pewnego architekta nazwiskiem Peter Gray i wszystko wskazywało na to, że człowiek ów życiem przypłacił swe podobieństwo do kapitana. Do takiego wniosku doszła policja. Pod silną eskortą odwieziono kapitana Burna do samolotu, który zaraz wystartował do Anglii. Obecnie przebywa on z dala od Cypru...

Tu w Hongkongu jest daleko od Cypru. Tłem klubu golfowego są pola ryżowe, dalej rysują się krzewy eukaliptusowe. Oczy, zmęczone zakurzoną szarzyzną miasta, radują się wszelkimi odcieniami zieleni. Daleko stąd na Cypr: długi korowód gwarzących Chinek, w płaskich kapeluszach słomkowych z wielkim rondem, dźwiga na prętach bambusowych wielkie naręcza siana. Gdy patrzymy z pagórka, może się wydawać, że to małe kopy siana drobnym kroczkiem śpieszą przed siebie. Podchodzimy bliżej. Gwar cichnie, kobiety zdają się nas nie dostrzegać, nagle milczące i obojętne. Nasze białe koszule bez rękawów, szorty i białe pończochy - dziwnie odbijają od czerni ich strojów. Oto - myślę - Chiny, które ostały się compradorom i Charlie’m.

Na tym boisku do golfa, podobno jedynym na całym chińskim kontynencie, za graczami kije noszą obdarci i wychudzeni chłopcy. Idzie też jakiś starzec, sztywno stawiający bose stopy.

Warknięcie zapuszczanego silnika. Jedziemy dalej. Koszary. Obnażeni po pas szkoccy rekruci biegają wzdłuż szosy, oblani potem. Barczysty podoficer wrzeszczy strasznym głosem, zawracają i kryją się w trawie, czołgają się i znowu biegną kilka kroków. Z niezmąconym spokojem przechadza się nie opodal oficer z cienką laseczką pod pachą.

Dobrze utrzymaną szosą nasz wóz pnie się pod górę. Jesteśmy już chyba z jakieś trzydzieści kilometrów od miasta, gdy nagle na drodze wyrasta posterunek wojskowy. Wzgórze ma wierzchołek ścięty. We wgłębieniu postawiono niewielki biały budynek i maszt, na którym powiewa Union Jack. Dalej już jechać nie wolno. Przed nami ziemia niczyja. Zmęczeni spiekotą Szkoci snują się koło samochodu. Pokazują bezkresny ląd przed nami, za rzeką... Mówią, że komuniści nas tu już obserwują, tam mają dobrze ukryte posterunki.

Nie ma tu jakoś nastroju grozy. Siadamy na szczycie pagórka, patrzymy w dal i nic nie mówimy. Rzeka dzieli te dwa światy. Golf nie jest dla mnie niczym zdrożnym, sport jak każdy inny. Tyle tylko, że w pewnych warunkach może stać się symbolem. Przed kilkunastoma minutami byłem na polu golfowym, a tu jak na dłoni widać pola komuny. Dwa światy. Tu jest surowość obyczajów, a tam czeka dziś wieczór na mnie Charlie...

Muszę wracać, jedziemy! Mój przewodnik słucha z pobłażaniem opowieści o Charlie’em. Takich jest tu tysiące, niby nic, ale mogą być groźni... Przestrzega, bym raczej nie zagalopował się za daleko; przed tą wieczorną wycieczką zostawiam pieniądze na przechowanie u Francuza, tak samo i bilet powrotny. Zabieram ze sobą naturalnie paszport, na niklowy zegarek chyba nikt się nie połakomi.

Rozdział następny