Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Tu reporter widzi, jak wolny świat przyjmuje...

...tych, którzy wybrali wolność

Bardzo bogaty Chińczyk w Hongkongu raczej ominął etap brytyjski i wskoczył od razu w uwielbienie dla wszystkiego, co amerykańskie. Można go dostrzec w wielkim krążowniku szosowym, przez szklane ściany klimatyzowanych biurowców widać, jak zasiada za wielkim biurkiem, uzbrojonym w baterię telefonów. Bezwzględny w działaniu, skręci ci kark bez cienia wahania, kiedy będziesz z nim konkurował. Rzuci na rynek z własną stratą te same towary, które ty sprzedajesz z godziwym zyskiem, aby tylko położyć cię na obie łopatki i strzepnąwszy pył z dłoni handlować dalej - już bez twego współzawodnictwa. Jego miły uśmiech zza okularów w złotej oprawie zasłania brutalność. Oto klienci pływających restauracji w Aberdeen, gdzie klient wybiera sobie rybę żywą w szklanym zbiorniku, aby zaraz potem oglądać ją na własnym talerzu.

Niżej są drobni kupcy, pracujący bez wytchnienia, bez godzin, bez świąt, bez urlopów. Niektórzy może dojdą po szczeblach drabiny społecznej wyżej, niektórzy utrzymają się tam, gdzie są, inni nie wytrzymają zaciętej walki i stoczą się niżej. Na samym dole kłębi się lud. Oto jest człowiek-koń, czyli kulis ciągnący rikszę, doker biorący na kościste plecy ciężary, jakie przy dusiłyby chyba bardziej muskularnych mężczyzn. Schludnie ubrane dziewczęta, które wieczorami wychodzą z baraków skleconych z dykty i tektury, aby zabawiać gości setek barów, knajp i dansingów. Kelnerzy uwijający się przy podawaniu obiadu, którego koszt przekracza ich miesięczną pensję. Mali chłopcy czekający przed drzwiami hoteli, aby na każde skinienie dostarczyć taksówki lub dziewczyny. Rybacy, rzucający o świcie na rynki kosze swego mieniącego się towaru. Handlarze starzyzny, rzemieślnicy, obrabiający drzewo kamforowe, i armia kulisów, wynoszących nocami z szaletów odchody ludzkie na miniaturowe poletka uprawne. Czuwające samotnie przy wielkich żaglach kobiety z dżonek lub kobiety-tragarze, karmiące dzieci w chwilach wytchnienia między dźwiganiem kolejnego worka z ryżem. Oto maszyna napędowa „miasta bez kraju”, siła drzemiąca w milionach ludzi jedzących rzadko do syta.

Nie dla nich kulinarne rozkosze Aberdeen. Nie kosztują zupy z płetw rekina, wygotowanych na zawiesistą maź, ani pędów bambusa, ani prażonych na ogniu krewetek czy wielkich ryb, rzucanych przez kucharzy na zaspy śnieżnego ryżu. Z dala tylko oglądają chrupiące prosięta, polanę brunatnym sosem, kurczęta przemyślnie pokrajane na drobne kawałki, ośmiornice suszone i męczeńsko powiewające swymi upiornymi ciałami z haków straganów.

Jestem na targu. Arbuzy spadły w cenie, skorupiaki i ryby czekają na nabywców. Nie ma chętnych, handlarze odpędzają muchy od darów morza.

Wreszcie nadszedł dzień, kiedy mogą nabyć przysmaki ci, którzy ich nigdy nie oglądają. Oni nie lękają się cholery, oni niczego się nie lękają, chcą tylko jeść do syta, ale rzadko mają sposobność. Wynędzniały starzec, prowadzony przez małego chłopca, zajada się soczystym arbuzem. Sok owocu spływa mu po brodzie, żebrak syci się zapachem i smakiem, szkarłatne mięso owocu dostaje też i mały chłopiec.

Obaj obojętni są na plakaty, ostrzegające przed przejrzałymi owocami. Ich nie dotyczy zwyżka cen mleka z Australii ani zrozumiała hossa cen drobiu i mięsa. Nie martwią się doniesieniami, iż na Filipinach władze palą transporty żywności z Hongkongu, a co godzina badają wodę w sieci miejskiej, że cały zachodni rejon Oceanu Spokojnego lęka się dostaw z Hongkongu, miasta nawiedzonego zarazą. Niech się tym martwią kupcy.

Compradorzy i biznesmeni są równie dalecy od tego świata małych zaułków, baraków i koszarowych kamienic, jak pole golfowe Nowych Terytoriów od komuny ludowej. Niby kilkanaście minut jazdy, a jednak inna epoka, podróż w czasie. Rezerwat nędzy, rozwianych złudzeń, zwątpienia i rozpaczy – to właśnie mrowie ludzkie Hongkongu. Co najmniej jedna szósta ludności gnieździ się w barakach z tektury i dykty. Jedno z takich osiedli zwie się - jak na ironię - Brylantowym Wzgórzem.

Nędzarze z baraków marzą o pożarze. Wspominają z rozczuleniem wspaniały pożar w noc wigilijną 1953 roku, kiedy to 50 000 ludzi zostało bez dachu nad głową. Tym wszystkim, którzy tracą pomieszczenie w wyniku klęsk żywiołowych, daje się „Białą Kartę” - przedmiot zazdrości. Kto ma taką „Białą Kartę”, ten ma poważne szansę na kąt w budowanych specjalnie wielkich blokach w kształcie litery H. Każde piętro ma 64 pokoje, każdy dom mieści około 2 500 osób. Pokój mający około 12 metrów kwadratowych przydziela się rodzinie złożonej z pięciu dorosłych, przy czym dwoje dzieci liczy się za jedną osobę dorosłą. Lokuje się dwie rodziny w jednej izbie, jeżeli nie są one dość liczne, aby normie stało się zadość. Domy dla uchodźców mają niskie komorne, należą do zarządu kolonii.

Stoki gór pokryte są lepiankami, budowanymi według prastarych zasad „Wiatr i Woda”. Znawcy wybierają odpowiednie miejsce dla poszczególnych rodzin, odczytują z kształtów wzgórza wizerunki bóstw sprzyjających tej akurat rodzinie. Woda podskórna jest zawsze dobrym znakiem w wyborze miejsca na domostwo, tak samo kręta droga - jako że demony poruszają się tylko po linii prostej.

Ale - powtarzam - Hongkong to przede wszystkim plątanina zaułków, ślepych uliczek, zatłoczonych kioskami i sklepikami. Tam właśnie poszedłem owego wieczoru, prowadzony przez Charlie-Cienia. Charlie był zresztą zbyt ostrożny, aby iść za daleko. Na bocznej uliczce zastąpił nam drogę jakiś chłopak. Kiedy się obejrzałem, Charlie już znikł gdzieś w bocznej bramie, zostałem sam z mym nieznanym przewodnikiem.

Rozdział następny