Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Tu reporter idzie na „łowy na smoka”...

... i uroczyście zapewnia, że już nigdy więcej…

Hongkong jest - jak twierdzą - największym centrum handlu narkotykami świata. A ja na pytanie, czy paliłem opium lub zażywałem heroinę - muszę uczciwie odpowiedzieć przecząco. Okazja była, ale nie próbowałem ze strachu. Nie dlatego, abym się lękał nałogu - chyba jedno doświadczenie nie powinno być groźne. Tyle tylko, że nie znając własnych reakcji na te narkotyki - lękałem się prób w środowisku zupełnie obcym, gdzie przebudzenie bez paszportu i ubrania byłoby jeszcze najbardziej radosną z wielu innych możliwości. Tak samo Brytyjczycy nie znają się na żartach, gdy chodzi o narkotyki. Karane jest już samo ich posiadanie, a za handel i wszelkie pośrednictwo grozi więzienie oraz chłosta. Zapłata kilkoma solidnymi ciosami bambusa za chwile upojenia wydała mi się zbyt wygórowana. Nie wszedłem w kolizję z prawem.

Widziałem natomiast „łowy na smoka”. Smok ten różni się znacznie od naszych rodzimych smoków, ratujących się piciem wody z Wisły przed siarkowymi trutkami. Tysiąc siedemset lat temu chiński smok został opisany z bogactwem szczegółów. Ma on więc: wielbłądzi łeb, jelenie rogi, zajęcze oczy, wołowe uszy, wężowy grzbiet, żabi brzuch, karpią łuskę, tygrysie łapy, jastrzębie szpony. Jest bardzo szorstki w obejściu. Obraz niezbyt zachęcający.

A jednak go się łowi. W brudnej norze jest cicho. „Łowy” zaraz się zaczną. Oczy powoli przyzwyczajają się do mroku, rozróżniam niski, długi stół i przy nim mężczyzn, skupionych wokół płomienia małej lampki. Na płytkach metalowych podgrzewają jakiś proszek, wdychają jego wyziewy przez małe tutki papierowe. Manipulują płytkami tak, aby szczypta proszku nie ześliznęła się na ziemię, była akurat nad płomieniem. Oto „łowy na smoka”, zaklętego w białym proszku.

Miesza się zwykły chemiczny środek nasenny z odrobiną heroiny tak marnej jakości, że nie można z niej sporządzić zastrzyków. Palacz początkujący zadowala się jedną piątą czy ćwiercią grama narkotyku, nałogowiec musi już mieć na dobę trzy czwarte grama. Jest to piętnastokrotna dawka, dopuszczana przez medycynę tam, gdzie heroina stosowana jest legalnie jako lek.

Po tym, co widziałem, muszę włożyć między bajki relacje o bardzo skomplikowanym rytuale palenia heroiny. Owszem, opium palone jest podobno ceremonialnie. Heroina - ten „bohaterski" lek przeciw astmie – jak to się kiedyś nazywało, nie ma tych tradycji. Po prostu ludzie zażywają ją i zapominają o troskach dnia codziennego. Oglądałem też jeszcze system palenia heroiny, zwany „artylerią przeciwlotniczą”. Na papierosie kładzie się ziarnko heroiny dobrego gatunku. Przy paleniu tworzą się obłoczki, które mogą kojarzyć się z widokiem zapory artyleryjskiej podczas nalotu. Nie udało mi się sprawdzić tego, co słyszałem w Japonii, że heroina może zawładnąć człowiekiem jeszcze przed urodzeniem. Otóż podobno niemowlęta, zrodzone z matek-narkomanek, płaczą bez powodu i można je uspokoić rzekomo tylko dawką narkotyku. Czy to prawda? Ale jedno jest pewne: heroina to najbardziej niebezpieczny z narkotyków wytwarzanych z naturalnych surowców. W Hongkongu mówią, że kto przez dwa tygodnie zażywa heroinę - dla tego nie ma już odwrotu. Niegdyś uważano ją za lek odwykowy dla morfinomanów, ale podobno przeciw heroinie lekarstwa odwykowego nie wynaleziono. Jedno jest pewne: heroina stała się niebezpieczną bronią w ręku szajek przestępców. Sutenerzy nakłaniają dziewczęta do zażywania narkotyku „dla zabawy" albo „na próbę”, wiedząc dobrze, że ofiara potem gotowa jest na wszystko, aby tylko dostać swą codzienną porcyjkę heroiny i „łowić smoka”. Młody opryszek pójdzie na każdą robotę, aby tylko nie pozbawiono go udziału w „łowach”.

W palami byłem krótko. Oglądanie cudzego nieszczęścia jest smutną reporterską koniecznością, tak jak lekarz, tak i reporter powinien widzieć i wiedzieć wszystko. Jednak mrok kryje tu ludzi, ich odczucia, sny i marzenia i to nie jest ruchomy film, raczej tylko żywe obrazy. Żywe obrazy martwych ludzi.

Za kilka godzin wrócą oni do rzeczywistości. Znowu, aż do następnej wycieczki na „łowy smoka”, rzeczywistość wchłonie tego człowieka, który teraz uważa ją już tylko za ponurą poczekalnię przed pięknym snem.

Wracałem sam, nie bez trudu odnajdując drogę w plątaninie uliczek. Noc nabrzmiała tysiącami tonów. Huk odrzutowców z lotniska, daleka syrena okrętowa, klip-klap drewnianych sandałów na asfalcie ulicy, przedziwny klekot wędrownego sprzedawcy porcelanowych łyżeczek, który zachwala swój towar potrząsając kilkoma łyżkami naraz w jednej dłoni, sygnał domokrążnego masażysty - odmienny od tego, jakiego jego koledzy po fachu używają w Japonii.

Na promie niespodzianie dobiega mnie rozmowa kilku mężczyzn po polsku. Marynarze. A więc „Hanoi” już przybył z Gdyni. Kilka minut wspólnej jazdy, giną w tłumie w porcie. Na przystani grupka ludzi stoi koło tablicy ogłoszeń: „Królewskie Obserwatorium podaje do wiadomości, że niż tropikalny wytworzył się o pół tysiąca mil na południowy zachód od Hongkongu i posuwa się na zachód z szybkością 15 węzłów. Inny niż tropikalny powstał równocześnie o 800 mil na południowy wschód i posuwa się z szybkością 10 węzłów.”

Powoli idę w kierunku hotelu, zatankowawszy uprzednio sok owocowy. Mam już stałe punkty, gdzie uzupełniam płyny, wypocone podczas wędrówek pieszych. Pijam więc na przystani promów, potem w dużym sklepie samoobsługowym przy Nathan Road, potem w małym kiosku, wręcz niewiarygodnie zawalonym konserwami z całego świata. Kiosk obsługiwany jest przez całą rodzinę, która mieszka chyba za zasłoną, zwisającą zaraz za ladą. Zza tej zasłony wynurzają się coraz to inne twarze, podobne do siebie. Nie zdarzyło mi się jeszcze, abym zastał zamknięte wejście do tego kiosku, a zjawiam się tu w dziwnych porach. Kiosk leży na połowie drogi między przystanią promów a moją kwaterą. Już po drugiej wizycie uważany jestem za stałego klienta, witany uśmiechem i po łyknięciu flaszeczki „Pepsi Cola” za kilka centów - odprowadzany do drzwi. Cała załoga kiosku - od łysiejącego patriarchy poprzez kociaczka w obcisłych porteczkach aż po zabawnego brzdąca-juniora rodu - musiała mieć jakiś okólnik w mej sprawie, gdyż na mój widok błyskawicznie zostaje odbity kapsel z „Pepsi Cola”, do środka buteleczki wędruje słomka i napój zostaje mi wręczony z czarującym uśmiechem dyżurnego sprzedawcy. Ciecz ta już dawno mi się znudziła, ale nie mam serca zakłócać normalnego działania przedsiębiorstwa domaganiem się innej puszki czy flaszeczki z zapchanej półki.

Maszeruję dalej. Rozklejają plakaty ze wskazówkami, jak ustrzec się od zarazy. Jeszcze przed wejściem do hotelu kupuję pierwsze wydanie porannej gazety, mokrej od świeżej farby. Wyrzucam za drzwi boya, który przybył, aby litować się nad moją samotnością i zapewniać, że środki zaradcze mogą być dostarczone w wielkim wyborze w ciągu kwadransa. Zabieram się do lektury komunikatów o zarazie: wypadków potwierdzonych - 39, zgonów - 4, pod obserwacją - 13, na kwarantannie - 277. Władze sanitarne proszą o wypożyczenie radioodbiornika dla osób zamkniętych na kwarantannie, aby ulżyć ich odcięciu od świata. Pan Francis Lee (telefon 601-23) załatwi odbiór a następnie zwrot wypożyczonego radioaparatu.

Z listów do redakcji: „Sir! Niech mi wolno będzie skorzystać z niewielkiego skrawka cennych łamów Pana gazety. Obecna kampania propagandowa zaleca mycie zastawy przed spożyciem posiłków. Wiadomo też, że zasadnicze znaczenie w zabiegach czynionych dla uniknięcia strasznej zarazy ma mycie rąk po wyjściu z toalety. Jak to zrobić, skoro w kranach nigdy nie ma wody? I dlaczego pielęgniarki na punktach szczepień, zresztą niesłychanie aroganckie i niegrzeczne, dają trzem czy nawet czterem pacjentom zastrzyk tą samą igłą? Z poważaniem: Boleśnie Ukłuty.”

Albo inny list: „Sir! Współczuję głęboko ofiarom spekulacji szczepionką przeciwcholeryczną, jednak rzec muszę, że są one straszliwie głupie, płacąc takie ceny. Nie mogę tu natomiast przekazać mych poglądów na temat spekulujących szczepionką przedstawicieli zawodu lekarskiego, gdyż moje uwagi nie nadawałyby się do druku. Z poważaniem: Pełen Obrzydzenia.”

Dziś w mieście: o godzinie 20.15 w ośrodku informacyjnym USA film dokumentalny o ujarzmieniu rzek z komentarzem w języku mandaryńskim. Wystawa przy Jordan Road na temat: „Szczęśliwe domostwo”. O godzinie 15 licytacja zastawionych przedmiotów w podziemiach Banku Francuskiego. Odczyty: o „Rehabilitacji narkomanów" mówić będzie w Windsor House o godzinie 12.30 Mr. Atkinson. Trzeba będzie tam jutro pójść, dobranoc.

Rozdział następny