Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Tu wspomina się tych ludzi z dżonek...

... którzy polegli podczas nalotów, i wspomina się przedziwne kaprysy tajfunów

Na tablicy alarmowej na przystani promów wywieszono dziś komunikat. Otóż Lorna w południe była już o 530 mil na południowy wschód od Hongkongu (20 N; 123 E) i wędrowała na północny zachód z szybkością 11 węzłów. Amerykańskie samoloty, które śledzą Lornę, dziś rano widziały ją o 316 mil na południowy wschód od Tajwanu.

W kolonii spokój, wydaje się, że ludzie najbardziej obawiają się zaskoczenia – takiego jak w 1881 roku w Hajfongu, gdzie tajfun zabił jednego dnia trzysta tysięcy ludzi! Teraz, kiedy tajfuny odkryły swe tajemnice i dają się strzec z samolotów - niebezpieczeństwo znacznie osłabło. W każdym razie jadę do pływającej osady, gdzie - jak zawsze pod koniec siódmego księżyca – ludzie obchodzą święto zmarłych.

Zamieszkała na dżonkach ludność poniosła w czasie wojny szczególnie ciężkie straty, gdyż japońskie okręty wojenne wtłaczały się w ciżbę chińskich statków, kiedy nadlatywały bombowce Sprzymierzonych. Wielu ludzi z plemienia Tanka i inni mieszkańcy dżonek - tonęli podczas tych nalotów.

Dusze utopionych ludzi - jak wszystkich innych, którzy nie mają umiejscowionego grobu - tułają się w zaświatach, ponieważ nie są objęte kultem przodków, tak pomocnym dla dusz ludzi, mających znane miejsce wiecznego spoczynku. Sprawę pogarsza jeszcze i to, że dusze tych, którzy utonęli, nie mogą zaznać zbawienia inaczej, jak tylko poprzez znalezienie zastępcy z szeregów żyjących ludzi. Innymi słowy, żyjący ludzie morza muszą koniecznie złagodzić cierpienia duchów - zgłodniałe duchy są szczególnie złośliwe i mogą wciągnąć w głębinę kogoś, kto nadawałby się na zastępcę.

Przepchałem się przez tłum na nabrzeżu, cisnący się wokoło bambusowego masztu, przybranego czerwienią i obwieszonego lampionami. Na trzech dżonkach odbywa się właściwa ceremonia. Jedna z nich służy jako kaplica - tam celebranci wznoszą modły przed papierowymi manekinami. Kukły ustawione są na pokładzie dżonki. Oto jest Cing Sü, czyli urzędnik decydujący w sprawach ułaskawienia, i czterej zwolnieni przez niego więźniowie. Widać też Wu Czang-kuei, czyli Nieobliczalnego Upiora, który ma wysunięty język. Na małym ołtarzyku jeden tylko ideogram chiński oznaczający słowo „Duch” wskazuje, że tam przebywa strażnik sztandaru.

Na sąsiedniej dżonce teatrzyk kukiełek wystawia przedstawienie specjalnie dla duchów. Duchy przepadają za marionetkami - myślę tylko, że trudno jest im się usadowić na tej widowni, gdzie przeważają dzieci, zapatrzone w widowisko osnute na motywach „Opowieści o Trzech Królestwach”, pokazywane właśnie na małej scence. Na trzeciej wreszcie dżonce oglądam pełną galę flagową i wielki wizerunek Króla Piekieł, przytwierdzony do masztu.

Tam, gdzie zazwyczaj ustawia się skrzynki z ładunkiem, teraz kilkanaście starszych kobiet przygotowuje do zrzucenia na fale sześć papierowych dżonek i tyleż parowców z papieru. Osobno na dwunastu małych stosach przygotowano odzież oraz pieniądze, wypuszczane przez Bank Piekielny.

Król Piekieł, czyli Jen Lo, ubrany jest w zbroję, ma na sobie opończę z tygrysiej skóry, a w ręku dzierży coś w rodzaju maczugi. Dzieje tego władcy są wielce pouczające. Otóż był on kiedyś bardzo potężnym królem na ziemi, jednak jego mania wielkości doprowadziła go do tego, że z niezwykłym okrucieństwem prowadził wiele wojen. Za swe zbrodnie przeciw ludzkości odrodził się jako Władca Piekieł - razem z nim przebywa w piekle jego osiemnastu generałów, między którymi jest też i jego rodzony syn. 80 000 wojowników z tej armii też wstąpiło do piekieł, gdzie pełnią teraz funkcje oprawców i dozorców. Aby Jen Lo utrzymać w stanie ustawicznej złości - trzy razy dziennie wlewa mu się w piekle w gardło sagan roztopionej miedzi.

Wreszcie rozlega się straszliwie hałaśliwa muzyka. Gongi, cymbały, trąbki - z hukiem wybuchają rakiety i dżonki ruszają w objazd wód wokół Hongkongu, zaglądając zwłaszcza do pływających osad-dżonek w zatoce Causeway, gdzie ludność poniosła szczególnie ciężkie straty podczas nalotów. Co pewien czas widać, jak z dżonek zrzuca się w fale odzież i ryż oraz herbatę dla nieszczęśników, pokutujących w otchłani morskiej. Wrzuca się też i pieniądze z Banku Piekieł. Celebranci głośno zawodzą, wzywając na biesiadę duchy tych, którzy utonęli w morzu. Nie żałują ofiar, co jakiś czas z dżonki rzucają na wody zatoki papierosy i statek - przedtem nawet nalewają na pokład tej makiety kilka kropel benzyny z dużej flaszki, aby statek miał paliwo na drogę do piekieł. Z motorówki, którą płynę w ślad tej pielgrzymki, widać wyraźnie, jak kołyszą się papierowe kukły i jak dyndają zerwane kajdany owych czterech więźniów, którzy dostali specjalnie na tę ceremonię przepustkę na wyjście z piekieł. Po trzech godzinach wszystkie kukły zapalają się równocześnie wielkim płomieniem, celebranci donośnym głosem nawołują duchy, aby umiały docenić okazaną im gościnność i aby wstrzymały się od szkodzenia swym dobroczyńcom i ofiarodawcom.

Rozdymane gorącym powietrzem papierowe manekiny odrywają się na moment od pokładu, wznoszą się na metr czy dwa nad dżonkę, potem płomienie wypełzają z nich na wierzch, kukła rozpada się i czarnymi płatami sypie na fale zatoki. A celebranci? W Hongkongu nie ma zorganizowanej hierarchii, duchowni są po prostu sprzedawcami w sklepach papierniczych. No tak, właśnie tych, które dostarczają rekwizytów do ceremonii. Na co dzień sklepy te robią papierowe bogactwa dla zmarłych, a od święta - w siódmym księżycu - te kukły, które przed chwilą spopieliły się podczas obchodu.

Obchód nie ma jakiegoś stałego dnia. Chińczycy są ludźmi z natury praktycznymi i urządzają ceremonie wtedy, gdy są po temu warunki. Trzeba wyłączyć z pracy te trzy dżonki, trzeba zamknąć sklepy papiernicze, których personel celebruje modły i prowadzi pielgrzymkę na morskich falach. Teraz cały obchód odbył się w pośpiechu - wejścia do zatok, mających służyć za schrony przeciw tajfunowi, są już teraz otwarte. Kutry policji strzegą, aby nie były tarasowane przez nikogo i aby na dany znak wszystko, co pływa - znalazło się poza zasięgiem gniewu Władcy Piekieł.

Po południu jadę na lotnisko. Służba meteorologiczna nie spuszcza oka z Lorny. Nigdy nic nie wiadomo, jej poprzedniczki tak brykały, że aż strach wspomnieć. Wspominają je tu, wspominają... Wesoły Anglik w szortach i w siatkowej koszuli, który zasiedziały jest od dawna w Hongkongu i zna tajfuny nawiedzające te strony z zadziwiającą stałością - wyraża się o tych klęskach żywiołowych z taką niefrasobliwą czułością, jak dumny z siebie chirurg o jakimś usuniętym wstrętnym czyraku... Pamięta je z imienia...

- Mary - powiada - tyle razy zmieniała kierunek, że tylko prorok mógł to przewidzieć. Skręcała tak nagle, jak to czyni tylko kobieta za kierownicą... Carol, kiedy się połapała, że wszyscy na nią patrzą, nagle jak nie podkasa spódnicy, jak nie rzuci się kłusem naprzód... Hazel była kapryśna i kosztowna jak gwiazda baletu... Louise swym temperamentem tak się dała we znaki załodze Iwo-dzimy, że dopiero po 36 godzinach jej wyuzdanych tanów personel lotniska odważył się wypełznąć z wydrążonych w skale podziemnych przejść... Rozumie więc pan, że teraz trudno jest coś powiedzieć o Lornie. My jej jeszcze nie znamy...

- Dlaczego - pytam - tajfuny zwie się tylko imionami kobiecymi? Dlaczego nie Jędruś, Zyzio albo Kazio? - Okazuje się, że kiedyś jakiś synoptyk, występujący w powieści „Burza” George Stewarta, nazwał imieniem „Maria” wiatr szalejący nad Stanami. Od 1953 roku zwyczaj ten stosowany jest oficjalnie przy nadawaniu imion tajfunom.

- Na Oceanie Spokojnym – mówi Anglik - są cztery kolejne listy z imionami żeńskimi, uporządkowanymi według alfabetu. Pierwszy tajfun roku nie zaczyna się od „A” - Jak to się dzieje z huraganami - ale ma imię kolejne po swym poprzedniku. Żadne imię nie zaczyna się od liter: Q, U, X, Y, Z.

Rozmówca mój najgorzej wspomina jednak Louise.

- Panie, to był tajfun!

Pokazuje mi na mapie maleńką kropkę. To strategiczna wysepka Iwo-dzima, zwana „Czarną Perłą Pacyfiku”. Japończycy wydrążyli tam kilometry podziemnych przejść, po dziś dzień nie zbadano jeszcze wszystkich. W tę wyspę - obsadzoną teraz przez mały garnizon amerykański - Louise uderzyła z ogromną siłą. W pewnym momencie przyrządy pomiarowe na wyspie nie miały już podziałki dla pokazania dokładnej prędkości wiatru, ale fachowcy ustalili, że doszła ona do 300 km na godzinę! 90% urządzeń naziemnych bazy zostało startych z powierzchni wyspy. Samochody tajfun wywrócił do góry kotami, zaś pewien oficer, który usiadł przy kominku w kasynie, został wessany w komin i tylko cudem się w nim zatrzymał. Stalowy maszt na budynku sztabu został zgięty pod kątem prostym, zaś gdy tajfun zmienił nagle kierunek - przegiął go znów, ale w drugą stronę...

Louise znudziła się wyspą i wbrew oczekiwaniom - ruszyła na zachód, w kierunku Okinawy. Tam ogłoszono ostry alarm. Tuż przed wyspą Louise raptownie skręciła i uderzyła w Japonię. Zabiła 72 osoby, raniła 253, zaś 197000 pozbawiła dachu nad głową, zerwała szosy i tory kolejowe oraz zniszczyła uprawy ryżowe, na których dojrzewały rekordowe plony...

Tajfuny mają swe kaprysy, ale - twierdzi znawca - dopiero tornado ma niebywałą fantazję... Wspomina kilka wypadków, sprawdzonych przez meteorologów. A więc kilka trawek zostało wbitych w słup telegraficzny, parowóz został podniesiony z toru, przeniesiony przez wicher na tor sąsiedni i tam ustawiony, ale w innym kierunku. Natomiast dementuje się opowiadanie pewnego chłopa, który twierdził, że tornado odwrócił na lewą stronę szklany dzban z nalewką. Nauka przypuszcza, że nalewki było wtedy zbyt wiele już nie w dzbanie, lecz w naocznym świadku wydarzenia, aby można było je uznać za prawdziwe.

Późnym wieczorem opowiadam tę historyjkę memu francuskiemu przyjacielowi. Zajadamy razem kolację w Kaulun. To już pewnie nasze ostatnie spotkanie. Do Europy się nie wybiera. Jest z nami nastrój pożegnania, dobre wino ze słodkiej Francji i natarczywe słowa prastarej pieśni, które tu, na chińskiej ziemi, powstały nagle z mroków niepamięci.

Niezbadane są bowiem kierunki tajfunów i nagłych skoków myśli, przynoszących zapomniane słowa, które się gdzieś kiedyś czytało czy słyszało: „Rycerze Okrągłego Stołu, spróbujmy, czy wino jest dobre... A gdy umrę, niechaj mnie pogrzebią w piwnicy ze stary winem, niech leżę z nogami pod ścianą a głową pod kurkiem...”

Powiadam, że trudno mi jest pojąć sens wszystkiego, co tu widzę. Widziałem dziś rano obchody na dżonkach, ale nie jestem przekonany, czy pojąłem wszystkie symbole z ceremoniału.

On: Tu jest bardzo niewielu takich, którzy rozumieją wszystko - Chiny i Chińczyków. Ci, którzy tak twierdzą - często bluffują. To bardzo stara cywilizacja. Chin się trzeba uczyć. Kto nie rozumie tego kraju, ten nie powinien wydawać sądów ostatecznych na jego temat. W Europie i w Ameryce ludzie przykładają do tego, co się dzieje w Azji Wschodniej, własne standardy rozumowania. Nie wolno tego robić, to jest błąd.

Ja: To może trochę błąd wychowania. Uczyłem się pilnie historii. Dzieje starożytne to przecież dla ucznia gimnazjum była historia Egiptu, Grecji, Rzymu. Uczyłem się na pamięć planu Rzymu. Wkuwałem dziesiątki dat. Ale dzieje prastarych cywilizacji Chin i Japonii, zadziwiająca kultura Khmerów z terenu obecnej Kambodży - to wszystko albo w ogóle nie było omawiane, albo kwitowało się kilkoma frazesami...

On: Wybierz się jutro do sądu. Tam jest ciekawa sprawa.

Ja: Byłem już w sądzie.

On: Byłeś w sądzie niższej instancji. Jutro będzie kilka spraw o przynależność do tajnych związków. W tym się jest bardzo trudno połapać. Mało jest w Hongkongu ludzi, którzy by na ten temat mogli powiedzieć coś doprawdy rzeczowego.

Samochodem wyjeżdżamy z Kaulun, pnąc się stromą szosą, wiodącą na góry otaczające miasto. Zbaczamy z głównego szlaku, aby zatrzymać się na płaskiej platformie, z której jak na dłoni widać całe miasto. Oparci o rozgrzaną maskę silnika, stoimy urzeczeni widokiem. W tym oświetlonym mrowisku zaczynam już rozróżniać kontury znajomych ulic i placów. Miasto, które jeszcze przed tygodniem było dla mnie jakimś pojęciem geograficznym, teraz wydaje się bliskie i znajome. Wstążki neonów dzielnicy handlowej, zaułki portowe, okrojone wyraźną ciemną linią zatoki. Morze jest ciemne, przeczesują je tylko smugi świateł z promów i statków.

Film jest niemy. Nie dobiegają tu żadne głosy. Nie słyszę trzech i ćwierć miliona ludzi. Tam w dolinie, na lądzie i na małych wysepkach, na dżonkach i sampanach - ludzie mówią, płaczą, śpiewają i śmieją się. Za kilka dni będę już daleko stąd - przypomina mi to widok nadlatującego samolotu. Wynurzył się już z mroku i przykleił się precyzyjnie do rzuconej w morze wąskiej tasiemki Kai-tak, która nagle rozbłysła światełkami. Za kilka dni przetnę całą Azję od południa i zachodu, wracając na ten mały półwysep – do Europy. Czy uda mi się opowiedzieć dzieje zarazy i odtworzyć oblicze miasta?

Rozdział następny