Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Reporter znowu idzie do sądu, słucha uważnie...

... ale odchodzi w przekonaniu, że dowiedział się bardzo niepełnej prawdy

W przerwach między zajęciami bywalczynie sąsiednich pokojów mej oberży składają mi wizyty, zafrapowane osobą białego przybysza, który już tyle dni mieszka w przybytku, nastawionym na wielką przelotowość. Wizyty te doprowadzają do rozpaczy boya. Obawia się, aby nie doszło do porozumienia bezpośredniego między tymi dziewczętami a mną - z ominięciem jego osoby. Zamienia się więc w przyzwoitkę, kiedy tylko jego wszystkowidzące oczy dostrzegą, że mam gościa. Zaraz zjawia się z zieloną herbatą, bez pukania. Ubawiony jestem jego zgorszeniem, z jakim patrzy na jawnogrzesznice, nieoprocentowane przez niego samego. Ba, usiłuje mi nawet obrzydzić tę czy inną - o ile mu na to pozwala skąpy zasób słów angielskich. Istotna treść jego uwag dochodzi jednak do mej świadomości z uwagi na ich prostolinijność:

- Ja nie wiem, mister, co pan w niej widzi - ja mam dla pana coś znacznie, znacznie lepszego...

- Słuchaj, Czang - odpowiadam - umówmy się raz na zawsze, że nawzajem nie wtrącamy się do naszych spraw prywatnych.

Ta umowa wyraźnie mu nie odpowiada. Pogwarki z dziewczynami prowadzone są jednak nadal. To nie są żadne kapłanki miłości ani wielkie kurtyzany. To ubogie wyrobnice, skopane przez życie i przyuczone do pokory, ciekawe szerokiego świata, z którego przybywają ich mężczyźni. Klienci jednak - żalą się - nie chcą z nimi gadać. Ich czas jest zapłacony i to wcale nie za konwersację. Dziewczyny te znają życie, znają ruchy statków na Pacyfiku i znają mężczyzn. Ich uwagi na temat panów klientów mam skrzętnie zapisane i opowiem Warn może kiedyś, późnym wieczorem, gdy już dzieci pójdą spać (w redakcji powiedzieli, że tego nie wydrukują). W każdym razie wspominam to teraz dlatego, że rano tak nam się wesoło gaworzyło, że ledwo zdążyłem do sądu. Nie miałem czasu ani na wizytę w porcie dla orientacji o kaprysach Lorny, ani też nie widziałem dziś niczego, co mógłbym umieścić w notesie w rubryce: Hongkong, zaraza, przebieg.

Bo - jak rzekłem - „klejnot Korony” żyje swym życiem, rozcierając tylko bolące miejsca, gdzie szerzy się epidemia. Ten kolos tyle już doświadczył, że lęk dnia dzisiejszego i niepewność jutra, któremu grozi tajfun - nie wyprowadza go z równowagi.

Sędzia Derek Cons osądził kolejno dwie sprawy, zaś sędzia K.A.S. Philips jedną - ale wszystkie trzy miały podobne tło: przynależność do Triad, czyli tajnych związków. Inspektor Carter oskarżył Pan Kuang, że uzyskał w tajnym związku stopień „wachlarz z białego papieru”. Oskarżony wstąpił do Triad w Kantonie w 1942 roku, zaś w 1945 w Makau awansował do obecnej godności. Inspektor Carter powiedział, że oskarżony po aresztowaniu był bardzo skłonny do współpracy z policją. Sędzia uwolnił oskarżonego od kary, udzielając mu ostrzeżenia.

Ten sam sędzia skazał na trzy miesiące więzienia 52-letniego Kuan Cinga. Inspektor Charles Lee powiedział, że w organizacji tajnej Wu Ho To, która jest jedną z najstarszych i najpotężniejszych Triad w zachodniej części kolonii, oskarżony uzyskał stopień „czerwonego masztu”.

Na pół roku poszedł do więzienia Czang Li-fai, który osiągnął stopień ,,słomianego sandału”. Był już uprzednio sześciokrotnie karany, w czym dwa razy za handel narkotykami. Z zawodu jest wróżbitą, co dało popierającemu oskarżenie urzędnikowi policji okazję do uwagi, że najlepiej by było, gdyby oskarżony kiedyś sam sobie powróżył - sędzia zresztą z miejsca przeciął tę uwagę, przywołując przedstawiciela władzy do porządku.

Oskarżenie w tych trzech sprawach zawierało także uwagi ogólne. Tezą policji było to, że niegdyś „Bractwo Nieba, Ziemi i Człowieka" - jak się zwie Triady - było organizacją polityczną, ale z biegiem lat zwyrodniało, przekształcając się w tajne a więc nielegalne na terenie kolonii porozumienie, w zmowę przestępczą. Cytowano niektóre z 36 praw Bractwa, które żąda od swych członków bezwzględnego posłuchu i wykonywania poleceń Bractwa przy dochowaniu zupełnej tajemnicy. „Kto zdradza 36 praw Bractwa, ten dostanie 216 uderzeń bambusem” - mówić ma jedno z praw. A inne rzekomo brzmi tak: „Jeden brat ma żywić innego brata - jeżeli masz co jeść, podziel się z nim, inaczej niech cię tygrys pożre”. Podobno pieczęć Bractwa ma kształt pięcioboku dla symbolizowania pięciu zasadniczych cnót, jak sprawiedliwość, dobroczynność, mądrość, wierność i wspaniałomyślność.

Policja powołała się na prawne przepisy, datujące się jeszcze z roku 1845 a zakazujące działalności tajnych związków. Wtedy za przynależność do Bractwa karano trzema latami więzienia oraz piętnowaniem rozpalonym żelazem na lewym policzku. Najbardziej groźnym związkiem ma teraz rzekomo być „14 K”, który kontroluje w Kaulun handel narkotykami, a także wymusza haracz od dokerów, przekupniów ulicznych, prostytutek i sklepikarzy. W jednej z tych trzech spraw oskarżyciel powiedział z patosem, że Triady są trudne do zlikwidowania, ponieważ ludność lęka się bardziej tej organizacji i jej zemsty niż karzącego ramienia prawa... Wyjaśniając sądowi znaczenie stopnia „słomiany sandał” rzeczoznawca powiedział, że ranga ta datuje się podobno jeszcze z XVII wieku, gdy władcy mandżurscy zwalczali dynastię Ming. W toku walk wysadzony został przez sabotażystów w powietrze klasztor wojowniczych mnichów buddyjskich, wiernych dynastii. Tylko 18 mnichów uszło przez wyrwę w murze, przy czym jeden z nich zabrał ze zgliszcz parę słomianych sandałów, które były własnością przeora. Zbiegowie schronili się w bezpiecznym miejscu, gdzie jednak 13 zmarło z poparzeń, odniesionych podczas wybuchu, oraz z wycieńczenia. Pozostałych pięciu to właśnie „Pięciu Pierwszych Przodków”, którzy stworzyli organizację. Ścigani dalej mnisi przeprawili się przez rzekę w cudowny sposób, gdy jeden z sandałów zamienił się w łódź...

Tyle mówiła policja. Oskarżeni nic nie mówili, milczeli. Nawet ten, który rzekomo okazał chęć współpracy...


Rozdział następny