Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Niewiadoma X

Jest w matematyce termin „niewiadomej X". Skoro odnajdzie się jej wartość i podstawi w rozwiązywane zadanie, wszystko staje się od razu jasne i zrozumiałe. Podobnie rzecz się ma i w skomplikowanych dochodzeniach śledczych. Poniższe opowiadanie mówi o tym, w jaki sposób został zdemaskowany jeden z najbardziej niebezpiecznych prowokatorów gestapo, w jaki sposób odnaleziono „niewiadomą X", która podstawiona w całokształt śledztwa, uczyniła wszystko jasne i zrozumiałe. W artykule tym podane są wyłącznie prawdziwe nazwiska - oczywiście tam, gdzie zostały one odszyfrowane.

......................................................................................................................

4 września 1945 roku przesłuchiwany był w prokuraturze pewien zagadkowy osobnik. Wiedziano o nim bardzo niewiele - właściwie tylko tyle, iż wiarygodni świadkowie widywali go w Skierniewicach po powstaniu, gdzie kręcił się między ewakuowanymi tam z Warszawy gestapowcami. Skrupulatne badanie nie doprowadziło do żadnych rezultatów. Janusz Milewski - tak się nazywał zatrzymany - uzasadniał logicznie swą obecność między gestapowcami; opowieść jego stanowiła wstrząsający dokument tragedii człowieka, którego zmuszono do służby okupantowi, ale który pozostał wierny sumieniu Polaka.

I tego właśnie dnia, kiedy na dworze panowała piękna polska jesień, w pokoju prokuratora Janusz Milewski spokojnie i rzeczowo powtarzał raz jeszcze swe dzieje, opowiadając, w jaki sposób dostał się w szeregi organizacji zbrodniczej, gdzie był niewinnym świadkiem „wyczynów” jednego z największych prowokatorów pracujących w gestapo.

„W czerwcu 1943 roku poznałem Teodora Fabiszewskiego, właściciela baru »Wstąp kolego na jednego«. Fabiszewski był przed wojną oficerem służby czynnej w kawalerii. Zwerbował mnie do organizacji podziemnej PZP, gdzie nadano mi pseudonim »Adek«. Wciągano mnie powoli w arkana konspiracji, aż wreszcie wyznaczono pierwsze zadanie. Miałem przeprowadzić wywiad dotyczący Ireny Chmielewicz, zamieszkałej przy ulicy Jaworzyńskiej 9, oraz Józefa Bereśniewicza, mieszkającego pod nr 2 na ulicy Lądowej - oboje byli znani ze swej działalności na rzecz gestapo.

Wyszedłem rankiem na miasto, aby zasięgnąć jakichś bliższych informacji o moich »podopiecznych«. Na Marszałkowskiej spotkałem pewnego jegomościa, znanego mi z konspiracji pod pseudonimem »Wiktor«. Nasze kontakty były bardzo luźne, gdyż pracowaliśmy w innych komórkach. Nie miałem absolutnie prawa poinformować go o mym rozkazie, a on jak na złość przyczepił się do mnie i zawracał mi głowę jakimiś głupstwami, chociaż byłem zdenerwowany czekającym mnie zadaniem. Szliśmy spacerkiem w stronę placu Unii Lubelskiej. Dochodziliśmy właśnie do przystanku tramwajowego na rogu Oleandrów, kiedy zatrzymali nas dwaj cywile i nie wdając się z nami w żadne rozmowy, zaprowadzili nas w aleję Szucha - do pokoju 246 w gestapo. Już przy pobieżnej rewizji znaleziono u mego współtowarzysza niedoli karteczkę z jakimiś nazwiskami, wobec czego zabrano go zaraz na przesłuchanie, mnie zaś popędzono do piwnicy, do tzw. »tramwaju«. Siedziałem tam cały dzień, wywołano mnie dopiero pod wieczór. Na korytarzu spotkałem »Wiktora«, którego zamknięto na moje miejsce. Był spokojny, dal mi ręką znak, że wszystko w porządku”. 

Pan Łabędzki się zgodził...

„Przesłuchujący mnie gestapowiec zapytał z miejsca, czy dobrze znam tego, z którym mnie złapano, i czy należymy do jednej organizacji. Nie skłamałem mówiąc, że znam go tak słabo, iż nawet nie wiem, jak się nazywa - istotnie, nazwisko jego nie było mi znane. Dodałem też, że jestem spokojnym człowiekiem, że zajmuję się handlem i nie mam czasu na politykę. Gestapowiec zaczął na mnie krzyczeć i pewnie wziąłby się zaraz do bicia, gdyby nie to, że na stole zadzwonił telefon. Mój prześladowca widocznie rozmawiał z jakimś przełożonym, gdyż był bardzo uprzejmy i służbisty. W końcu rozmowy powiedział, że zaraz każe przyprowadzić z powrotem pana Łabędzkiego. Odprowadzono mnie natychmiast na dół, a wezwano znowu »Wiktora« - teraz przynajmniej wiedziałem, jakie nosi - fałszywe czy prawdziwe - nazwisko. Minęła jeszcze godzina, zawołano mnie na górę i wraz z »Wiktorem« wypuszczono na wolność.

Wydało mi się to wprost nieprawdopodobne, że znowu idę wolny przez miasto. Przeżywałem odprężenie nerwowe, objawiające się straszliwym znużeniem. »Wiktor« pierwszy przerwał milczenie, opowiadając mi, jak musiał kręcić głową, aby zbagatelizować znaczenie znalezionej przy nim karteczki. Nie chcąc zdradzić swej prawdziwej przynależności organizacyjnej, zmyślił bajeczkę o tym, jak go przed tygodniem werbowano do konspiracji, ale nie przystał na to z obawy o los chorej żony, dla której musiał żyć. »Wiktor« powiedział mi dalej, że w gestapo zaproponowano mu współpracę; odpowiedział wymijająco i poprosił o dwa tygodnie czasu do namysłu. Prosił mnie też, abym o całym zatrzymaniu nikomu nie mówił, to razem jakoś wykręcimy się z tej paskudnej przygody.

Kiedyśmy się rozstali, poszedłem prosto do »Teodora«. Zdziwił się bardzo, że przychodzę tak późno - obawiał się, czy mi się nic złego nie przytrafiło. Nic mu nie powiedziałem i przystąpiłem nazajutrz do zleconej mi pracy, zresztą bez większych rezultatów, gdyż wskazane osoby wyprowadziły się do budynków strzeżonych przez gestapo. Po kilku dniach spotkałem »Wiktora« i z nim razem poszedłem do gestapo, gdzie on oświadczył, że znani mu dwaj czołowi działacze konspiracji wyjechali na prowincję, ale że powiadomi aleję Szucha, skoro tylko powrócą. Takie postawienie sprawy bardzo mi się nie podobało. Była to gra na zwlokę, która się mogła dla nas obu tragicznie skończyć. Byłem za natychmiastowym powiadomieniem naszych wspólnych przełożonych o całej sprawie, ale »Wiktor« nie chciał nawet o tym słyszeć”.

Już nie ma odwrotu

„Minęło znowu kilka dni. Jak mi to nakazano - znów zameldowałem się w gestapo. Zasypano mnie pytaniami »Wiktora«, z którym - jak wywnioskowałem – stracili zupełnie kontakt. Jeden z gestapowców nakręcił jakiś numer telefoniczny i kazał poprosić »Wiktora« oświadczając, że mówi »Zygmunt«. Zaraz potem wcisnął mi słuchawkę w rękę i kazał rozmawiać. Podeszła jakaś kobieta, która drżącym głosem pytała, czy nie wiem, co się dzieje z »Wlktorem«, który od trzech dni nie wraca do domu, a żona jego czuje się coraz gorzej. Powtórzyłem to wszystko gestapowcom, którzy pozwolili mi wyjść. Poszedłem wprost do »Teodora« z mocnym postanowieniem wtajemniczenia go w całą sprawę, z której odwrót stawał się coraz trudniejszy.

Kiedy tylko wszedłem do baru, Teodor sam mnie zapytał, kiedy ostatni raz widziałem »Wiktora«. W toku rozmowy powiedział, że »Wiktor« został zabity za zdradę - nie wiadomo tylko czy przez własnych ludzi, czy też przez kogoś z innej organizacji. Wspomniał, że widywano go, jak wchodził do gestapo z jakimś człowiekiem, którego dotąd nie udało się rozpoznać. Oczywiście przyznałem się »Teodorowi«, że to ja byłem tym nieznajomym, i powiedziałem mu całą prawdę, prosząc o wyciągnięcie z opresji. Tak jak mi »Teodor« poradził, zawiadomiłem gestapo, że w sodowiarni na ulicy Przechodniej obiło mi się o uszy opowiadanie o jakimś zastrzelonym na ulicy człowieku, z rysopisu podobnym do »Wiktora«. Gestapowców bardzo to zainteresowało. Kazali mi się dowiedzieć bliższych szczegółów. Znowu uzgodniłem postępowanie z »Teodorem« i przy następnej bytności prosiłem gestapowców, aby mnie zwolnili od meldowania się na Szucha, ponieważ jestem śledzony i obawiam się o własne życie. Niemiec, z którym miałem do czynienia, wstał od biurka i ryknął: „Jak tamtego kropnęli, to znaczy, że należał do organizacji, a jeżeli ciebie ścigają - to znaczy, że i ty należysz. Masz więc teraz wydać tych ludzi, których tropił »Wiktor«, bo nie wyjdziesz stąd nigdy!" Kręciłem jak mogłem, ale wyśmiano mnie tylko. Odczytano mi zeznania zabitego oraz rysopisy dwóch działaczy podziemnych, z którymi »Wiktor« spotykał się w cukierni Gajewskiego i w restauracji na Żurawiej. Oświadczono, że ludzie ci są chwilowo w Kielecczyźnie przy swych oddziałach, ale jak wrócą, to muszę ich wskazać. Na koniec gestapowcy powiedzieli, że aby zmniejszyć szansę zamachu na mnie, zatrudnią mnie jako tłumacza i pomoc biurową w dziale gospodarczym gestapo. Przystałem bez namysłu na tę propozycję, ufając, że »Teodor« wyciągnie mnie i z tej sytuacji.

W ten sposób stałem się funkcjonariuszem gestapo - ja, Polak-patriota. Dano mi legitymację na wstęp do budynku, z zastrzeżeniem, że nie upoważnia ona do jakichkolwiek czynności policyjnych. Ostrzeżono mnie również, że od tej chwili podlegam sądowi SS, który surowo karze wszelkie wykroczenia.

Skontaktowałem się z »Teodorem«. Zażądał, abym przychodził jak najrzadziej, bo mogą mnie śledzić. Kazał mi nadal wypierać się w gestapo kontaktów organizacyjnych, a w biurze wykazywać gorliwość. Gestapowcy byli zdziwieni, kiedy wróciłem z tej pierwszej po wstąpieniu na służbę wycieczki na miasto - myśleli, że ucieknę. Kazano mi nadzorować robotników zatrudnionych w ich budynku, a dla mego zupełnego bezpieczeństwa przed »groźbą ze strony polskich bandytów« przydzielono mi mieszkanie z gestapowcem, Arnoldem Hillerem, przy ulicy Belwederskiej 38”.

I tak poznałem Hillera...

„Hiller pracował w pokoju 247. Był to szubrawiec, wyspecjalizowany w tropieniu prasy podziemnej i organizacji wojskowych. Ulubioną metodą jego »pracy« była prowokacja. Jako syn kolonisty niemieckiego znał doskonale język polski i miał w Warszawie rozległe stosunki, które wykorzystywał dla wkręcania się w szeregi podziemnych organizacji. Był wyzuty zupełnie z uczuć ludzkich. Asystował z amatorstwa przy egzekucji schwytanych przez siebie Polaków, a w kwadrans później urządzał w swoim - przepraszani - w naszym mieszkaniu libacje kończące się dzikimi orgiami. Główną pomocnicą w szpiclowaniu była jego kochanka. Nosiła pseudonim »Kicia«. Piękna, rosła blondynka, ale też dobry numer! Pracowała jako urzędniczka w Komisarycznym Zarządzie. Był to tylko parawan dla wypraw po biżuterię, którą nabywała za grosze od głodujących w getcie ludzi.

Pewnego dnia Hiller zabrał mi wszystkie papiery i legitymację gestapo, a wręczył kartę rozpoznawczą na nazwisko Adama Kamińskiego i kazał jechać do Radomia, gdzie mieli się ukrywać poszukiwani działacze. Zaledwie przybyłem de radomskiego gestapo, powiedziano mi, że był telefonogram z Warszawy nakazujący mi powrót. Na Szucha dowiedziałem się, że obaj poszukiwani Polacy zostali schwytani przez referat VI D3a (pokój 240). Myślałem, że może zawezwą mnie jako tłumacza i że będę mógł zobaczyć aresztowanych, ale okazało się, że obaj znają biegle niemiecki. Zupełnie niespodziewanie wezwano mnie jednak do pokoju 240; kiedy wszedłem, obaj siedzący pod ścianą mężczyźni podnieśli głowy. Jednym z nich był »Wiktor«...

Zrozumiałem wtedy, że wysłano mnie do Radomia specjalnie, abym nie mógł uprzedzić organizacji o nagonce na dwóch działaczy. Zrozumiałem też, że »Wiktor« sam rozpuścił pogłoski o swej śmierci, aby ujść z rąk gestapo. Nie wierzyli mi więc już ani jedni, ani drudzy. Pamiętam dobrze ten dzień - właśnie wtedy przywieziono na Szucha Zofię Kossak-Szczucką...”

Lipiec 1944

„W lipcu 1944 kazano mi krążyć po mieście i podsłuchiwać rozmowy celem zorientowania się w nastrojach ludności. Powszechnie mówiono, że czołówki pancerne Armii Czerwonej widziano już w Rembertowie.

Były to gorące dni. Na Szucha szykowano się już do ucieczki. Rodziny gestapowców wywieziono samochodami, akta pakowano na ciężarówki i wysyłano na przystań Vistuli, aby statkami ewakuować do Torunia. Obowiązywało ostre pogotowie. Wszyscy musieli sypiać w biurze, nikomu nie było wolno wychodzić na miasto. Z »Teodorem« straciłem kontakt, ponieważ telefony włączono do podsłuchu.

Dopiero w niedzielę mogłem się z nim spotkać; mówił, że bomba miała pęknąć w sobotę, ale że odłożono na później, bo front jest jeszcze daleko. W poniedziałek było znowu obostrzenie alarmowe - wychodzić wolno było tylko w mundurach, i to wyłącznie za piśmiennym zezwoleniem. Pamiętam, że telefonowały wtedy z miast firmy budowlane, donosząc, że zastrajkowali robotnicy pracujący przy umocnieniach. Wysłano natychmiast trzy samochody z gestapowcami. Okazało się, że była to prowokacja, że wszystko było w porządku i z firm nikt nie dzwonił. Niedługo potem zaalarmowała nas po niemiecku centrala telefoniczna na Zielnej, iż napadli ją jacyś mężczyźni. I ten alarm okazał się fałszywy. Za to w drodze powrotnej auta gestapo zostały ostrzelane przez młodych ludzi z biało-czerwonymi opaskami na ramieniu. W kwadrans po powrocie samochodów na Szucha wybuchło powstanie. Gmach ostrzelano ze wszystkich stron. Było wielu zabitych i rannych. Po pierwszym ataku od strony parku Belwederskiego powstańcy ruszyli do szturmu od ulicy Marszałkowskiej i Kasyna Gry. Serce mi rosło, gdy słyszałem, jak nasi chłopcy dzielnie atakowali budynek gestapo, i zastanawiałem się nad zrządzeniem losu, który kazał mnie, Polakowi, siedzieć bezczynnie między wrogami, kiedy wrzała walka. W nocy przyjechały niemieckie czołgi, wezwane na pomoc przez radio. Nad ranem strzelanina nieco ucichła i wezwano wszystkich do sprzątania potłuczonego szkła, barykadowania okien i opatrywania rannych. Przybyły posiłki ukraińskie.

Walka trwała - a ja nie miałem możności ucieczki do swoich. W pierwszych dniach września 1944 powrócił Hiller, którego straciłem z oczu na początku powstania. Okazało się, że był między powstańcami - pokazywał z dumą opaskę i legitymację powstańczą. Prowokator ten przekazywał stale informacje z polskiej strony. Przedostał się na Pragę, stamtąd do Modlina i następnie samochodem niemieckim przybył znowu do gestapo.

Po raz ostatni widziałem go właśnie w Skierniewicach, dokąd nas ewakuowano. Był tam już większy rozgardiasz. Kiedy front ruszył i gestapo miało jechać dalej do Wrocławia, udało mi się zbiec i nareszcie wrócić do swoich. To wszystko, co mogę o sobie powiedzieć”.

Dodatkowe wyjaśnienia

Milewski był przesłuchiwany jeszcze kilkakrotnie. Potwierdził swe zeznania. Nie miał nic do wyjaśnienia. Sprawa była ciągle niejasna, brak było dowodów.

29 września 1945 Milewski został wprowadzony do pokoju prokuratora Pyrzakowskiego. Był jak zwykle zupełnie opanowany i pewny siebie.

- Doskonale się składa, że możemy się pana poradzić w pewnej sprawie i skorzystać z pańskiej znajomości stosunków w warszawskim gestapo - powiedział prokurator. - Niezawodnie jako szczery Polak pomoże nam pan rozwikłać pewną zagadkę. Udało nam się mianowicie schwytać niebezpieczną konfidentkę z alei Szucha. Aresztowano ją w Głownie. Oczywiście - na fałszywych papierach. Wiemy jednak, że naprawdę nazywa się Irena Czarnogórska. Czy to nazwisko nic panu nie mówi?

Prokurator patrzył uważnie: w jego oczach twarz siedzącego przed nim człowieka zmieniła się do niepoznania. Oczy nabrały wyrazu zmęczenia, cała postać przygarbiła się, jak gdyby nałożono jej na ramiona jakiś ciężar. Milczał przez chwilę, potem nieswoim głosem spytał:

- Co jej grozi?

Prokurator odpowiedział swobodnie:

- No, to co już dotąd wiemy, to starczy na dożywocie. Ale czemu pan jest taki przejęty? Może pan się źle czuje, może chce pan odpocząć?

Przesłuchiwany powstał z krzesła. Potrząsnął głową przecząco. Głośno i wyraźnie powiedział:

- Nie chcę odpocząć. Chcę złożyć dodatkowe wyjaśnienia. Chcę powiedzieć prawdę. Ja jestem Arnold Hiller...

„Kicia”

Niewiadomą X była Czarnogórska, czyli „Kicia”. Hiller, człowiek, który posłał na śmierć tyle ludzi, ją jedną darzył ludzkim uczuciem. Ponieważ rozdzielił ich wybuch powstania, odłączył się od konwoju gestapo w Skierniewicach. Wiedział, że jeżeli wyjedzie do Wrocławia, straci szansę odszukania jej. Tak się złożyło, iż pierwszą wiadomość o niej dostał od prokuratora. Groziło jej dożywotnie więzienie, a więc dla niego była już stracona. Nie miał już celu w życiu, nie miał po co wracać, nie miała sensu dalsza walka o wolność. To nie był lęk przed konfrontacją - „Kicia” była dość wytrawną konfidentką, aby się opanować na widok szefa, aby nie dać poznać, że zna Hillera. Były to po prostu zawiedzione nadzieje człowieka, który nie znal w życiu litości, ale myślał, że życie będzie ją miało dla niego. Niewiadoma X, podstawiona w jego sprawę, uczyniła ją jasną. Równanie się sprawdziło.

„Przekrój” 1-7 VIII 1948

Powrót do spisu treści