Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Warszawa wiedziała wcześniej

Pseudonim jej brzmiał „Anna”. Była szczupłą, wysoką, bardzo elegancką brunetką, studentką polonistyki w Warszawie. Przesiadywała całymi dniami po kawiarniach. Znajomi uważali ją za „istotę bezduszną", której nie obchodzi zupełnie rozgrywający się wokół dramat okupacyjnej rzeczywistości. Kobieta ta była ważnym ogniwem jednego z najniezwyklejszych zdarzeń końcowego okresu wojny. O tym niezwykłym zdarzeniu chcę tu opowiedzieć.

Podczas kampanii sycylijskiej 1943 roku 167 tysięcy Niemców i Włochów poległo bądź dostało się do niewoli, zestrzelono ponad 2000 samolotów Osi, zaś 1100 zdobyto na lotniskach. Jak oświadczono oficjalnie dnia 18 sierpnia 1943 roku, błyskawiczny przebieg tej kampanii zaskoczył nawet samych sprzymierzonych, których plany przewidywały podbój wyspy w ciągu 90 dni, kiedy w istocie oczyszczono ją już po 38 dniach walk. Nikt jednak nie wie, że preludium tej klęski niemieckiej rozegrało się w... Warszawie, na przełomie czerwca i lipca tegoż roku. Oto w jaki sposób polski Ruch Oporu przyczynił się walnie do sukcesu sprzymierzonych, ułatwiając im to uderzenie w „miękkie podbrzusze Europy”.

Termin „agent wywiadu” nie oddawałby w pełni charakteru działalności tych członków polskiego Ruchu Oporu, którzy podczas ubiegłej wojny zostali odkomenderowani do służby wywiadu przemysłowego, zbierającego informacje z terenu niemieckiego przemysłu zbrojeniowego. Byli to ludzie idei, którzy powodowani szczerym patriotyzmem, poszli na tę niebezpieczną i trudną służbę. Gdyby nie wojna wywołana niemiecką napaścią, pozostaliby szarymi, przeciętnymi obywatelami, dalekimi od codziennego igrania ze śmiercią - ich działalność wywiadowcza była tylko odpowiedzią sumienia na tragedię okupacji.

Jednym z tych bezimiennych wywiadowców była „Anna”. Udział swój w niezwykłym zdarzeniu, o którym będzie mowa, zawdzięcza nawiązaniu kontaktu z pewnym człowiekiem, który w sieci wywiadowczej nosił pseudonim „Architekt”. 

„O. T.”

Z zawodu był inżynierem budowniczym, obdarzony błyskotliwą inteligencją i biegłą znajomością języków - między innymi i niemieckiego. Z pochodzenia był Żydem i - orientując się od pierwszych dni terroru w dalszych perspektywach okupacji - postanowił zagrać va banque. Udało mu się uzyskać świetnie podrobione dokumenty, które umożliwiły mu podpisanie... niemieckiej volkslisty. Od tej chwili kariera jego „w służbie niemieckiej ojczyzny” miała przebieg niezwykle pomyślny dla... sprawy polskiego wywiadu. Zapisał się do NSDAP i gorąco gardłował na zebraniach partyjnych, wyróżniając się na tle spędzanych przy tej okazji amatorów kartek żywnościowych od Meinla swą znajomością niemieckiego. Ta gorliwość wespół z gruntowną wiedzą techniczną sprawiły, że dostał się do „O. T.” i począł się szybko piąć w górę po szczeblach tej organizacji. Jak wiadomo, skrót ten oznacza „Organisation Todt”, wykonującą ważne roboty fortyfikacyjne, drogowe czy z dziedziny łączności na froncie lub jego zapleczu.

Przez cały czas swej służby „Architekt" pozostawał przez „Annę” w kontakcie z wywiadem przemysłowym, po odkomenderowaniu zaś przez Niemców na tyły frontu wschodniego został włączony w sieć pracujących tam polskich agentów. Zespól tych ludzi zbierał niezwykle cenne informacje, przekazywane okrężnymi drogami Armii Czerwonej walczącej po drugiej stronie olbrzymiego frontu. Przyjeżdżając często z niemieckiego polecenia do Warszawy, „Architekt” przekazywał przez „Annę" zdobywane informacje dotyczące nadzorowanych przez siebie frontowych robót Wehrmachtu, zwłaszcza budowy lotnisk.

Miarą zaufania, jakie zaskarbił sobie u swych niemieckich przełożonych, był fakt, że jesienią 1942 roku przeniesiono go rozkazem służbowym na Sycylię. Niemiecki Korpus Afrykański kończył wtedy swój żywot na piaskach Libii i Tunezji; było jasne dla każdego, że Włochy będą następnym celem uderzenia Sprzymierzonych.

Granica leżała na Brennerze

Rozkazu wyjazdu nie można było zmienić. Dezercja z „O. T.” przekreśliłaby na zawsze użyteczność „Architekta” dla wywiadu. W tym stanie rzeczy jego polscy przełożeni postanowili zrezygnować - przynajmniej przejściowo - z jego usług. Polski wywiad przemysłowy, kierowany z Warszawy, obejmował swym zasięgiem olbrzymie tereny leżące między frontem wschodnim a granicą francusko-niemiecką z roku 1939, z tym jednak, że na północy granicą działalności był Bałtyk, na południu - Brenner. Poza ten teren czyniono tylko sporadyczne wypady i nie było tam już sieci łączności.

Młody, towarzyski i wesoły inżynier stał się po kilku tygodniach mile widzianym gościem w kasynach oficerskich niemieckich garnizonów, stacjonujących w zapadłych sycylijskich mieścinach. Po wykonaniu kilku mniejszych umocnień nadbrzeżnych „Architekt” został odkomenderowany do tak zwanego „sztabu O. T.”, znajdującego się w Taorminie, przy Kwaterze Głównodowodzącego na Sycylii. Zaprzyjaźnił się tam z dwoma młodszymi oficerami sztabowymi. Jeden z nich był pogodnym i beztroskim Austriakiem, noszącym szumne nazwisko von Mühlsberg po jakiejś wiosce w Karyntii, którą jego przodkowie przepili jeszcze w XVIII wieku. Wojny nie miłował specjalnie, ponieważ przerwała mu studia architektoniczne i wyrwała z zacisznego mieszkanka przy Kaertnerstrasse, rzucając go w szeregi niesympatycznych Prusaków. Drugi, „po prostu Müller”, pochodził z Essen, gdzie w życiu cywilnym piastował szanowany urząd mierniczego. Obaj odznaczali się zamiłowaniem do uciech tego świata, a już specjalnie do wina, które ludność miejscowa dostarczała ochoczo zaprzyjaźnionej armii, zwłaszcza kiedy ją do tego nakłamano metodami wypróbowanymi w Generalnej Guberni.

U schyłku czerwca 1943 roku „Architekt” otrzymał polecenie wyjazdu do Wiednia celem omówienia szczegółów pewnych dostaw technicznych dla frontu. Jego dowódca oświadczył mu przy tym, że jeżeli w Wiedniu szybko wywiąże się ze swych zadań, to będzie mógł wykroić ze służbowego wyjazdu jakieś dwa - trzy dni i odwiedzić rodzinne strony w Generalnej Guberni. Rozkaz wyjazdu nosił datę rozpoczęcia podróży - 27 czerwca. W przeddzień wieczorem „Architekt” umówił się ze swymi przyjaciółmi na wielką zabawę, organizowaną w taormińskim kasynie. Gwoździem tej imprezy miał być zespól frontowy sprowadzony aż z Monachium dla pokrzepienia ducha żołnierzy, których nękały już po nocach nieprzyjacielskie samoloty i czekała ciężka walka z wrogiem pragnącym wtargnąć do Europy.

Rozkaz jest rozkazem

Kiedy o umówionej porze żaden z panów nie przybył w umówione miejsce, „Architekt" domyślił się, że mogły ich zatrzymać tylko jakieś niespodziewane zajęcia służbowe. Chcąc pocieszyć nieobecnych, zaopatrzył się w dwie butelki „Chianti” i służbowym mercedesem pojechał do gmachu sztabu. Z łatwością przedostał się przez warty strzegące tego punktu i dobrnął do pokoju, gdzie, przy oknach zasłoniętych z obawy przed nalotami, w dusznej atmosferze upalnej sycylijskiej nocy obaj jego znajomi ślęczeli nad jakimiś papierami. Wściekli na cały świat, oświadczyli przybyłemu, że dowódca kazał im wykonać terminową pracę, przed której zakończeniem nie może być mowy o żadnej eskapadzie. Oblicza rozjaśniły im się nieco, kiedy inżynier wydobył ze swej teczki oplecione rafią butelki, kiedy zaś puste szkło zadźwięczało w koszu, byli już nastrojeni znacznie pogodniej i zastanawiali się nad wyjściem z sytuacji, które by im pozwoliło na oglądanie bujnych kształtów bawarskich aktorek. „Architekt”, szukający kompanów do pożegnalnego wieczoru, dobrodusznie zaofiarował swą pomoc w dokończeniu wyznaczonej pracy. Obaj oficerowie nie chcieli początkowo nawet o tym słyszeć, powtarzając ustawicznie, że jest to ściśle tajne. To znowu zaciekawiło tak inżyniera, że obrazowo przedstawił im pokusy zabawy - kto wie, może ostatniej przed wielkim bojem? Ulegli w końcu tłumacząc się przed swym niemieckim sumieniem, że przecież ten, który ofiarował się z pomocą, ma dostęp do nie mniej ważnych tajemnic wojskowych. Wyciągnęli pochowane papiery i pokazali swą pracę: na zwyczajne mapy sztabowe przenosili z jednej karty, należącej do samego głównodowodzącego, tak zwany „O.D.B.”, czyli „Ordre de Bataille”. Był to - mówiąc językiem cywilnym - najdokładniejszy wykaz przedstawiający rozmieszczenie sił lądowych i lotniczych Osi na Sycylii po dokonanych ostatnio przegrupowaniach.

Przenoszenie tych danych na mapy sztabowe było zajęciem łatwym dla fachowca. Zasiadł przy osobnym stole, wziął ze sobą plik map - „to nadwyżka na wypadek, gdybym coś przegapił” - i żwawo pomagał zapracowanym kolegom. Tak żwawo, że w rekordowym czasie uwolnił ich nie tylko od troski, ale nawet od jednej mapy, którą opracował i ukradkiem schował do swej teczki. Jakąś inną surową mapę rozmyślnie podarł i z szumem - jako nieudaną - wrzucił do kosza, zamykanego na kłódkę w obawie przed szpiegami.

Podróż z przeszkodami

Siedząc przy stoliku w kasynie i słuchając łzawej piosenki o Liii Marlen, „Architekt” rozważał problemy, jakie stawiało przed nim zdobycie tak ważnego dokumentu. Poczuł się zupełnie osamotniony w tym skupisku wrogów. Za morzem, na afrykańskim lądzie byli ci, dla których ukradziony przezeń dokument miał bezcenną wartość. Pozostawało pytanie - jak im go doręczyć? Los zdawał się sam wskazywać mu drogę: miał w kieszeni rozkaz wyjazdu.

Wyjechał o świcie wojskowym pociągiem na północ. Czuł już nad sobą oddech frontu i nadciągającej zawieruchy. Dworzec, z którego pociąg przetoczono na prom dla przeprawy przez cieśninę, płonął jeszcze po ostatnim nalocie. Pod Paola cały transport stanął w polu, gdyż nad torem ukazały się „Maraudery" plujące ogniem na kolumny samochodowe na pobliskiej szosie. Dopiero później udało mu się dostać na pokład transportowca „Ju 52”, lecącego do Wiednia. W mieście tym nie załatwiał żadnych zleconych mu spraw, uzyskał tylko konieczny stempel na dokumentach i odjechał pośpiesznym pociągiem do Polski. Jak przez ironię i na tym fragmencie drogi powstrzymywało szybkość jego podróży ramię walczących z najeźdźcą nieświadomych jego sprawy ludzi: sabotaż na linii zatrzymał D-Zug przez kilkanaście godzin na małej stacyjce.

Do Warszawy przybył wreszcie o świcie dnia 30 czerwca. Był to upalny i słoneczny dzień. Zajechał do „Bristolu”, ogolił się, wykąpał i wyruszył na miasto w poszukiwaniu „Anny”. Tam, gdzie o tej porze można ją było zwykle zastać, nie znalazł jej; zadrżał na myśl, że jego jedyny kontakt przebywać może poza Warszawą, co znowu zniweczyłoby cały jego trud i starania. Chodził zrezygnowany po ulicach, kiedy - zupełnie przypadkowo - dostrzegł „Annę” przy jednym z wystawionych na ulicę stolików „Café Marlene” w Alejach Jerozolimskich. Publiczność patrzała ze zgorszeniem, jak do młodej kobiety, mówiącej jeszcze przed chwilą po polsku, podszedł szwab w ziemistym mundurze i odwołał ją na bok, pozdrowiwszy uprzednio wyciągniętą ręką. Po chwili rozmowy młoda kobieta pożegnała się ze swym towarzyszem i opuściła lokal ze swym niemieckim przyjacielem.

Właściwe ręce

„Anna” przyjęła rewelacje „Architekta” bez specjalnego entuzjazmu. Przede wszystkim wpajano w nią brak zaufania dla każdego, z kim nie miała stałego kontaktu. Następnie nie doceniała wagi zdobytego dokumentu. Udała się jednak natychmiast do pewnego domu przy ulicy Puławskiej, gdzie w oficynie na pierwszym piętrze mieścił się jej punkt kontaktowy. Nie zastała tam akurat nikogo ze swych przełożonych, przechowała więc dokument przez całą noc u siebie i nazajutrz, dnia 1 lipca, odniosła go ponownie. Jej bezpośredni zwierzchnik zorientował się w lot, z czym ma do czynienia, i oddał bezzwłocznie „O. D. B.” specjaliście, który w ciągu kilku godzin opisał fachowo całą mapę, streszczając jej dane na kilkunastu stronach maszynopisu. Sprawozdanie to zaraz zaszyfrowano i nad ranem dnia następnego tajna krótkofalówka przekazała pełny tekst za granicę.

Skutek

W pokoikach przy ulicy Puławskiej oczekiwano teraz z niepokojem dalszego rozwoju wypadków, który miał wykazać, czy „O. D. B.” był bezcennym dokumentem, czy też tylko bezwartościowym świstkiem papieru. Dokładnie w dziewięć dni po przekazaniu sprawozdania „Liberatory” dokonały ciężkiego nalotu na niemiecką Kwaterę Główną w Taorminie, równając ją z ziemią. W kilka godzin później „Mustangi” dokonały stu nalotów na lotniska Osi, koncentracje wojsk i wielką bazę w Castelvetrano. Baza ta, podobnie jak i pozostałe atakowane obiekty, była wyszczególniona w przesłanym za granicę raporcie jako specjalnie ważna. W ten sposób sparaliżowano w ciągu kilku godzin myśliwce Osi, umożliwiając rozpostarcie alianckiego „parasola powietrznego” nad Sycylią.

Tego samego dnia - w piątek 9 lipca - o godzinie 2.15 nad wyspą opuściły się szybowce, wysadzając desant lotniczy. O godzinie 23.25 do oddziałów tych dołączyli się spadochroniarze, którzy otoczyli wysunięte placówki Osi i przerwali jej szlaki komunikacyjne. Tuż przed świtem następnego dnia morskie formacje desantowe wylądowały na froncie 160 kilometrów, omijając zręcznie i pewnie nieprzyjacielskie punkty oporu. Ta właśnie pewność, z jaką poruszano się na Sycylii między zaznaczonymi w raporcie przeszkodami, przekonała ostatecznie placówkę w Warszawie, że praca jej nie poszła na marne. Śledzono tam uważnie przebieg kampanii i kiedy doniesienia radiowe podawały, że na plażach sycylijskich ruch samochodów alianckich jest tak silny, jak przed wejściem na rozgrywki Ligi Piłki Nożnej”, to współautorzy przekazania dokumentu przypisywali i sobie część tej sławy. Ostatecznie okazało się, że sprzymierzeni obeszli od tyłu wymienione w raporcie umocnienia nieprzyjacielskie z bardzo niewielkimi własnymi stratami. Wiadomości z frontu wskazywały jasno na to, że lądujące wojska posuwają się „na pewniaka”, jak gdyby na znanym sobie dobrze terenie, jak gdyby posiadały jakiś klucz do tajemnicy wojskowej Osi...

Ciąg dalszy na Sycylii? Niemcy postanowili co prawda walczyć do ostatniego... Włocha, ale i tak po 38 dniach walki wyspa ta - próg południowej Europy, zmieniła gospodarza. Ciąg dalszy w Warszawie? Wszyscy, którzy zasłużyli się przy zdobyciu i przekazaniu „O. D. B.”, otrzymali oficjalne potwierdzenie prawidłowości i wagi tego dokumentu - wysokie odznaczenia wojskowe. „Architektowi” nie sprzyjało już jednak nadal szczęście - w nie wyjaśnionych do dziś okolicznościach został przez Niemców aresztowany i stracony. „Anna" zaginęła w wirze powstania warszawskiego.

„Przekrój” 4 - 10 IV 1948

Powrót do spisu treści