Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Bóg dywersji

Kiedy ochotnicy polscy walczyli w Hiszpanii, przebywał tam także pewien Rosjanin, nazwiskiem Ilja Grigoriewicz Starinow. Trzeba zresztą wspomnieć, że tylko bardzo ograniczona ilość osób znała prawdziwe nazwisko tego chłopca z orłowskiej guberni. Wielu bojownikom w Hiszpanii znany był pod pseudonimem „Zero”, a tam też właśnie, w Hiszpanii, zyskał sobie jeszcze przezwisko, które łączy się z jego imieniem aż po dzień dzisiejszy: „bóg dywersji”.

Specjalizacja ta naturalnie wyrabia szczególną umysłowość, nie sprzyja rozmowności. Długo, bardzo długo szukaliśmy rozsianych po szerokim świecie bohaterów naszej opowieści - ale najtrudniej było odnaleźć właśnie Ilję Grigoriewicza Starinowa. W ciągu zaledwie kilkunastu miesięcy trzykrotnie zjawialiśmy się w Moskwie. Węszyliśmy trop, ale bardzo trudno jest odnaleźć ludzi, którzy w relacjach towarzyszy broni przetrwali tylko pod pseudonimami lub imionami. I chyba nigdy nie uda nam się odnaleźć radiotelegrafistów „Iwana” czy „Siemiona”, którzy wraz z Polakami zeskoczyli w mroki okupacyjnej nocy nad Polską, czy wielu innych Rosjan zżytych z naszymi spadochroniarzami w tych latach wspólnej walki w „wojnie podstępów”.

Odwiedziliśmy polskiego attache wojskowego, urzędującego w pięknym pałacu, który niegdyś był własnością księcia Jusupowa, zabójcy słynnego Rasputina. W pałacu tym, gdzie mieści się obecnie Ambasada Polska, ówczesny attaché wojskowy, pułkownik Kowalski, był pełen dobrej woli wspomożenia nas w naszej pracy.

Pałacyk „osobniak” przy ulicy Frunzego. Tam kiedyś urzędował pierwszy w dziejach komisarz ludowy do Spraw Wojskowych i Marynarki Wojennej Rosyjskiej Republiki Radzieckiej. Teraz drzwi otwiera inwalida wojenny, pełniący obowiązki woźnego. Wstążeczki orderowe na jego piersi świadczą, że miał za sobą niegdyś dni pełne chwały. Prosi interesantów z Polski, aby chwilę zaczekali. Tu mieści się wydział zagraniczny Sztabu Generalnego Armii Radzieckiej.
Trochę później zasiadamy za stołem konferencyjnym. Nasi radzieccy gospodarze bardzo chcieliby nam dopomóc, ale sprawa wcale nie jest prosta. „Batalion Szturmowy”? No tak, pod tym kryptonimem zaszyfrowane było kilkadziesiąt jednostek. Charakter i specjalne zadania tych jednostek każą raczej przypuszczać, że archiwum ich nie jest jeszcze udostępnione naukowcom i pisarzom. Konieczna jest zwłoka, aby odszukać jakieś dane. Pełni nadziei wychodzimy na ulicę pogrążającą się już w szarzyźnie wczesnego, mroźnego zimowego wieczora.

Lato 1958. Znowu wizyta w pałacyku przy ulicy Frunzego. Potem jazda pociągiem elektrycznym na południe. Razem z tłumaczem i sympatykiem polskich pisarzy i dziennikarzy Józefem Osipowiczem Niemczyńskim - też zresztą emerytowanym oficerem - kupujemy sobie lody od przekupnia w pociągu. Szybko pędzimy ku człowiekowi, który wiele wie o interesujących nas sprawach. Znajdziemy go czy nie znajdziemy?

Blisko godzinę szukamy ulicy Zielonej. W osadzie są aż trzy ulice Zielone. Obchodzimy więc wszystkie trzy, pomni faktu, że kolor zielony jest kolorem nadziei. Wszystkie trzy ulice Zielone są do tego jeszcze spowite soczystą zielenią, przysłaniającą numerację domów.

- Przepraszam, czy tu mieszka Ilja Grigoriewicz Starinow?

Anna Korniłowna Starinowa, wysoka, postawna blondynka, odpowiada: „Nie, niestety, męża nie ma w domu”. Przed bardzo rosyjską, drewnianą daczą jest niewielki ogródek nęcący miłym chłodem. Pani domu zaprasza na truskawki, ale nie możemy czekać na ulicy Zielonej, czas nam w drogę, może innym razem dopisze nam szczęście.

Styczeń 1959 roku. Na biurku w warszawskiej redakcji dzwoni telefon: „Moskwa prosi do aparatu pana...” W kilka dni później, już w Moskwie, jedziemy wczesnym popołudniem do dużego nowoczesnego domu w dzielnicy Pola Październikowe, wsławionej w historii ponurą masakrą podczas koronacji ostatniego cara.

Mieszkanie jest niewielkie i skromnie urządzone. Ilja Grigoriewicz Starinow przechodził właśnie rekonwalescencję po grypie azjatyckiej, nie szczędzącej - jak widać - nawet „bogów dywersji”. Jest to szpakowaty już mocno (rocznik 1900) mężczyzna, nie posiadający „specjalnych znaków szczególnych”. Truskawki, których dane nam było skosztować przed kilku miesiącami, zjawiły się jednak aż tu, w moskiewskim mieszkaniu, w postaci soku dodawanego do zimnej wody. Poza wodą z sokiem były również i mocniejsze napoje oraz różne ryby, znane nam dotąd tylko z opowiadań.

Po zdawkowej rozmowie wstępnej Józef Osipowicz Niemczyński wyjawił cel naszego przybycia. Ilja Grigoriewicz Starinow zdziwił się bardzo, że ktoś może w ogóle interesować się jego życiem. „Cóż w tym ciekawego?” - zapytał. Po czym rozmawialiśmy blisko sześć godzin.

Pułkownik Starinow był jeszcze osłabiony po chorobie i Anna Korniłowna dala nam wreszcie do zrozumienia, że nie należy nadużywać gościnności. Zmęczony rolą tłumacza Niemczyński, ocierając pot z czoła, zapytał nas, gdyśmy opuszczali razem naszego rozmówcę, czy trud się opłacił, czy warto było lecieć z Warszawy tylko po to, aby porozmawiać z człowiekiem, który cale życie poświęcił specjalizacji w tak dziwnym zawodzie, jakim jest dywersja. Odrzekliśmy tylko: „Nie nam, drogi przyjacielu, o tym decydować. Czytelnicy wypowiedzą się sami, czy to coś interesującego, czy też nie...”

Rocznik 1900, Ilja Grigoriewicz Starinow - znany wśród walczących w Hiszpanii Polaków pod pseudonimem „Zero” albo pod przydomkiem „boh diwiersji” - prosto ze wsi w orłowskiej guberni ruszył jako ochotnik przeciwko Denikinowi i Wranglowi. Piechur Starinow został podczas walk na Kaukazie ciężko ranny, i to akurat w nogę. Czy można być dobrym piechurem z trwałą kontuzją nogi? Starinow po wyzdrowieniu zostaje przydzielony do Samodzielnego Batalionu Inżynieryjnego nr 9. Przeszedł odpowiednie przeszkolenie i ostatnie dni wojny domowej zastały go już przy pracy nad montażem urządzeń wybuchowych.

Koniec wojny domowej nie oznaczał jeszcze dla młodej republiki całkowitego pokoju. Na każdej granicy czaiło się niebezpieczeństwo.

Starinow spędza teraz całe dni na nauce. Wreszcie zostaje szefem oddziału minierskiego 4 pułku kolejowego. I tak spotkali się po raz pierwszy: Starinow i miny. Czy nie słyszeliście nigdy o „minie Starinowa”? Wspominają o niej wszystkie poważne podręczniki świata, włącznie z hitlerowskimi. Widać od razu, że podręczniki minierskie nie zaliczają się do waszej ulubionej lektury. Czy nie spotkaliście się nigdy z miną Starinowa? Nie - to bardzo dobrze. Takie spotkania nie wyszły nikomu na zdrowie.

W każdym razie w roku 1928 młody komandir Czerwonej Armii - Starinow (stopnie oficerskie jeszcze wtedy nie istniały) zjawił się na zjeździe partyzantów uczestników wojny domowej. W przerwach obrad zjazdu młody komandir asystował szczególnie dwóm bardzo zasłużonym partyzantom. Jeden z nich zwał się Konstanty Szynkarienko i wyróżnił się szczególnie w walkach w Besarabii. Ów rewolucjonista, zmarły w 1958 roku, szczycił się tym, że był w pierwszej setce odznaczonych orderem „Czerwonego Sztandaru”. Innym działaczem z czasów wojny domowej, którego Starinow chętnie wyciągał na pogawędki, był Mikołaj Wasiliewicz Śliwa, dwukrotnie odznaczony „Czerwonym Sztandarem”.

„Gdy jeden markiz spotyka drugiego markiza, to o czym sobie gwarzą? Oczywiście opowiadają sobie historyjki o markizach!” - śpiewa się w starej francuskiej piosence. Gdy jeden minier spotyka dwóch starych minierów, to o czym sobie gwarzą? Oczywiście opowiadają sobie historyjki o minach.

Starinow dowiaduje się, że owszem, jeszcze w okresie wojny domowej komuniści posługiwali się minami. Były to jednak działania na małą skalę, technika wykonania zaś była raczej amatorska, bez żadnej podstawy naukowej. Rzekł mu Mikołaj Wasiliewicz: „Młody człowieku, dwie godziny trzeba było mieć, aby wysadzić pociąg w powietrze! Dwie godziny zupełnego spokoju - kto sobie na froncie może na to pozwolić? Min było mało, a skutki ich działania - też były małe. A zresztą tak były marnie maskowane, że maszynista musiał być albo krótkowidzem, albo pijany, aby ich nie dostrzec i w porę nie zahamować parowozu... I »jesli zawtra wojna« - to technika minowania musi być zupełnie zmieniona...”

Wracając na swą kwaterę, młody minier miał głowę zaprzątniętą nie tyle tym, co słyszał o chlubnej przeszłości, ile tym, co dały mu do myślenia słowa starych specjalistów o przyszłej wojnie. Czy uda się sporządzić minę zupełnie bezpieczną dla obsługi? Czy będzie to mina trudna do wykrycia? Czy uda się zbudować taką minę, której wróg nie potrafi unieszkodliwić nawet wtedy, kiedy ją wykryje?

Pytania te czekały na odpowiedź. Nie można jej było szukać w gotowych formułach zawartych w klasycznych dziełach sztuki wojennej. Szykowała się „wojna podstępów”. Ten był lepszy, kto działał sprytniej i... szybciej! Jeżeli mawia się, że minier myli się tylko jeden raz, to przecież było dla każdego jasne, że w wojnie przyszłości cena, jaką by musiała zapłacić każda ze stron za pomyłki swych minierów, byłaby znacznie wyższa niż tylko cena życia pojedynczego człowieka.

Gotowych formułek działania nie było. Starinow zdawał sobie sprawę, że w „wojnie podstępów” nie mają one zastosowania. I być może, znane mu było wystąpienie francuskiego generała Bugeaud, który - gdy w roku 1841 objął w Algierii dowództwo nad wojskami mającymi stłumić powstanie Abdel-el-Kadera - rozpoczął przemówienie do oficerów, pozostających pod jego rozkazami, słowami: „Musicie wiele zapomnieć...”

Rozmawiając ze Starinowem, zwróciliśmy uwagę na jego zoraną bliznami dłoń. Widać było od razu, że w przeciwieństwie do niektórych bóstw świata antycznego współcześni bogowie nie są nietykalni, szczególnie jeżeli ich boskość dotyczy dywersji. Pułkownik Starinow spojrzał na swą dłoń i wyjaśnił krótko: „Ach, to mnie tak urządziła fińska kukułka...”

W 1942 r. Starinow zostaje przydzielony do powstającej właśnie specjalnej polskiej jednostki, mającej przerzucać na tyły wroga wywiadowców i dywersantów.

Starinow zajmuje się szkoleniem dywersantów i planowaniem zrzutów grup dywersyjnych. Jego koncepcja zrzutu: „Grupa desantowa musi być zrzucona jak najdalej od koncentracji wroga. Spadochroniarz w powietrzu i tuż po wylądowaniu jest bezbronną istotą. Lepiej, aby przeszedł nawet kilkadziesiąt kilometrów od miejsca zrzutu do terenu akcji, niżby się miał natknąć natychmiast po wylądowaniu na wroga. Takie były nasze doświadczenia z walk na Kaukazie i na Krymie”.

Inna mądrość speca dywersji: skoczkowie muszą mieć mundury swojej armii. Mogą je czasami zmieniać na ubrania cywilne, ale nie powinni rozstawać się ze swymi mundurami, jak długo tylko jest to możliwe. Dlaczego? Starinow tłumaczy, że zwłaszcza w środowisku wiejskim każdy obcy dekonspiruje się łatwo. Zachowanie, szczegóły ubioru. Starinow wspomina, że jeszcze w okresie wojny domowej, gdy sam miał 19 lat i dostał się do kotła w kurskiej guberni, przebrał się w ubranie cywilne. I jego, rodowitego chłopa, zaczepiła na drodze chłopka, ostrzegając, aby uważał, gdyż gdzieś dalej działają „biali” żandarmi. „Cały dzień przesiedziałem wtedy w ziemiankach” - mówi Starinow. Uważa, że „człowiek w mundurze” cieszy się na wsi zawsze pewnym mirem, występuje z podniesioną przyłbicą. Jako przykład na poparcie swej tezy cytuje przygody grupy Tiszenki, która w mundurach radzieckich zrzucona na Węgrzech przeszła przez Rumunię 700 kilometrów wśród wrogich wojsk. „Utyli nawet, gdyż wciąż ich goszczono” - mówi „boh diwiersji”.

Jak ocenia swych przeciwników? „Jestem zdumiony ich tępotą; zupełnie zaniedbali tę ważną gałąź sztuki wojennej, Jaką jest stosowanie min. A przecież oni jeszcze w I wojnie światowej stosowali miny z opóźnionym zapłonem. Nie nauczyła ich ani wojna w Hiszpanii, ani kampania fińska. Po wyzwoleniu Charkowa kazano nam szukać niemieckich min. Nic nie znaleźliśmy, bo... ich nie było. Prowadzono dochodzenia, przesłuchiwano jeńców. Okazało się, że Niemcy tak bardzo liczyli na wojnę błyskawiczną, iż nie postarali się nawet o skopiowanie wzorów radzieckich”.

- Czy znaczy to, że miny są bronią słabych?

- Wcale nie! Najwięcej min stosowaliśmy podczas ofensywy...

- ???

- To proste. Aby iść naprzód, trzeba skoncentrować znaczne siły na małym stosunkowo odcinku. Inne odcinki frontu muszą przeto być osłabione, a więc najlepiej zabezpieczyć je przed atakiem wroga właśnie minami. Ogromne ilości min zastosowaliśmy podczas walk nad jeziorem Balaton na Węgrzech w roku 1944. I dlatego właśnie jestem zdania, że Niemcy popełnili poważny błąd zaniedbując szkolenia minierów, nawet kiedy liczyli na szybkie postępy. Był to błąd w obliczeniach dowództwa; przecież Niemcy mieli doskonały przemysł i techników zdolnych do sporządzenia najbardziej skomplikowanych min.

- Gdzie zastał was koniec wojny?

- W Berlinie. Byłem przydzielony do sztabu generała dywizji G. Kondratiewa i wykonywałem specjalne zadania.

- Jakie?

- Nie odpowiem na to pytanie. Jeszcze herbaty?

Starinow mówi, że w Berlinie widział się po raz ostatni z generałem Świerczewskim, którego znał jeszcze w Hiszpanii. „Walter” zaprosił wtedy „Zero” aby przyjechał do Polski... I tak los chciał, że kiedy Starinow był gotów do wyjazdu, aby odwiedzić starego przyjaciela, kule ukraińskich faszystów dosięgły polskiego generała.

- Pułkowniku, mieliście tyle niebezpiecznych przygód w życiu, tyle razy stawaliście oko w oko ze śmiercią. Czy gdyby można było cofnąć wskazówki zegara i gdyby można było raz jeszcze żyć - czy wybralibyście tę samą drogę?

- Oczywiście. Sądzę, że 99% ludzi umiera we własnym łóżku, a mimo to co wieczór idziemy spać właśnie do łóżek. I najważniejsze jest jednak to, w imię czego człowiek się narażał. Ja nie żałuję.

- A co sądzicie o Polakach, z którymi mieliście do czynienia? Jak oceniacie ich przydatność do działań dywersyjnych?

- Wyrażę tu mój pogląd osobisty. Polak jest entuzjastą, łatwo się zapala, jest wytrzymały, szybko się orientuje. Myślę - wbrew poglądom innych - że Polak jest bardzo zdyscyplinowany, jeżeli tylko jest przekonany o słuszności otrzymanego rozkazu. Ujemnie oceniam natomiast nadmierną dumę narodową i przesadne poczucie godności osobistej.

- Pułkowniku, a czym zajmujecie się najchętniej, gdy macie czas wolny?

- Dla mnie najlepszą formą wypoczynku jest praca fizyczna. Gdy mam tylko czas, w zimie sprzątam śnieg. W lecie natomiast najchętniej zbieram grzyby. Ale nigdy ich nie jem...
„Boh diwiersji” żegna się uprzejmie.

Fragment z książki Lucjana Wolanowskiego i Henryka Kawki Żywe Srebro.

Z płk. Starinowem rozmawiał Lucjan Wolanowski. 

Powrót do spisu treści