Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Elegia dla wieloryba

Majowe dzieci

Okolica miasta Albany, w stanie Zachodnia Australia, słynie pszenicą, owocami i ziemniakami. Ponad półtora wieku minęło od dnia, kiedy imć pan kapitan George Vancouver zawinął tu i korzystał z dogodnych naturalnych portów. Tu zaopatrywały się niegdyś w węgiel szybkie statki pocztowe łączące Australię z Wyspami Brytyjskimi, teraz przez port przechodzą ładunki mrożonego mięsa jagnięcego, wysyła się stąd także szlachetne odmiany drewna. W promieniu pól setki kilometrów od Albany uczeni botanicy naliczyli aż trzy i pół tysiąca dziko rosnących pięknych kwiatów.

Takie jest oblicze tych stron dla nas, ludzi. Jeżeli jednak w mrocznych głębiach oceanu wieloryby wyznają jaką religię, to jestem głęboko przekonany, że właśnie w Albany mieści się wielorybie piekło. Tuż pod miastem, w zatoce Frenchman, dymią wielkie kotły. To smażą się potężne cielska największych ssaków naszej planety.

Nie, nie mówmy o grzesznikach. Wydaje się, że głównym przewinieniem wieloryba jest fakt ustalony przez innego ssaka zwanego człowiekiem. Otóż woda morska zawiera rozpuszczone sole mineralne, które są pożywką dla niewidzialnych gołym okiem miniaturowych roślin, na których z kolei żerują małe żyjątka. Te małe zjadane są przez nie- co większe, potem te większe są żerem dla różnych krewetek i tak dalej, i tak dalej, aż dojdzie do wieloryba. Wtedy nadchodzi człowiek, który zabija wieloryba, a z jego tłuszczu uzyskuje glicerynę. Ta w połączeniu z innymi substancjami tworzy materiały wybuchowe, które zmyślny człowiek używa do rozsadzania skał, „strzelania” węgla w kopalniach bądź zabijania innych ludzi. Dawniej z tłuszczu tego sporządzano też świece, płonące na chwałę zarówno w kapliczkach przydrożnych, jak i przed ołtarzami katedr o strzelistych wieżach. Tłuszcz wytopiony z kolosa morskich otchłani oświetlał domostwa, zanim zaczęto do tego celu używać lamp naftowych. Z porządnego wieloryba uzyskuje się surowiec do produkcji ćwierć miliona kawałków mydła, inne składniki wielorybiej anatomii wspomagały anatomię samic człowieka, modelując na „paryską figurkę” upięte na nich tkaniny. To wszystko i jeszcze wiele ponad to opowiadał mi Johan Diserud, kiedy rozmawialiśmy na pokładzie statku-bazy Kosmos IV w Sandefjord, w południowej Norwegii. Johan Diserud zna te sprawy, od 1920 roku wypływa na łowy na wieloryby w rejonie bieguna południowego.

Sandefjord żyje z tego, że umierają wieloryby. Stamtąd ruszają norweskie floty wielorybnicze. Wypływają w październiku, wracają zawsze w maju. Całe miasto czeka wtedy w porcie, aby powitać wielorybników, tych najlepszych z najlepszych. Jak to zwyczajnie w maju, kwitną wtedy bzy i Jak to zwyczajnie po długiej rozłące, mocniej biją serca jasnowłosych kobiet, których mężowie wracają z dalekiego rejsu. I dlatego właśnie w Sandefjord większość dzieci przychodzi na świat w lutym lub w marcu, wtedy właśnie przepełniona jest miejscowa klinika położnicza. Może to się teraz trochę zmieni, bo ostatnio Norwegowie zaczęli przerabiać statki-bazy na transportowce przewożące z Niemiec samochody marki „Volkswagen” do Stanów Zjednoczonych, takie rejsy są naturalnie znacznie krótsze. Wieloryby miały też trochę spokoju podczas wojny, kiedy to ludzie mordowali się zawzięcie między sobą i kiedy z 41 statków-przetwórni aż 28 poszło na dno...

Sanna z Nantucket

Jak Norwedzy z „Piaskowego Fiordu” polują na wieloryby, tak i ja od lat polowałem na frapujący temat: wielorybnictwo. Przed takim reportażem kurs wstępny przeszedłem u Kurta Seyerstedta, właśnie w Norwegii, ojczyźnie współczesnego wielorybnictwa.

W wielorybiej mitologii diabeł ma na pewno wizerunek Svenda Foyn, który w 1873 roku opracował metodę wystrzeliwania harpuna z działka. Następnym wykładowcą był Edouard A. Stackpole, kustosz muzeum wielorybnictwa w Mystic, w stanie Connecticut, w USA. Długie godziny ślęczałem nad oryginalnymi zapiskami wielorybników amerykańskich, którzy byli stałymi gośćmi u brzegów Australii. W Salem nie szukałem śladów procesów czarownic, ale chłonąłem opowieści o stalowych ludziach, którzy na drewnianych statkach ruszali na koniec świata w pogoni za wielkimi ssakami. W New Bedford, w stanie Massachusetts, widziałem jeszcze zachowane kotły z piekła wielorybów, do których niegdyś wrzucano kolosy poćwiartowane na wielgachne kawały, zwane fachowo „kartkami z biblii”. Wielorybnictwo bowiem ma własne słownictwo, wiele tam pobożnych aluzji. Właścicielami statków byli często bogobojni kwakrzy. Zachowały się instrukcje, jakie wydawali dla kapitanów:

„Mr. Starbuck, niech pan nie zapomina o modlitwie, proszę też dać baczenie, aby cieśla oszczędnie gospodarował klepkami. Ludzie, nie uprawiajcie zbędnego wielorybnictwa w dniu Pana, gdyby jednak trafiała się sposobność ku temu i w tym dniu, to polujcie także i w niedzielę, jako że inaczej wyglądałoby na to, że się gardzi darami bożymi…”

Wielebny Henry T. Cheever w swych notatkach, zatytułowanych Wieloryb i jego łowcy, także uskarża się, że załogi mordują wieloryby w niedzielę, ubolewa również nad plugawymi przekleństwami używanymi nagminnie przez wielorybników.

Oglądałem zachowany świetnie ostatni wielki statek wielorybniczy Charles W. Morgan, który przez 84 lata służył do łowów na wielkie ssaki, przeważnie na wodach australijskich. Przez ten cały czas brał udział w 37 wyprawach. To bardzo istotny szczegół, jeżeli się zważy, że miał 28 osób załogi ściśniętej w ciasnych pomieszczeniach statku. Amerykańscy właściciele w pierwszej połowie ubiegłego stulecia specjalnie dobierali załogi statków wielorybniczych tak, aby były możliwie najbardziej różnorodne. Liczono na to, że mniejsze są szansę zmowy i buntu taro, gdzie służą ludzie o różnym kolorze skóry i wywodzący się z odmiennych narodów. Wielu amerykańskich wielorybników po raz pierwszy oglądało własny statek, kiedy znajdował się na pełnym morzu, z dala od lądu. Budzili się wtedy w oparach alkoholu, którym spoili ich knajpiarze lub właściciele domów publicznych dorabiający sobie dostarczaniem marynarzy na lata wędrówki w pogoni za wielorybami.

Łącznie przez pokład statku przewinęło się tysiąc mężczyzn, którzy służyli kolejno jego właścicielom i mimo ich przemyślnej polityki personalnej Charles W. Morgan był widownią kilku buntów załogi. Poza tym został przez sztorm wyrzucony na brzeg, niemal rozbity podczas huraganu, a kilkakrotnie dosięgły go pioruny. Wspólnotę załogi kształtowało nie tylko niebezpieczeństwo, ale także zainteresowanie zyskami. Jak to się praktykuje w australijskim wielorybnictwie po dziś dzień, tak i wtedy każdy zabity ssak morski oznaczał premię dla wielorybników. Niewiele jest chyba zajęć, które by tak działały na wyobraźnię ludzką jak wielorybnictwo. Nie dojdę pewnie do przyczyn tego zjawiska, ale może pociąga nas element hazardu, jaki występował i w pewnym sensie nadal występuje w walce przeciw największemu stworzeniu świata.

W zaraniu wielorybnictwa wieloryby atakowano z małych, cedrowych łódek, spuszczanych na pełnym morzu ze statku. Wieloryb trafiony harpunem, ciskanym ręcznie, a więc z bliskiej odległości - szukający ucieczki holował za sobą łódź, co w żargonie wielorybników zwało się „sanną z Nantucket”.

Wieloryb czasem przechodzi do kontrataku. Tass doniósł 10 listopada 1965 roku, że wielki kaszalot, trafiony harpunem na północnym Pacyfiku, nagle zawrócił i całą siłą uderzył w burtę radzieckiego statku wielorybniczego Cyklon, który był bliski przewrócenia się do góry kilem.

Dawniej, kiedy statki wielorybnicze były drewnianymi łupinkami, ataki tego rodzaju kończyły się czasem tragicznie. W 1821 roku statek wielorybniczy Essex opuścił łodzie niedaleko wyspy Pitcairn, aby przystąpić do łowów, kiedy został dwukrotnie uderzony i rozbity przez wielkiego wieloryba. Załoga ruszyła w nieznane na łodziach bez zapasów, losami wskazywano marynarzy, którzy mieli być zjedzeni przez współtowarzyszy niedoli. Wreszcie pozostał przy życiu kapitan i jakiś chłopak. Dowódca statku, który ich wyratował, zanotował skrzętnie, że w kieszeniach obu rozbitków znaleziono ochłapy ludzkiego mięsa...

Jonasz z Lublina

Kiedy zaliczyłem studia teoretyczne, przyszła kolej na zajęcia praktyczne - rejs z australijską flotyllą wielorybniczą.

W Albany mieszka 250 polskich rodzin. Owego niedzielnego popołudnia byłem kibicem na meczu piłki nożnej, rozgrywanym przez miejscowy klub „Polonia”. Nie bardzo jednak pasjonowałem się skórzaną piłką kopaną na zielonej murawie; jeszcze tegoż wieczoru miałem stawić się na pokładzie statku wielorybniczego Cheynes III, aby wypłynąć na łowy.

Pan Wacław Koziniec, rodem z Lublina, jest teraz diabłem mieszającym w kotle w piekle wielorybów. Tuż przy brzegu leżą wzdęte zwłoki kaszalotów, ich lśniąca skóra poszarpana jest zazwyczaj w kilku miejscach, widać wyraźnie obnażone białe sadło. Zabity ssak atakowany jest przez rekiny wynurzające się z wody, aby straszliwymi zębami wdrążyć się w cielsko giganta, który nie może się już bronić.

Pan Koziniec jest współczesnym Jonaszem. Kiedy kolejna ofiara zostanie wciągnięta po pochylni do piekła, mechaniczną piłą otwiera kadłub wieloryba i wstępuje do jego wnętrza. Wyrzuca stamtąd wielkie ośmiornice, po które kaszalot zapuszcza się głęboko w krainę wiecznych mroków. Na betonową platformę wypadają nie strawione jeszcze potężne guzowate ramiona głowonogów. Ich papuzie dzioby walają się smętnie w promieniach słońca, świadectwo odwiecznego fatalizmu przyrody. Oto łowca staje się sam zwierzyną łowną. Zjadający zostaje sam zjedzony. Nie znaleziono jeszcze sposobu użytkowania zapachu wieloryba, poza tym przydaje się wszystko. I białe sadło i ciemne mięso przypominające wołowinę - wszystko idzie do kotła. Uzyskuje się mączkę kostną, z grubej skóry powstaje nawóz sztuczny z wysoką zawartością azotu, różne odpadki są surowcem do wyrobu paszy dla trzody chlewnej, olej nie oświetla już domostw, ale przydaje się do produkcji margaryny.

Wygląda więc na to, że w tym splocie wydarzeń „zjadaj lub będziesz zjedzony” - ostatecznym zwycięzcą jest zawsze człowiek. On to właśnie ogromne „dzwonka” kaszalota wrzuca w rozmieszczone tuż pod stopami spore otwory wiodące prosto do wielkiego kotła, tam gdzie wieczny ogień trawi ciała grzeszników w piekle wielorybów.

Ale to nie jest reguła. Oto Wacław Koziniec potknął się i zsunął prosto do wielkiego kotła. Jakimś cudem utrzymał się na nie roztopionej jeszcze bryle wielorybiego tłuszczu, trwało kilkadziesiąt sekund, nim koledzy wydobyli go tymi samymi hakami, które on sam wbił uprzednio w ciała tysięcy kaszalotów. Zaraz potem wystartował sanitarny samolot do stolicy stanu - Perth, gdzie współczesnemu Jonaszowi całymi płatami przeszczepiono skórę na miejsce tej spalonej piekielnym ogniem. Długo leżał nieprzytomny, aż wreszcie śmierć odstąpiła od łoża polskiego wielorybnika. On sam wrócił do swego domku przy Grey Street w Albany, już nie wypływa na łowy, pracuje w bazie w Cheynes Beach, brodzi w wielorybich wnętrznościach, znowu lawiruje tuż nad krawędzią kotła. Stawia się do pracy bardzo wcześnie rano, jego mechaniczna piła stuka aż do chwili, kiedy stoczy się do piekieł ostatni wieloryb podciągnięty do brzegu przez statki flotylli. Jest już wtedy zazwyczaj późne popołudnie, czasem nawet i wieczór, ale pan Koziniec przeważnie nie wraca jeszcze do domu, ma jeszcze „chałturę”: łowi młode rekiny, dostarcza je potem do sklepów po trzy szylingi za funt, to dobre mięso - powiada. A więc człowiek zjada rekiny zjadające wieloryby i nawet czasem człowieka. Ja jem, ty jesz, on je, my wszyscy jemy... Trudno się połapać, kto kogo zjada i w jakiej kolejności.

Ostatni humbak

Pan Koziniec wydobył z szafy swój dawny strój wielorybnika. Dostałem na ten rejs trzy grube swetry, nakładane warstwami niby łupiny cebuli, dwie pary wełnianych skarpet, grube portki i dwie pary wełnianych gatek, wysokie buty gumowe i ciepłą czapkę. Nie, nie było za gorąco: rejs w stronę bieguna południowego!

Przed wejściem na statek obejrzał mnie krytycznie Rosa Freeman, nadzorca flotylli. Dowiaduję się od niego, że łowią już tu tylko kaszaloty, ostatni humbak powędrował do kotła 17 lipca 1963 roku. Pan Koziniec wszedł ze mną na pokład Cheynesa III, znalazł mi ciepły kąt, polecił opiece kucharza (bardzo ważne!) i znajomych kumpli z załogi, do której sam należał przez kilka lat. „Jak stary skończy robotę - trzeba mu się przedstawić...”. Potem uczynny rodak zostawił mnie na pokładzie statku wielorybniczego. Pomknął w drogę, nie mówiąc nawet, czy śpieszy prosto do swych rekinów, czy do swej żony, sympatycznej Niemki, skracającej sobie czekanie na męża lekturą klasyków.

"Stary” - to kapitan Stubbs. Ujrzałem go z dala, jak omawiał dostawy paliwa z kimś, kto opuścił nasz statek, kiedy mieliśmy wyjść w morze. Po północy zaczęły pracować silniki, rozklekotały się radiostacje wszystkich trzech przycumowanych blisko siebie statków flotylli. Sprawnie przebiegały kolejne manewry, wreszcie cala flotylla znalazła się na pełnym morzu. Stałem na rufie, patrząc, jak znikają światła Albany rozkołysane na dalekim horyzoncie.

Po godzinie żeglugi ruszyłem na rozmowę do kapitana. Jego sytuacja - rozumowałem - jest już niejako przymusowa. Nawet gdybym nie przypadł mu do gustu, to i tak nie jest panem swych decyzji. Jeden ląd zostawiliśmy daleko za nami, przed nami już tylko na szlaku lodowate pustynie bieguna południowego, pod nami... No, tak źle to chyba nie będzie, abym musiał wysiąść na pełnym morzu!

Zimny wiatr głuszył nawoływania radiostacji dochodzące z kabiny, rzęsisty deszcz przerodził się w ulewę, przesłaniającą wodną zasłoną światełka statku, kiedy wstąpiłem do oazy ciepła i światła, gdzie królował kapitan Stubbs. Każdy, kto chce pisać i być drukowany, musi kiedyś ukłonić się sekretarzowi redakcji, aby zacząć żywot reportera. Każdy, kto chce pływać, musi kiedyś pokłonić się kapitanowi, aby wejść w społeczność żeglarską.

Kapitan zajadał posiłek, bo z uwagi na porę trudno mi nawet określić, czy to była późna wieczerza, czy wczesne śniadanie. Żuł właśnie potężny kęs baraniny; nie zważając na usta wypchane mięsem, wrzasnął o jeszcze jedno nakrycie. Na stół wjechała porcja dymiącego specjału z gnatem tak wielkim, że mimo woli rozejrzałem się za słomianką, aby na niej w spokoju spożyć to danie... Ba, nic z tego, trzeba było z nieboszczykiem baranem wojować nożem i widelcem, a bronił się zajadle, niemal że bódł! Kapitan Stubbs pierwszy uporał się z potrawą, spłukał ją wielkimi łykami gorącej herbaty, odsunął od siebie pusty talerz, wytarł starannie tłuszcz spływający mu po rozłożystej brodzie... Sięgnął po keks zamknięty w hermetycznym opakowaniu. Odkrajał sobie potężną pajdę, drugą zaś na nożu podsunął w moją stronę. Wraz z poczęstunkiem dostałem pytanie:

- Pierwszy raz na morzu?

- Niezupełnie. Trochę już pływałem.

- Z wielorybnikami?

- Nigdy. Z islandzką flotą rybacką.

- Śledzie?

- Nie, dorsz. Północny Atlantyk.

- Huśtało?

- Strasznie. Stawaliśmy kolejno na rufie i na dziobie, woda chlustała nam przez komin.

- Wesoło. To wszystko?

- Prawie. Jeszcze dwa miesiące na polskim statku ratowniczym. Podnoszenie wraków z dna fiordu pod kręgiem polarnym...

Rozmowa urwała się tak nagle, jak się zaczęła. Mam wrażenie, że najlepiej kwalifikowało mnie do rejsu na statku wielorybniczym to, że nie miałem... kwalifikacji wielorybnika, byłem „zieleniakiem” w tym fachu. To zawód, który ma bez wątpienia swe drobne tajemnice, to know-how, różne tricki, niedostrzegalne dla laika, ale pewno cenne dla rutynowanego specjalisty.

Kapitan Stubbs sięgnął po porządnie sfatygowany numer jakiegoś tygodnika, jego intensywnie niebieskie oczy przebiegały stronę po stronie. Wielką dłonią o krótkich palcach strzepnął z papieru okruchy ciasta. Poprzez hałas silnika, wprawiającego w drganie cały kadłub statku, przedarł się z sąsiedniego pomieszczenia pisk sygnału czasu nadanego przez radiostację. Kapitan wyregulował mały zegar przytwierdzony do ściany i wrócił znowu do stołu. Cisnął w kąt gazetę, przetarł oczy dalekowidza znużone czytaniem.

- Czekasz pewnie na opowiadania. Coś tam masz pisać, prawda? Nie będzie opowiadań. Nie teraz. Nie mam czasu. Trzeba się jeszcze trochę zdrzemnąć przed świtem. Szukasz romantyki. Moby Dick, inne książki. Czytałem.

Tak pewnie i było. Nawet na pewno. Teraz jest radar, mamy na pokładzie inne jeszcze urządzenia, samolot naprowadza nas na cel. Wieloryb nie ma szans. Może liczyć na litość. Litości u nas nie ma, my dostajemy premię od sztuki złowionej. Jeden płetwal błękitny waży tyle, co 30 dorosłych słoni. My łowimy kaszaloty, mniejsze są, ale też się nie schowają, muszą wynurzyć się na powierzchnię.

Dlatego to się kończy, rozumiesz, to całe wielorybnictwo. Amerykanie wysiedli, Anglicy i Holendrzy właściwie też, Norwegowie węszą lepsze interesy, tran im już nie pachnie. Przebudowują statki-przetwórnie na transportowce mające przewozić „Volkswageny” z Niemiec do USA.

Zostaliśmy na łowiskach z Rosjanami i Japończykami. Dla wszystkich nie na długo starczy, ustala się co roku, ile wielorybów ma iść do kotła. Gdzie tu jest romantyka? Zresztą sam ujrzysz, kiedy zaczniemy łowić. Teraz sprawy ważniejsze. Tu musisz dbać o siebie sam. Łaź, gdzie chcesz, fotografuj, co chcesz, jedz, co leży na stole, śpij, kiedy jesteś senny. Ale pamiętaj, że pokład jest śliski, a nie wszędzie są poręcze, że ja obsługuję działo i że kiedy łowimy, nie możesz przeszkadzać. Ani mnie, ani nikomu. Działo obraca się o pełne 360 stopni, nie wolno stać w polu obstrzału, decydują sekundy; jeżeli się je przegapi - trzeba zaczynać od nowa. Każdy z czegoś żyje. Ty piszesz, my łowimy wieloryby. Zrozumiałeś? To byłoby wszystko. Jak zjesz, idź się przespać...

Ściągnął z siebie gruby sweter, resztę ubrania miał dalej na sobie. Położył się na posłaniu, odwrócił do ściany.

Ale się stary rozgadał - mruknął wysoki Fin, który się zjawił, aby posprzątać ze stołu. - W tydzień tyle nie mówi, co tej nocy powiedział.

Czekał, aż skończę jeść, opowiadał półgłosem, jak pływał kiedyś po Bałtyku, był w polskich portach. Wstaliśmy obaj, przygasił światła w kajucie, poszliśmy zmywać naczynia. Flotylla płynęła na południe, w mrokach ulewy migotały światła Cheynesa I i Cheynesa II, towarzyszy łowów. Wielorybia śmierć płynęła na spotkanie wielkich ssaków. Te, które miały umrzeć, nurkowały teraz pewnie w pogoni za ośmiornicami. Podsycano ogień pod kotłami w Albany, aby nie wygasł przed nadejściem dostaw.

Po ciemku, nie zapalając światła, aby nie budzić sąsiadów, dotarłem do swej koi.

Dmucha! Dmucha!

Są lata, kiedy zła pogoda szczególnie daje się we znaki wielorybnikom. W 1964 roku flotylla unieruchomiona była przez 18 dni w czerwcu, a w lipcu - nawet przez 20! I teraz przez kilkanaście dni nic było nawet mowy o połowie. Zirytowane bezczynnością bijącą po kieszeni, znużone wyczekiwaniem załogi trzech statków wielorybniczych z ulgą przyjęły zapewnienie radiostacji zwiastującej raptowną poprawę pogody. Im bliżej świtu, tym bardziej słabła ulewa, aż wreszcie ustala zupełnie. Dzień pogodny dla ludzi oznaczał krwawą łaźnię dla wielorybów. Flotylla z Frenchman Bay, koło Albany, odzyskiwała bowiem swe „oczy”, nareszcie mógł wystartować samolot, który wypatruje stada kaszalotów.

Było bardzo wcześnie, bardzo wietrznie i bardzo zimno, kiedy nad naszymi głowami zaterkotał mały samolot. Teraz już nie będzie nas opuszczał co najmniej przez cztery godziny, w razie potrzeby nadleci znów. Przepisy ministerstwa lotnictwa cywilnego powiadają wyraźnie, że podczas akcji samolot współdziałający z flotyllą wielorybniczą musi być tak blisko, aby w razie defektu własnego silnika mógł jeszcze lotem ślizgowym dotrzeć do najbliższego statku. A my już nie płyniemy w tym samym szyku co nocą, teraz trzy statki płyną rozstawione szeroko, powinniśmy więc dostrzegać stada kaszalotów na szerokości około 25 mil morskich. Kiedy widoczność jest doskonała, wielorybnicy dostrzegają kaszaloty z bocianiego gniazda z odległości nawet i siedmiu mil...

Nim ogary pójdą w las, nim zacznie się gorączka łowów na głębinie - kilka suchych cyfr. Każdy z naszych trzech statków ma 450 ton wyporności, silnik o mocy 1800 koni umożliwia szybkość do 15 węzłów. Budowane w Szkocji według dokumentacji norweskiej. Konstrukcja specjalnie wytrzymała, przystosowana do żeglugi w rejonie antarktycznym. Szansę myśliwych są więc wyrównane, załogi współzawodniczą ze sobą ze względów ambicjonalnych, a także i dla zdobycia premii. A jakie są szansę zwierzyny łownej? Trudno mówić, że siły są wyrównane, chociaż brytyjski specjalista budowy okrętów zestawił wyporność wieloryba i inne jeszcze dane z szybkością, jaką osiąga; z rachunku wynikło, że „silnik” wieloryba rozwija imponującą moc 1775 koni mechanicznych, a więc niemal dokładnie tyle, co silnik naszego statku wielorybniczego.

Wieloryb jest ssakiem, stworzenie zrodzone i wychowane w wodzie, może się więc po prostu... utopić. Moi towarzysze żeglugi dają różne odpowiedzi, kiedy pytam, jak długo kaszalot może pozostawać pod wodą. Jedni powiadają, że najwyżej kwadrans, inni dodają jeszcze kilka minut. Zgodni są co do tego, że im krócej przebywa na powierzchni oceanu, tym szybciej musi się ponownie wynurzyć. A jak to się dzieje, że nurkując niemal jak kamień na wielkie głębokości, wieloryb wytrzymuje nagłe zmiany ciśnienia? Dlaczego, kiedy równie szybko wraca z głębiny na powierzchnię oceanu, nie zapada na gnębiącą nurków z gatunku „homo sapiens” chorobę kesonową?

Długo bym czekał na odpowiedź, to są sprawy sporne, a tu odzywają się już nasze „oczy” zgłasza się John Bell, pilot samolotu flotylli: „Good morning, jak się spało, widzę dobrze, widzę dobrze, jak mnie słyszycie, jak mnie słyszycie, over!” Położył się na prawym skrzydle i odleciał w stronę Cheynesa II. Była wysoka fala, ja już z pokładu nie widziałem tego statku, od czasu do czasu dwaj wielorybnicy podawali nam z bocianiego gniazda położenie naszych towarzyszy łowów. Niby pies gończy samolot wybiegał daleko przed nas, próbował łączności kolejno z trzema statkami, harcował w oddali, podawał różne dane, ale i ciągle jeszcze naprowadzał nas na cel. Minęło dobre pół godziny od jego pojawienia się na niebie, kiedy odezwał się znowu do nas: „Cheynes III, podaj gotowość, podaj gotowość...”

Człowiek sposobił się do mordu z premedytacją, koło działa ustawiono otwartą skrzynkę z pociskami. Wypełniona prochem głowica powinna wybuchnąć w sześć sekund po wystrzeleniu harpuna, a więc już w ciele wieloryba. Sznur harpuna jest zaskakująco krótki, ma chyba ze 40 metrów, a więc śmierć zajrzy wielorybowi prosto w oczy.

Kapitan Chess Stubbs w grubym swetrze po szyję, w wełnianej czapce na głowie, spokojnym krokiem przeszedł po wąskim mostku wiodącym ku platformie, na której stoi działo. Odwrócił się ku nam, złożył dłonie w trąbkę, aby przekrzyczeć szum morza i huk silnika: „Stubbs do Bella: gotowe, zaczynamy...” Naciągnąłem migawkę aparatu. Płynęliśmy za czymś dla nas jeszcze niewidocznym, ale wskazówki z samolotu musiały być konkretne, gdyż Cheynes III, słuchając natarczywych, kilkakrotnie powtarzanych nawoływań z samolotu, raz po raz zmieniał kurs. Ludzie nie rozmawiali, rutyna wspólnych rejsów zgrała działanie australijsko-skandynawskiej załogi. Tuż po ósmej samolot przeleciał znów nad nami. Płynęliśmy tam, gdzie dojrzał wieloryby, gdzie zwęszył łup. Z bocianiego gniazda słychać okrzyk ten sam, który dawno, dawno temu wydał pierwszy człowiek, jaki w pogoni za wielorybem poważył się z zatoki wyjść na pełne morze: „Dmucha! Dmucha!”

Krwawa piana

„Dmucha! Dmucha!"

Ten okrzyk długo jeszcze będzie mi brzmiał w uszach. Wielorybnictwo bowiem jest jak kiepska powieść: sama fabuła jest rozwlekła i raczej monotonna, kilka naprawdę frapujących fragmentów z rzadka tylko urozmaica akcję.I oto właśnie to zawołanie z bocianiego gniazda zapowiada napięcie zwiastujące dramat. Dostrzeżenie „dmuchającego” na oceanie wieloryba nie jest łatwe. Samolot z góry dostrzega czarne bryły stada kaszalotów. Z kołyszącego się na fali statku taki oddech wieloryba wyglądał jak para buchająca ze stojącego na dworcu parowozu. Zresztą trwało to chwilę. Kiedy dokonaliśmy raptownego skrętu, aby dopaść kaszalota, całe zjawisko ustało, litościwy ocean zatarł ślady po swych mieszkańcach. Kiedy się znów wynurzą? Gdzie? Oto wielkie pytania wielkich łowów. Powiada mi Ross Freeman: „Widzisz, tego nie uczą w szkole morskiej. Kapitan statku wielorybniczego jest zarazem harpunnikiem lub - jeżeli wolisz - kanonierem. Tu wskazówką jest ostatni dostrzeżony w ułamku sekundy ruch ogona czy płetwy, jakiś układ piany czy wiru po nagłym zanurzeniu kaszalota. Patrzy się na to przez kilka lat, potem kilka razy rozpoznaje się błędnie. Nie ma na to innej rady. Jedni doszli do wniosku, że huk silnika statku płoszy wieloryby, drudzy opierają się na wrażeniu, że największe stworzenie świata ma takie poczucie własnej mocy i siły, że nie lęka się statku... Ile głów, tyle rozumów. A jednak niezmiernie rzadko gubi się raz wypatrzone stado...”

Dziennik pokładowy: „08.30. Dwadzieścia krów z cielętami”. Cale stado majestatycznie płynie tuż koło statku. Działo milczy. Nie wolno zabijać wielorybich mam, kiedy płyną z dziatwą. Jeżeli spotka się parę małżeńską, wielorybnicy strzelają zawsze do samicy, on nigdy nie opuści rannej małżonki. Jeżeli trafi się w niego, ona rzuci się na głębinę, nigdy jej nie ujrzycie. Nie, nie szykujcie się do żartów z odwiecznej płochości wszystkich samic; wielorybnicy dopatrują się w tym raczej instynktownej troski o zachowanie gatunku, przecież samica może być przy nadziei. Dla mnie pozostanie zagadką, jak oni odróżniają płeć wielkich ssaków, kiedy zazwyczaj widzi się je tylko przez chwilę, lśniąca, czarna bryła... Stubbs powiada, że raz widział stado złożone z trzystu wielorybów.

Płyniemy dalej. Zapis w dzienniku pokładowym: „10.10 wieloryb u burty”. Na początku był okrzyk elektryzujący załogę. Popędziliśmy tam, gdzie zwierzyna zdradziła się oddechem. Niewielkie stado dopuściło nas na niewielką odległość, potem dało nura w ślad za pierwszym w szyku wielorybem. Stubbs tropił zbiegów na oceanie, wrzeszczał strasznym głosem na sternika. Kręciliśmy się wokoło, maszyny stukały wolno, ocean rzucał nami jak pies flakiem. Nie widziałem tropu, ten pościg miał wszelkie znamiona kiepskiej anegdoty o wariatach. A jednak Stubbs dobrze to sobie wszystko wykoncypował. Tuż przed dziobem Cheynesa III rozstąpił się ocean, stado wynurza się znowu. Sześć wielorybów, płyną jak okręty na defiladzie. Chess Stubbs opiera się o działo. Daje znaki dłonią, raz lewą, raz prawą. Niby mim, bez słów przynagla do pośpiechu lub każe zwolnić biegu. Sternik odczytuje wiernie rozkazy, zgrabnie zmienia kurs, nasz statek sunie teraz prosto na wieloryba, jeszcze chwila, a chyba przetniemy go dziobem, działo już pewnie nie dojdzie do strzału!

Sekundy i ułamki sekund liczą się w tej grze życia i śmierci na oceanie. Stado znów jest pod wodą. Wielorybnicy coś tam mruczą pod nosem, że można było strzelać, taka okazja... Ale każdy jest na swoim miejscu, rozgrywka trwa dalej. „Stary już go nie wypuści” - powiada krępy Norweg, dzierżący w dłoni coś w rodzaju kosy nasadzonej na sztorc, niby oręż naszych dawnych kosynierów. Skąd taka pewność? A przecież byliśmy już tak blisko, że bez trudu można było dojrzeć oczy wielorybów, bez niepokoju obserwujących statek niewiele większy od każdego z nich. A jednak bóstwo wielorybów odwróciło się od tego stada. To było tak. Płyniemy, płyniemy dziwnym zygzakiem. Chess Stubbs balansuje nad swym działem, wygląda, jak gdyby dyrygował orkiestrą, a my tańczymy wszyscy tak, jak on nam zagra. Palce zgrabiały mi z zimna, z trudem trzymam ciężką kamerę, wprost nie wiem, jak nacisnę spust migawki. Tak sobie to rozważam, kiedy wieloryb wynurza się koło nas. Gruchnął strzał, zaraz usłyszeliśmy głuchy wybuch. To rozerwał się granat we wnętrzu wieloryba. Stado, jak zmiecione, zniknęło z powierzchni, ranny kolos nie nurkował, ale rzucił się przed siebie, napinając linę harpuna. To była jedna sekunda, w następnej pokazała się na morzu krwawa piana. Wieloryb zanurzył się, wlókł nas za sobą. Jeszcze kilka sekund i fontanna krwi zapowiedziała jego wynurzenie, na powierzchnię wypłynęły wnętrzności stworzenia przypominające rozmiarami węże straży pożarnej. On sam pokazał się znowu, z tych kilku metrów, które nas dzieliły, widać było dobrze, może aż za dobrze jego przerażone oczy, wpatrzone we własną śmierć, od której nie było ucieczki. Jadowita paszcza znowu splunęła, niby dalekie echo dobiegła nas jeszcze jedna eksplozja w ciele kaszalota. 

„Pod flagą”

Odezwał się silnik, rozpoczęło się nawijanie liny harpuna. To śmierć przyciągała do siebie swą szarpiącą się ofiarę. Serce obserwatora wzdragało się przed tym widowiskiem, ale umysł nie krył podziwu dla precyzji tej nieludzkiej operacji. Kiedy kaszalot był przy burcie statku, w szamoczącą się zwierzynę wbito stalową rurę połączoną z kompresorem, który zaczął tłoczyć powietrze w wieloryba. Norweg przy burcie swym nożem na drzewcu szybko uciął mu płetwy, z niebywałą wprawą wyciął w bijącym wodę ogonie spore kółko, przez które przewleczono mocne więzy. Wieloryb był już przytroczony do statku, nawet gdyby się urwał, to i tak nadmuchany powietrzem nie ujdzie w głąb, a bez płetw ucieczka jego nie miała żadnych szans.

Mewy, które towarzyszyły nam od Albany, zgrabnie wyławiały z wody krwawe drzazgi pokonanego kolosa. Jedna poderwała i uniosła w powietrze okrągły kawałek wyciętego z ogona mięsa, poprzerastanego białym tłuszczem. Wieloryb żył jeszcze, krwawa fontanna nie ustawała. Statek ruszył dalej, wlokąc go przy burcie, jego zwrócone ku nam jedno oko zalewała ustawicznie woda. Stał się już jak gdyby częścią statku, do którego przywarł swym wielkim ciałem. Zamordowany łamał teraz fale ze swym mordercą, razem z nami ścigał swe stado. Podskakiwał na fali, kiedy i nas huśtało, w tym samym rytmie wędrował przez ocean. Minęło jeszcze kilkanaście minut, a jego dolna szczęka opadła, oko zaszło mgłą, czujne mewy dopiero teraz odważyły się siąść wprost na jego otwartej ranie, aby długimi dziobami tu i tam uszczknąć sobie jakiś smakowity kąsek.

To miały mewy, dla załogi Cheynesa III też coś było. Każdy dostaje funta premii - 13 szylingów i 6 pensów przy tygodniowej wypłacie, pozostałe 7 szylingów i 6 pensów przy ostatecznych rozrachunkach pod koniec sezonu. Nad pokładem od czasu do czasu fruwają małe stadka latających ryb. Akurat wtedy, gdy trwała walka z wielorybem, jedna z ryb latających zawadziła o antenę radiostacji, runęła na pokład. Skrzela jej dyszą szybko. Złe to są wzloty, które się kończą w lodówce okrętowej.

Dziennik pokładowy: „13.20 trzydzieści krów z cielętami. 14.07 wieloryb pod flagą”. Otóż kiedy statek ściga wielkie stado i kiedy liczy się każda minuta, to nadmuchanego i obciosanego wieloryba nie przyczepia się, lecz zostawia na morzu, wbiwszy uprzednio w ssaka stalowy pręt z flagą. Pod koniec łowów zabiera go statek, który go upolował, lub przekazuje to zadanie innemu z tej samej flotylli, zwłaszcza kiedy sam jest już przeciążony łupem.

Po godzinie 14-tej dostrzegliśmy innego wieloryba, który był zdobyczą Cheynesa I. Był tak napompowany powietrzem, iż trudno było pojąć, jak się nie rozpadł. A jednak od czasu do czasu wytryskała zeń krwawa fontanna, żył więc jeszcze. Słychać komendę, zbaczamy z kursu, silnik zwalnia obroty, podpływamy tuż pod żywego trupa. Kapitan Stubbs jest już przy dziale, mądre mewy porzucają krwawe wyrwy w czarnej lśniącej powłoce i z wrzaskiem odlatują. Znowu dwa wybuchy, tyle tylko, że tym razem to sam granat, bez harpuna. Chess Stubbs woła: Full speed ahead!, rozlegają się dzwonki aparatów sygnałowych, całą naprzód ruszamy dalej wraz z przytroczonym „naszym” wielorybem, mewy z całym spokojem powracają do przerwanej uczty, skoro jadło już się nie rusza ani nie oblewa skrzydlatych biesiadników strugami krwi.

Dziennik pokładowy: „15.09 wieloryb przy burcie”. W tego granat .wpadł niczym w dyspozytornię węzła kolejowego: szyny jeszcze istniały, ale został poprzestawiany układ zwrotnic. Już po pierwszym strzale był zbitą masą komórek łaknących tlenu, którego dostawy ustały. Chyba śmierć była dlań łaskawa. I to był już na ten dzień ostatni, jakiego przytroczył Cheynes III. Nastał kres dramatu, którego nie chciałbym już więcej oglądać. Zagłada tysięcy ryb w sieciach zatraca się w swej anonimowości. Śmierć  j e d n e g o   wieloryba jest widowiskiem pełnym patosu.

O bóstwo głębin, które czuwasz nad wielorybami! Natchnij chemików i spraw, by ludzie otrzymywali tłuszcze czy nawozy tylko z probówek i retort. Pozostaw w wodzie wieloryby, niech oczy żeglarzy radują ich harce. Nie wódź ich do piekła w Albany, ale je zbaw od złego. Amen.

Powrót do spisu treści