Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Niewiarygodny Pan Mikimoto

Jak ten czas leci. Moi Drodzy! Przecież to już sto lat minęło od tego momentu, kiedy w roku 1863 podniosła się kurtyna opery paryskiej i licznie zebrana publiczność oklaskiwała niezwykle udany utwór młodego pana Jerzego Bizeta. Pan Bizet cieszył się bardzo swym sukcesem - nie tak powiodło mu się następnie z inną operą, którą dziś wystawiają sceny operowe całego świata. Premiera Carmen została chłodno przyjęta przez publiczność, a sam kompozytor umarł w trzy miesiące później na letnisku w Bougival pod Paryżem. Ale Poławiacze pereł byli wielkim sukcesem młodego muzyka oraz panów Cerré i Cormon, którzy napisali libretto.

Uwaga! Zaczynamy! Wmieszani w wytworny tłum eleganckich paryżan, zasiadamy i my w pierwszych rzędach, wpatrzeni w oświetloną rzęsiście salę. Przenosimy się w zupełnie inny świat.

Na scenie i...

Zurga, najzręczniejszy poławiacz pereł, i przyjaciel jego, myśliwy Nadir, kochają tę samą dziewczynę na wyspie Cejlon. W imię wzajemnej przyjaźni obaj postanawiają wyrzec się miłości, nie chcąc jeden drugiemu wchodzić w drogę. Łatwo im tego przyrzeczenia dotrzymać, gdyż dziewczę przebywa w dalekim klasztorze jako kapłanka. Nadszedł czas połowu pereł. Według dawnego obyczaju starsi gminy prowadzą do świątyni młodą kapłankę: ma ona swymi modłami zażegnywać złe moce i uspokajać burze. Złożyła ślub czystości i żadnemu mężczyźnie nie wolno zbliżać się do niej. Nadir usłyszał śpiew tajemniczej kapłanki i po głosie poznał swoją ukochaną Leilę. Młodzieniec zapomina o wszystkich przyrzeczeniach i zakazach.

Dwudziestopięcioletni kompozytor pan Bizet już w pierwszej przerwie zostaje wynagrodzony brawami. Kurtyna podnosi się ponownie. Widzimy w drugim akcie opery, jak połów pereł zostaje ukończony i kapłanka odpoczywa na samotnej skale.

Ale zostawmy akcję opery. Oddalmy się z pięknej widowni paryskiej opery, zostawmy na scenie akcję Poławiaczy pereł. Piękny to utwór - ale życie napisało znacznie ciekawsze dzieje pereł, dzieje ludzi, którzy o nie zabiegali. Posłuchajcie, proszę, tej opowieści, którą przywiozłem z wyspy Kiusiu w południowej Japonii. Muzyką jest tylko złowrogi szum fal, akcja toczy się w ciągu tysięcy lat, aż po dzień dzisiejszy. 

...w życiu

Mężczyźni zabijali, walczyli, napadali, kupczyli i szachrowali. Kobiety płakały, błagały, nienawidziły i kochały, aby tylko wejść w posiadanie tego klejnotu zwanego perłą. Perły wytwarzane są przez ostrygi, jakkolwiek byłoby dużą przesadą twierdzenie, że czynność ta jest ich ulubionym zajęciem. Zazwyczaj dzieje się to dlatego, że przedostało się do ich miękkiego wnętrza jakieś obce ciało, jak na przykład ziarnko piasku.

Ostrygi nawiedzone takim nieszczęściem są dosłownie w sytuacji bez wyjścia. Biedactwa nie mogą się nawet podrapać! A przeto plują na natręta, i to nawet całymi latami, otaczają go z biegiem czasu otoczką. Oto jest najkrótsza historia perły - ozdoby kobiecej małżowiny usznej. Ale droga z ostrygi do małżowiny usznej jest daleka.

Chemicy mówią, że perła jest pewnym związkiem chemicznym zbliżonym do węglanu wapnia. Za formułą chemiczną kryje się jednak wspaniała ozdoba, przedmiot westchnień wszystkich kobiet. I pewnie perły miała na myśli owa piękna pani, która miała się wyrazić, że jeszcze nigdy nie znienawidziła żadnego mężczyzny do tego stopnia, aby mu zwrócić otrzymane od niego prezenty.

Perła perle nie równa. Maleńkie perełki daje się zazwyczaj słodkim młodym stworzonkom. Im więcej zmarszczek na smukłej szyjce, tym perły stają się na niej większe. Naturalna wielkość pereł ma zasadniczy wpływ na zamożność nabywcy. Perły w odcieniu złocistym, różowym czy błękitnym są przeważnie droższe niż inne odmiany. Tak samo i perły idealnie okrągłe są najcenniejsze.

Chińczycy od niepamiętnych czasów stosowali perły w swojej medycynie. Aż do wybuchu drugiej wojny światowej Japończycy dostarczali Chinom maleńkich pereł za wiele milionów jenów rocznie. Miały one wzmagać potencję płciową, poprawiać wzrok i leczyć schorzenia uszu - chińscy aptekarze zalecali zażywanie pereł w postaci proszku, gdyż łykanie ich w całości mogło mieć zgubny wpływ na przewód pokarmowy. Nauka dzisiejsza stwierdza, że zawierając wiele wapna perły mogą chyba tylko poprawić stan uzębienia

Czarna perła

Wyspa Bahrajn w Zatoce Perskiej słynie ze swych poławiaczy pereł. W ostatnich dniach maja opuszcza wyspę flotylla 500 do 600 stateczków, z których każdy zabiera po dwudziestu poławiaczy. Przez cztery miesiące będą oni prowadzić życie między dnem morza a pokładem statku. Powrócą tak samo biedni, jak wypłynęli, ale przez te miesiące karmić będzie ich nadzieja, serce bić będzie szybciej. Od świtu do nocy będą nurkować, odrywając za każdym razem od dna po kilka płaskich ostryg. Wieczorem, wśród powszechnego napięcia, ostrygi się otwiera. Jedna na cztery tysiące - powtarzam; jedna na cztery tysiące, taka jest przeciętna, zawierać będzie PERŁĘ. Zazwyczaj małą, o nieprawidłowych kształtach, ale zawsze wielbioną.

Na łowiskach wszyscy są sobie równi. Nie wolno tylko używać skafandrów ani innych przyrządów do nurkowania. Prawodawca obawiał się, że ludzie-żaby czy inni nowocześnie wyekwipowani nurkowie szybko i nieodwołalnie oczyszczą dno morza z perłonośnych ostryg. A przeto technika nurkowania pozostaje dokładnie ta sama, co w czasach kiedy nurków tutejszych opisał asyryjski kronikarz. Brunatni nurkowie opuszczają się nadzy wzdłuż sznura obciążonego kamieniem. Nos zatykają prymitywne kleszcze, na szyi przytwierdzony maleńki koszyczek, w ręku dłutko do odrywania ostryg od dna, w sercu nadzieja.

„Ghaus-al-Kabir”, czyli „Wielki sezon” - oto są podmorskie żniwa, ruletka, na którą stawia się życie przez co najmniej osiem godzin dziennie. W tej ponurej grze uczestniczą wielkie meduzy i dziesiątki gatunków ryb niebezpiecznych dla człowieka.

Z morza perły wędrują do Manama. Tam w dzielnicy handlowej kupcy trzymają je w staroświeckich szkatułkach. Nabywcom pokazuje się naszyjniki i nie zastanawiają się oni pewnie, że każda perła w kolii nosi w sobie zaklęty ból i nadzieję ludzi, że każda opłacona została śmiercią czterech tysięcy ostryg otwieranych na statkach w upalne wieczory, otwieranych w takt przyspieszonych uderzeń serc ludzkich. Każda perła oznacza przeciętnie osiemset wędrówek nurka w głębię morską. A przecież coraz bardziej bolą zmęczone płuca nurków, prawie każdy z nich kończy gruźlicą swą krótką karierę. Niektórzy giną mając płuca nie zjedzone jeszcze prątkami Kocha. Złudzeni mirażem zapuszczają się na niedostępne głębiny w pogoni za tą jedną wielką perłą, która ma dać im bogactwo i szczęście. Złudzenia takie są w życiu udziałem nie tylko arabskich nurków i nie tylko w Zatoce Perskiej...

Śmiałkowie tacy przeważnie nigdy nie wracają na powierzchnię morza. Jedni mówią, że ogarnęło ich „szaleństwo głębiny”, inni - że zginęli w walce ze stworami morza. Ale wielcy kupcy, którzy z dala od upalnych brzegów Bahrajn zachwalają w salonach jubilerskich Rue de la Paix czy na Bond Street swe perły, nie zapomną nigdy dodać, że każda z tych pereł ma za sobą dramatyczną historię. Pan, który chce kupić perłę, aby kupić za nią dziewczynę, pani, która chce kupić perłę, aby wraz z jej blaskiem odzyskać wiarę w siebie - słuchają wywodów kupca: „Sztucznie hodowane japońskie perły, Monsieur, nigdy nie zdetronizują pereł z połowów. Japońskie perły, Milady, nigdy nie będą stanowiły należytej oprawy dla jej niepokojącej urody...”

Kimono i melonik

Oburzyłby się król pereł - stary Kokici Mikimoto - gdyby słyszał te słowa. Ale Mikimoto zmarł w roku 1954, w 96 roku życia. Pozostawił po sobie 54 potomków, stworzył tez kwitnący przemysł zatrudniający 117 tysięcy ludzi. Gdy po raz pierwszy wstąpiłem do wielkiego sklepu Mikimoto, na ulicy Gindza, tym centrum handlowym stolicy Japonii, zaproszono mnie do saloniku, gdzie przy zielonej herbacie ucięliśmy sobie krótką rozmówkę z dyrektorem handlowym tego wielkiego przedsiębiorstwa.

Było to jeszcze przed głównym sezonem turystycznym. Dopiero za kilka tygodni statki President Line wyrzucać będą na ląd w Jokohamie wielkie stada amerykańskich turystów, którzy ściągać będą tłumnie do sklepu Mikimoto. Normalny ruch dawał jednak i tak sporo zajęcia memu rozmówcy. Rozmowa nie trwała długo, ale zanotowałem sobie jedno zdanie: „Nieodżałowany pan Mikimoto sprawił, że bardzo wiele kobiet pozwolić sobie dziś może na klejnot, który był niegdyś przywilejem bogaczy”.

Kokichi Mikimoto (1858-1954)

Jako się rzekło, nigdy nie widziałem nieodżałowanego pana Mikimoto. Byłem w jego rodzinnej wiosce nad zatoką Toba. Nieodżałowany pan Mikimoto stoi uśmiechnięty na wysokim cokole, odziany w kimono, w meloniku na głowie. Pan Mikimoto uśmiecha się patrząc na zawijające do brzegu barki z biało ubranymi dziewczynami.

Wracają one z połowów. Pan Mikimoto położył wielkie zasługi dla sprawy pereł. W tej dziedzinie rywalizować z nim może chyba tylko sama Kleopatra, która łykała je w winie, aby zadziwić Marka Antoniusza, gdy już był bardzo znużony jej pieszczotami. Jak powszechnie wiadomo, ta perłowa nalewka niewiele pomogła - chłopu trudno czasami dogodzić.

Mikimoto nigdy by na takie marnotrawstwo nie poszedł. Jeden z najbogatszych ludzi w Japonii, do końca życia liczył się z każdym groszem, zawsze uśmiechał się uniżenie do swych klientów. Mikimoto jednak oburzyłby się, gdyby ktoś rzekł w jego obecności, że japońskie perły nie mają historii. Ba, on sam był żywą historią.

Jego perły różnią się od poławianych „dzikich” pereł właściwie tylko samym środkiem. Promienie Rentgena ujawnią tam ziarnko substancji sztucznie wprowadzonej do wnętrza trzyletniej ostrygi. Przez następne cztery czy pięć lat ostryga pracuje dla firmy Mikimoto, otaczając wapienną substancją obce ciało. Starzec w kimonie i meloniku miał wiele ambicji w swym długim życiu. Mawiał często: „Chciałbym dożyć dnia, gdy naszyjnik perłowy sprzedawać będziemy po dwa dolary każdej kobiecie, którą na to stać, a dawać za darmo każdej, która sobie na to nie może pozwolić...” Ile było szczerości w tej zamierzonej filantropii - trudno zgadnąć. Ja osobiście oświadczenie takie włożyłem do szufladki „Slogany reklamowe”. Jest jednak prawdą, że gdy śmierć przyszła po Mikimoto, to na jego podmorskich pastwiskach pasły się ostrygi, które rocznie dostarczały żniwo dziesięciu milionów pereł.

Reporter z Polski, który zjawia się w Toba, widzi spokojną osadę drzemiącą nad brzegami morza w mroźny lutowy poranek. Jest to spora mieścina, wystawiająca w swych sklepach żywnościowych miejscową specjalność kulinarną: spore ośmiornice, pięknie wysuszone na słońcu bądź przyrządzone na inne sposoby. W zimowym wietrzyku męczeńskie ciała ośmiornic powiewają przed sklepami, oglądane w nabożnym skupieniu przez smakoszów. Dachy domów najeżone antenami telewizyjnymi, zmotoryzowana policja reguluje ruch na skrzyżowaniach, afisze zachęcają do odwiedzania Wyspy Pereł. Na pewno nie tak, na pewno zupełnie inaczej wyglądało to portowe miasteczko Toba w roku 1857, kiedy to piękna dziewczyna imieniem Moto Nakai poślubiła miejscowego rzemieślnika trudniącego się wyrobem makaronu i ryżu. Otokici Mikimoto miał wtedy lat 26, jego oblubienica - 18. Pracowita jak wszystkie Japonki, Moto gorliwie zabrała się do pomagania mężowi w pracy. Razem z nim mełła mąkę na małym młynku, razem z nim sprzedawała makaron w sklepiku lub - gdy zapadał zmrok - razem z nim wyruszała w obchód miasta, aby sprzedawać makaron z podręcznego wózka.

Przybysz rozpozna po kilkunastu dniach pobytu w Japonii różne od dawien dawna przyjęte umowne sygnały, jakimi domokrążni czy uliczni sprzedawcy obwieszczają swe przybycie. Chyba najbardziej wbija się w pamięć melancholijny ton fletu handlarza makaronu.

Otokici nie był zwykłym przekupniem i rzemieślnikiem. Poślubiając dziewczynę miał już sławę zdolnego wynalazcy; za pomysł ulepszenia maszyny młynarskiej otrzymał nagrodę miejscowych władz. Ojciec jego potrafił zebrać dość jenów, aby postawić lepiankę z mułu, ogniotrwałą, która w osadzie pełnej papierowych domków zjednała mu opinię bogacza. Poza wyrobem makaronu był też zainteresowany w handlu węglem drzewnym i jarzynami, a także posiadał dziesięć barek zatrudnionych przy przewozie kamienia.

„Szczęście” i „Sosna”

Dwudziestego piątego stycznia 1858 roku Moto położyła się na wypchanym bawełną sienniku, rozpostartym na podłodze w domu Mikimoto, i urodziła swe pierwsze dziecko. Dziecinne imię (Japończycy czasami mają inne imiona w dzieciństwie niż w wieku dojrzałym) małego Mikimoto brzmiało Kicimatsu, co oznacza „szczęście” i „sosna”.

Sosna jest w Japonii symbolem dobrobytu. Moto dodała w ciągu następnych 10 lat liczne rodzeństwo przyszłemu „królowi pereł. Sześciu chłopców i trzy dziewczynki szybko uczyło się pełzać, chodzić, pracować, pomagać rodzicom. Zwyczaj japoński nakazuje też starszemu rodzeństwu opiekę nad młodszymi braćmi czy siostrami i Kokici Mikimoto - tak się zwal z biegiem lat Kicimatsu - często nosił na plecach najmłodsze latorośle rodu Mikimoto.

W Toba mieszkało wtedy zaledwie trzysta rodzin. Jak wiadomo, japońskie domy nie są opalane - jedynym źródłem ciepła jest w zimie wielki gar, zwany hibaci, w którym tli się węgiel drzewny. Cała rodzina skupia się wokół tego paleniska. Wszyscy klęczą wokół, aby ogrzać nogi w bliskości hibaci. I dziwili się nieco mieszkańcy Toba, że mały wnuk starego dostawcy węgla drzewnego zjawiał się ze swym towarem zawsze wtedy, gdy akurat potrzebne im było paliwo do ogrzania domu.

Do Toba - jak wspomniałem - droga prowadzi przez stację Nidzijamada. Stamtąd blisko już do świątyni Ise, gdzie niekiedy przybywa sam cesarz, aby zdać swym przodkom sprawozdanie ze stanu państwa i innych bieżących wydarzeń. Tam też trzymane jest słynne zwierciadło Bogini Słońca - największa świętość narodu japońskiego.

Do tej świątyni poszedł, aby pomodlić się za zdrowie swego ojca, dziesięcioletni Kokici - ojciec uległ atakowi paraliżu, z którego nie miał się już podźwignąć. Ale bogowie nie wysłuchali próśb chłopca. Został wyłącznym żywicielem licznej rodziny: nocą sprzedawał makaron na wózku, w dzień handlował jarzynami.

I pełno zbójców na drodze

W roku 1875 z porannej mgły wynurzył się w porcie Toba wojenny okręt Jego Królewskiej Mości - Silver. Brytyjskie działa kierował ostrzegawczo na spokojną wioskę, ale Mikimoto nie stracił przytomności umysłu. Siedemnastoletni chłopak załadował na łódkę skrzynki ze świeżymi jajkami i popłynął ku okrętowi. Warta nie wpuściła go jednak na pokład. Mikimoto odpłynął wtedy kawałek i zaczął pokazywać sztuki żonglerskie, które były zawsze jego ulubioną rozrywką. Żonglował ziemniakami, jajkami - w pewnej chwili aż pięć wirowało w powietrzu!

Następnie przerwał pokaz, złapał wiosło i znowu podpłynął pod okręt. Tym razem został wpuszczony na pokład, gdzie powtórzył występy. Marynarze kupili wszystkie warzywa i nabiał i zaprosili go, aby zaglądał znowu. Zjawiał się więc tam codziennie ze swymi warzywami - był to jego pierwszy kontakt z zagranicą, pierwsza transakcja eksportowa.

W zapiskach rodzinnych w Tobą zanotowano: „Rok jedenasty epoki Meidzi (1878), miesiąc trzeci, dzień 26, wyjeżdżam z Toba”.

Dwudziestoletni Mikimoto ruszył w świat, aż do odległego o 10 dni drogi Tokio. Ostrzegany, że na drogach jest pełno zbójców czyhających na podróżnych, Kokici miał się wyrazić, że to zbójcy lepiej powinni się jego wystrzegać...

Perłowa wyspa

Z Tokio - dwa kroki do Jokohamy. Tam, na targowisku, Kokici Mikimoto zwrócił uwagę na Chińczyków nabywających masowo perły. Zapytani o przydatność tego towaru, chińscy kupcy wyjaśnili, że perły stosuje się jako lekarstwo. Ono to przywraca męskie siły starym ludziom, ono poprawia wzrok i słuch.

W wieku 23 lat Mikimoto uważany był za jedną z lepszych partii w swej rodzinnej wiosce. Gdy jednak przyszło do szukania żony i zgodnie z japońskim zwyczajem, który od tego zresztą czasu niewiele się zmienił, trzeba było sprawy te powierzyć swatom - Kokici miast jednego miał aż pięciu. Chętnych do swatania było zawsze wielu, gdyż każdy musi być swatem trzykrotnie, aby spłacić z nawiązką długi, jakie zaciągnął wobec tych, którzy niegdyś wyswatali jego samego.

W kandydatkach Kokici przebierał jak w ulęgałkach. Wreszcie wybór padł na dziewczynę z rodziny stojącej znacznie wyżej w hierarchii społecznej od Mikimoto. Gdy jej przodkowie szli na wojnę jako rycerze feudalni, Mikimoto dostarczali im węgla drzewnego, wchodząc kuchennymi drzwiami. Mikimoto upatrzył sobie jednak akurat ją - miała wtedy 17 lat - a gdy matka jego usiłowała odwieść go od zamiaru poślubienia tej dziewczyny, imieniem Ume - Kokici zaczął ją przekonywać, że ta dziewczyna robi wrażenie... oszczędnej.

Młoda para widziała się kilkakrotnie przed własnym ślubem, ale nigdy nie pozostawiono młodych ludzi samotnie. Ojciec panny Kume uważał, że powinna ona skończyć wpierw siedemnaście lat, a także trochę kręcił nosem na społecznie niższą pozycję młodego Mikimoto. Ostatecznie jednak opory te zostały przełamane przez swata.

W październiku 1881 roku Kokici Mikimoto i Ume Kume stanęli przed ołtarzem domowym. Nie zachowały się szczegóły uroczystości ślubnej, ale należy przypuszczać, że w pokoju tym znalazły się podobizny bóstw Idzanagi i Idzanami, którzy byli pierwszym stadłem małżeńskim w dziejach Japonii, a także ułożone z właściwym Japończykom smakiem gałązki sosny i bambusa, które oznaczają długowieczność i powodzenie w życiu. Pan młody zapewne, zgodnie z japońskim zwyczajem, był pewny siebie i wyprostowany, podczas gdy stojąca u jego boku Ume miała oczy opuszczone ku ziemi. W toku ceremonii młoda para piła wino ryżowe z małych czarek, a następnie wszyscy przeszli do sąsiedniej izby, gdzie nastąpiło zbratanie obu rodzin w toku uczty weselnej. Po przyjęciu Kokici zabrał Ume do izby w domku jego rodziców, gdzie na futonie, czyli macie rozłożonej na podłodze, przygotowano posłanie dla młodej pary. Bogowie pobłogosławili pięciorgiem dzieci ten związek.

Zabawa w muszelki

Jest prawdopodobne, że czarnowłosa piękność z Polinezji, która igrała w falach u wybrzeży Japonii, mogła mieć perłowe ozdoby. Wyspiarze z Mórz Południowych, którzy zdaniem niektórych uczonych zamieszkiwali niegdyś Japonię, od dawien dawna nurkowali w pogoni za perłami.

Kodjiki, czyli Kronika spraw dawnych, i Nihonsioki, czyli Kronika Japonii - najstarsze japońskie zapiski historyczne - wspominają, że Bogini Słońca nosiła „kuliste ozdoby” we włosach i na ramionach. Poza samą Amaterasu Omikami również i inne bóstwa zdobiły się perłami. Podobizny ludzkie znajdowane w grobach przedhistorycznej Japonii również nosiły ozdoby, które mogły wyobrażać perły. Prawdziwe połowy pereł zaczynają się w Japonii dopiero gdzieś około roku 1870. Do tego czasu perły znajdowano raczej przypadkowo.

Kokici Mikimoto był jednak pierwszym, który wpadł na pomysł uzyskania pereł w drodze hodowli. 11 września 1888 roku rybacy z Dzimiomura - maleńkiej wioski nadmorskiej - zaczęli zbierać ostrygi i gromadzić je w strzeżonych i ogrodzonych pojemnikach morskich. Mikimoto sam brodził w płytkiej wodzie, poświęcił się bez reszty swemu pomysłowi sztucznej hodowli. Spędzał całe dni przy pracy, aż Ume śmiała się niekiedy, że jej rywalką jest ostryga, która odbija jej męża.

Pomnik Mikimoto na Wyspie Perłowej w Toba

Jak już wspominałem, Mikimoto był amatorem - żonglerem. Jednym z jego popisowych numerów, którym zabawiał chętnie przyjaciół, była „zabawa w muszelkę”. Jest to prosta sztuczka: kuglarz bierze monetę od któregoś z obecnych i kładzie ją pod z zewnątrz oznaczoną muszelką, którą każdy może rozpoznać. Następnie zręcznie miesza muszelkę tę z innymi i gdy po chwili unosi ją - nie ma już pod nią monety. Wtedy zaczyna się właściwa zabawa - kuglarz podnosi kolejno wskazywane przez zebranych muszelki, aż wreszcie natrafi na tę, która kryje metalowy pieniądz. Gra ta podobno przeszła z Dalekiego Wschodu aż do USA, gdzie z biegiem lat stalą się synonimem wszelkich szulerstw, jak u nas np. „para-nie-para”.

„Zabawa w muszelkę”, której poświęcił cale swe życie, zaczęła się jednak naprawdę wtedy, gdy na wystawie w roku 1890 w Tokio Mikimoto poznał doktora Josikici Midzukuri. Uczony ten dał pewną naukową bazę działalności hodowcy, stworzył podstawy do przejścia od wyrobu makaronu do hodowli pereł. Uczony i hodowca spędzili razem wiele dni oraz nocy w laboratorium badawczym uniwersytetu tokijskiego. Pewnego wieczoru, gdy napoczynano któryś już tam kolejny kubek zielonej herbaty, dr Midzukuri popatrzył na swego gościa i rzekł:

- Mikimoto-san, wiem, co cię trapi! Chciałbyś posiąść tajemnicę powstawania pereł, opanować technikę ich hodowli...

- Tak. Ale czy to się już komuś powiodło?

- Teoretycznie człowiek może wprowadzić obce ciało pod muszlę tak, aby nie zabić ostrygi, którą następnie powinien pozostawić w morzu przez kilka lat, nim perła się wytworzy i urośnie. Gdzieś na początku XIX wieku pewien Niemiec nazwiskiem Healing trzymał w rzece ostrygi potraktowane w ten sposób, ale doświadczenia te nie powiodły się. O badaniach w innych krajach nic mi nie wiadomo.

- A gdybyśmy tak my zaczęli?

I takie były początki „zabawy w muszelkę”, prowadzonej na wielką skalę, zabawy, która stała się pasją życiową jednego człowieka. Wrócił nad morze i zabrał się do roboty. Niewiele wiedział - trzeba było szukać nieznanych dróg. Kiedy Tomasz Edison pracował nad wynalezieniem żarówki, ktoś zapytał go kiedyś, czy aby nie czuje się zniechęconym licznymi nieudanymi próbami. „O nie, poznałem przecież tysiące sposobów, które nie wiodą do celu” - rzekł uczony. Podobnymi okrężnymi drogami zabierał się do pracy ów Japończyk, który postanowił wyhodować perły.

Było to błądzenie po omacku. Najpierw usiłował wsunąć w ostrygi kawałki szkła, potem odłamki skorupy - wszystko to nie dało rezultatu. Starał się też o ustalenie wieku ostrygi, kiedy najlepiej zniesie ona operację. Wreszcie starał się doświadczalnie ustalić wpływ wody morskiej na tworzenie się pereł. Okoliczni rybacy uważali go za człowieka niespełna rozumu. Mikimoto zaciągnął długi, walczył z różnymi trudnościami. Na krawędzi klęski znalazł się na skutek tak zwanej „czerwonej fali”, czyli niezwykłego zjawiska, które wywołuje gwałtownie szybki wzrost planktonu w różnych okolicach. Cztery lata pracy poszły na marne, gdy „czerwona fala” zniszczyła hodowlę ostryg. Doszło do tego, że Mikimoto nie mógł zjawić się w rodzinnym Toba, gdzie czatowali na niego wierzyciele.

Aż wreszcie...

Jedenastego lipca 1893 Ume przygotowała swemu mężowi na wieczerzę czerwony ryż - barwa jego pochodziła od gotowania go z czerwoną fasolą - potrawę, którą podaje się tylko przy wielkich okazjach: Mikimoto uzyskał w swej hodowli pierwszą perłę! Ale Mikimoto nie był zadowolony: perła nie była okrągła...

Jakkolwiek Mikimoto opatentował swój pomysł i znalazł finansistów chętnych do poparcia jego prac, to jednak wiadomo, że gdy w rok po dokonanym odkryciu interesy nakazywały mu wyjazd do Tokio, to wynalazca nie miał nawet na bilet kolejowy. Ume sprzedała swe najpiękniejsze kimono - to była cena wyjazdu przyszłego króla pereł.

Następnym pomysłem Mikimoto było zawijanie przyszłego środka perły w tkankę mięsną ostrygi. Dopiero wtedy wprowadzano to wszystko razem do wnętrza innej ostrygi, gdzie już miała się ukształtować perła. Ale i te próby nie dały żadnych wyników - sama praktyka bez przygotowania naukowego nie zapewniała rezultatu. Najcięższą próbą życiową była jednak dla Mikimoto śmierć żony: Ume miała wtedy zaledwie 32 lata. Opowiadają, że zgodnie z buddyjskim zwyczajem Mikimoto kazał sporządzić małą tabliczkę z imieniem zmarłej. Gdy modlił się za nią, trzymał w ręku tę tabliczkę i gładził wyryte na niej znaki. I wiadomo teraz, że gdy po z górą sześćdziesięciu latach samotnego życia Kokici Mikimoto sam odszedł z tego świata, to odnaleziono w jego rzeczach tabliczkę z imieniem Ume, ale tak wytartą od tylu lat pełnego uwielbienia dotyku, że z trudem można było odczytać jej dawny tekst. A sam Mikimoto, wbrew naleganiom przyjaciół, nie ożenił się ponownie, pozostał wierny pamięci zmarłej.

Komorne mniejsze od napiwku

Gdy w roku 1900 na wzgórzach otaczających Toba poczęły kwitnąć wiśnie, Mikimoto zebrał na swych podmorskich pastwiskach żniwo 4200 półowalnych pereł. Otworzył własny sklep przy ulicy Gindza w Tokio, gdzie mieści się centrum stolicy Japonii, gdzie neony wzywają przechodniów do kabaretów, restauracji i lokali rozrywkowych.

Wtedy nie było tam jeszcze takiego tempa życia, nie było lokali otwartych przez całą dobę. Mikimoto płacił 12 jenów miesięcznie czynszu za swój lokal, czyli mniej niż dziś daje się szatniarce w restauracji przy odbiorze butów, które - jak wiadomo - w japońskich restauracjach oddaje się do szatni, a wchodzi na salę biesiadną w skarpetkach.

Mikimoto miał też jak na ówczesne czasy niezwykle rozwinięte poczucie reklamy. Bez wątpienia wyprzedził on w tym zakresie współczesnych mu ludzi interesu. Mikimoto zaprosił do swego królestwa pereł księcia Komatsu - kuzyna cesarza Meidżi. Jego Wysokość raczył przybyć do Nidzijamada, krańcowej stacji na drodze do Wyspy Pereł. Dziś jedzie się stamtąd autobusem lub taksówką, w owym czasie podróżnego czekała czterogodzinna jazda rikszą poprzez góry i doliny. Mikimoto jednak postanowił oszczędzić książęcym pośladkom niewygód czterogodzinnej jazdy po wybojach japońskich dróg - po dziś dzień nawet nasza powiatowa droga jest autostradą w porównaniu z przeciętną japońską arterią komunikacyjną.

Mikimoto zaangażował specjalne zespoły złożone z najsilniejszych mężczyzn w okolicy, które ciągnąc i pchając pojazd księcia Komatsu, dostarczyły jego czcigodną osobę już w dwie godziny do państwa króla pereł. Biedne dwunogie zwierzęta pociągowe biegły aż do utraty tchu z książęcym ciężarem i waliły się pokotem, gdy rozstawiona sztafeta biegaczy przejmowała od nich to brzemię, aby w upiornym wyścigu pędzić ku miejscowości Ugata. Tam książę raczył wsiąść na statek, który zawiózł go na Tatoku, jak się jeszcze wtedy zwała obecna Wyspa Pereł.

Perła wymaga reklamy

Książę Komatsu dostał w darze tuzin wydłużonych pereł i pięć kulistych, jakkolwiek Mikimoto zauważył z żalem, że perły okrągłe trafiają się tylko przez przypadek. Książę zabrał następny transport pereł Mikimoto na koronację króla Edwarda VII w Londynie jako dar cesarza Japonii. Przy okazji perły te wzbudziły zainteresowanie paryskich i londyńskich jubilerów. Perłami zajęła się też prasa. Korespondent New York Herald pisał w roku 1904, że w Japonii perły będzie się hodować na fermach jak ziemniaki w Ameryce. Dziennikarz rozmawiał z Mr. Mikimoto, który wyjaśnił mu, że „w żywą ostrygę wprowadza się tajnym sposobem macicę perłową, a następnie ostrygę tę wrzuca się znów do morza na cztery lata, podczas których wydzieliny ostrygi pokrywają ową drobinę tworząc tym sposobem perłę”.

Korespondent amerykański ubolewał nad tym, że nie wszystkie hodowane perły są okrągłe, ale wyrażał przekonanie, że perły Mikimoto zostaną życzliwie przyjęte przez publiczność.

Kiedy w roku 1905 cesarstwo japońskie wysłało swe wojska na pola Mandżurii - gdzie japońscy rybacy i chłopi walczyli przeciw chłopom rosyjskim i polskim - pan Mikimoto miał już na swych podmorskich pastwiskach jeden milion ostryg. Pan Mikimoto pełen był patriotyzmu. Wyrzekł się palenia, jakkolwiek kiedyś o zakład przebył całą drogę z Kobe do Toba zapalając papierosa od papierosa. Pan Mikimoto kazał w lutym nurkować dziewczętom w lodowatej wodzie morskiej, aby tylko uratować swe hodowle przed „czerwoną falą”. Pan Mikimoto nie wątpił ani przez chwilę w posłannictwo, jakie stało przed jego osobą: „Na lądzie i morzu japońscy żołnierze walczyli z Rosjanami pod gradem ognia i żelaza. Ja walczyłem przeciw czerwonej fali. W wojnie między dwoma krajami potrzebna jest broń. W wojnie interesu - potrzeba pieniędzy. Dlatego też ja zebrałem wszystkie kobiety-nurków, jakie tylko zdołałem wezwać...

Ale nurkujące dziewczęta uratowały przed czerwoną falą tylko część hodowli. Osiemset pięćdziesiąt tysięcy ostryg zginęło bez pożytku dla Mikimoto. Niedługo potem król pereł począł zbliżać się do szczytu swych pragnień: coraz częściej poczęto znajdować okrągłe perły w ostrygach jego hodowli. A gdy po klęsce carskiej Rosji do pobliskiej świątyni Ise przybył cesarz, aby poinformować swych przodków o wielkim zwycięstwie, odwiedził on też Mikimoto. Poszła po Japonii wieść, że syn bogów poświęcił całe siedemnaście minut na rozmowę z szanownym panem Mikimoto.

„Byłem w owym czasie podobny do kuglarza, który rzuca w powietrze kilka kuł, ale musi je wszystkie na raz mieć na oku” - mawiał Mikimoto, który przecież sam opracowywał technologię produkcji, wymyślał reklamę, metody handlu i dyktował ceny.

Król Pereł

Wydaje się, że przezwisko Króla Pereł nadane zostało Mikimoto przez dawno już zmarłego reportera z lokalnej gazety, który odwiedził go w jego siedzibie. Dziennikarz podkreślał skromność wielkiego przemysłowca, zaznaczając, że znalazł przy jego posłaniu tylko dwie dziewczyny o skórze ściemniałej od słońca i morskich fal, które dbały o pana Mikimoto. Kiosi Takahama, poeta, który odwiedził Mikimoto w roku 1912, dał z iście japońską dokładnością sporządzony wizerunek Króla Pereł, nie zapominając nawet o ważnym szczególe, że gdy Mikimoto zasiadł ze skrzyżowanymi nogami, to można było dostrzec wystające mu spod kimona kalesony koloru żółtego.

Mikimoto zawsze łączył głęboki patriotyzm z jeszcze głębszą troską o własny interes. Kroniki japońskie wspominają, jak Mikimoto zareagował na śmierć w roku 1912 cesarza Meidżi: „Zgon cesarza przeżył bardzo boleśnie... Dla uczczenia pamięci cesarza Mikimoto udał się do swej majętności, gdzie odseparował się całkowicie od świata zewnętrznego i sercem oraz ciałem poświęcił się bez reszty budowie japońskiego przemysłu perłowego”. W liście do córki Mikimoto pisał, że odżywia się tylko ryżem z marynowanymi śliwkami i że zrywa się z posłania o wpół do szóstej rano, aby po kąpieli morskiej zabrać się raźno do pracy.

.

Kokichi Mikimoto (1858-1954)

W kilka lat później Mikimoto ruszył w daleką drogę. W Szanghaju rozdawał garściami pieniądze tancerkom, „aby go wspominały” - ale ludzie z jego otoczenia nie byli wcale zaniepokojeni rozrzutnością szefa. Wiedzieli, że dawny kuglarz-amator ma w schowkach ściśle wymierzone porcje monet i że pozorna hojność ma na celu stworzenie wokół osoby Króla Pereł atmosfery bogacza, a tym samym skupienie nań zainteresowania sensacyjnej prasy.

Konkurencja bowiem była bardzo poważna - na trzech lokalnych targowiskach pereł kupcy z Indii i Mórz Południowych wystawiali swe towary. W odsiecz przyszli panu Mikimoto szanghajscy złodzieje, którzy włamali się do jego sklepu rozbijając skarbczyk z perłami. Na drugi dzień gazety podały na pierwszej stronie rewelacyjną wiadomość, że bogaty Japończyk pan Mikimoto ofiarowuje tysiąc juanów nagrody za wskazanie sprawcy. Co prawda włamywacza nigdy nie schwytano, ale perły znalazły się... w stawie w miejskim ogrodzie. Przynajmniej tak twierdził ich właściciel...

W roku 1924 Mikimoto został „Dostawcą Pereł i Klejnotów Dworu Cesarskiego”, a także wybrany został do Izby Parów z racji płaconego przez siebie wysokiego podatku dochodowego.

Już jako przedstawiciel ludu Mikimoto w asyście dwóch lekarzy ruszył w podróż do USA. Obie sławy lekarskie były bardzo przydatne w podróży, gdyż Mikimoto nie umiał nosić europejskich strojów, a więc dyżurny lekarz musiał mu wiązać krawat w podróży. Innym kłopotem było pożywienie, gdyż Mikimoto nie próbował nigdy niejapońskiego jadła. Świta Króla Pereł wyjaśniła jednak, że „Mikimoto uważał zawsze, że ubranie i pożywienie dane są przez Boga, a przeto cała sprawa nie stanowiła problemu”. Sam Mikimoto w ułożonym przez siebie poemacie uspokajał pozostałą w Japonii rodzinę:

W mej pierwszej podróży
Ziemniak i sucharek
Na morskiej fali.

Japończyk jedzący sucharki i ziemniaki! Ach - wzdychali poważni ludzie w Toba - czegośmy dożyli!

W Ameryce Mikimoto miał tak zwaną dobrą passę. Odwiedził kilku lokalnych królów stali i wielkich hurtowników, a Edison poinformował go, że usiłował sam stworzyć perły w probówce, ale że zarzucił te próby... Zachwycony tym przedwcześnie zniechęconym konkurentem Mikimoto powiedział wielkiemu wynalazcy mnóstwo uprzejmości, w stylu japońskim: „Skoro ty jesteś księżycem w świecie wynalazków, to ja jestem taką sobie niepozorną gwiazdką...”

Przed grobem Jerzego Waszyngtona Mikimoto wygłosił orędzie po japońsku, aby poinformować Wielkiego Amerykanina o sposobie hodowli pereł. Udzielanie zmarłym danych o aktualnym stanie wydarzeń jest tak przyjęte w mentalności japońskiej, że Król Pereł uważał swe wystąpienie za zupełnie naturalne i nie mogące nie zainteresować Jerzego Waszyngtona. Bardziej praktycznym zajęciem było zebranie muszli ostryg słodkowodnych z rzeki Missisipi, których odłamki po dziś dzień wprowadza się do ostryg japońskich.

Fałszywe czy prawdziwe?

Tymczasem Londyńska Izba Handlowa przegłosowała postanowienie nazywające perły Mikimoto „fałszywymi”. We Francji kupcy starali się uzyskać nakaz stosowania pereł Mikimoto tylko do ornamentacji celem dalszego eksportu - już pod firmą francuską. Doszło do licznych starć w sądach i organizacjach zawodowych, które Mikimoto wygrał. Pięknym trikiem reklamowym było wykupienie przez Mikimoto w samej Japonii pereł pośledniego gatunku, które osobiście spalił przed gmachem Izby Przemysłowo-Handlowej w Kobe. Tłumy patrzyły w milczeniu, jak Mikimoto w odświętnym czarnym kimonie zagarniał szuflą 750 tysięcy pereł wartości 25 tysięcy dolarów i rzucał je w ogień. Niewątpliwie chodziło tu też zarazem o podniesienie standardu przez wyeliminowanie z rynku towaru niskiej jakości.

Mikimoto zawsze był realistą. Podróżował zazwyczaj trzecią klasą pociągu, uważając nie bez racji, że do stacji docelowej klasa trzecia przybywa równocześnie z pierwszą. Realizm jego przejawił się jeszcze wyraźniej, kiedy w roku 1945 radio tokijskie poinformowało naród, że wojna jest przegrana. Niedługo później na biurku Króla Pereł zadzwonił telefon ostrzegający go, że amerykańskie samochody kierują się ku jego siedzibie. Mikimoto rozumiał ostrzeżenie. „Podajcie mi natychmiast flagę” – zawołał ten wierny sługa cesarza.

Ktoś z jego otoczenia zziajany pojawił się po chwili z piękną flagą Wschodzącego Słońca. „Nie tę, głupcze! Podaj amerykańską flagę!” - wrzasnął wzór patriotyzmu, członek Izby Parów i dostawca dworu cesarskiego.

Gdy flaga w gwiazdy i pasy łopotała na wietrze. Król Pereł pośpiesznie przebierał się w odświętne kimono, aby godnie powitać samotnego amerykańskiego sierżanta, który pojawił się przed domem. Mikimoto już przed bramą składał wyrazy hołdu przybyszowi, albowiem kupiecki patriotyzm jest elastyczny niby wahania cen pereł. Umilkł silnik jeepa, którego zakurzony kierowca wstąpił do rezydencji Króla Pereł, kończąc tym samym II wojnę światową na wyspie Tatoku. Amerykańscy generałowie rychło poszli w ślad samotnego sierżanta i wyspa stała się przedmiotem pielgrzymek dostojników z wojsk okupacyjnych. Dawni pracownicy zaczęli wracać z niewoli, do której dostali się po klęsce cesarskiej floty i armii, dziewczęta w białych kostiumach poczęły znowu nurkować na wodach oczyszczonych z min.

Dziewczęta w bieli

Dwudziestego września 1954 roku radiostacje japońskie zaczęły nadawać ostrzeżenia: „Tajfun »Maria« zbliża się do wybrzeży”. W portach gromadziły się zwinne statki, pracowici ludzie morza chronili się przed jeszcze jedną klęską żywiołową, którą bogowie tak często doświadczają zapobiegliwych wyspiarzy. Tego dnia Król Pereł nawiedzony został ciężką chorobą. Przez całą noc walczono o jego życie, ale walka ta została przegrana nazajutrz po południu. Nadeszły depesze od możnych tego świata, a gdy grzebano Króla Pereł, na końcu włożono mu do trumny jego melonik; jakże mógłby obejść się bez niego na tamtym świecie? W małej świątyni w Tobą reporter przybyły z daleka ogląda dwie urny, mieszczące prochy Króla Pereł - Kokici Mikimoto i jego wiernej żony. Król Pereł zszedł z tego świata w wieku lat 96, pozostawił 54 potomków i wielki przemysł, pozostawił po sobie pamiątkę w postaci pereł, które lśnią na szyjach milionów kobiet całego świata. A gdy grzebano Króla Pereł, w pochodzie szli japońscy harcerze i w tłumie pokazywano sobie sześćdziesięcioletnią kobietę, która przez 45 lat nurkowała, szukając na dnie oceanu pereł dla Kokici Mikimoto.

Byłem w Toba. Wypłynąłem na pełne morze, gdzie nieopodal małej wysepki, na której stoi posąg bogini-opiekunki nurkujących dziewcząt, mimo mroźnej pory znikały w głębinie młode dziewczęta odrywające od dna morskiego ostrygi. Ostrygi te przywieźliśmy następnie na wyspę Tatoku, gdzie przejdą operację, która w ciągu czterech lat umożliwi im złożenie życia na ołtarzu firmy Mikimoto. Posłuchajcie, proszę, kilku szczegółów o tym niezwykłym zawodzie!

Wychowana nad brzegami morza młodzież z tych stron czuje się tak samo dobrze w falach oceanu jak w małych papierowych chatkach, które za zasuwanymi drzwiami mają rozpostarte maty plecione z trawy. Japończycy są zdania, że pojemność płuc i odporność na zimno czyni z dziewcząt tamtejszych znacznie lepszych nurków, niż byliby nimi chłopcy. Myślę, że do tego dołącza się jeszcze tak charakterystyczna dla Japonii tendencja obarczania dziewcząt ciężkimi pracami, które w innych krajach wykonują jedynie mężczyźni. W japońskich hotelach po dziś dzień wyłącznie kobiety noszą bagaż podróżnych, są gońcami na posyłki - ciężko pracują.

Już dawna poezja japońska wsławiła dziewczęta z południa, które nago zapuszczały się głęboko pod powierzchnię morza w pogoni za ostrygami jadalnymi czy wodorostami stanowiącymi nieodłączny składnik japońskiej kuchni. Stałe obcowanie z morzem wyrobiło zresztą w tamtejszych kobietach niezwykłą siłę i wytrwałość. Oroku Kitamura - ta właśnie, co szła w kondukcie pogrzebowym Króla Pereł, dla którego przez 45 lat zapuszczała się na dno morskie, tak stawia sprawę: „My, kobiety-nurkowie, możemy zawsze nurkować, ale oczywiście mamy nieco krótszy oddech i nie możemy zbyt długo przebywać pod wodą, gdy jesteśmy w ciąży...”

Kokici Mikimoto zwrócił uwagę na dziewczęta, które były taką tanią siłą roboczą, a które tak wspaniale nurkowały. Trzysta dziewcząt wezwano do pomocy, kiedy „czerwona fala” po raz trzeci zachwiała groźnie podwodnym państwem ostryg należących do Mikimoto. Trzysta dziewcząt wbiegło w fale morskie, aby ratować zagrożone ostrygi? ahy pozbierać je do koszyczków plecionych z bambusa. Płynęły szybko, ich krótkie korpusy posuwały się wśród fal z rozmachem muskularnych ramion. Za nimi płynęli na łodziach mężczyźni, którzy odbierali od nich koszyczki z ostrygami, dostawiali je na brzeg, znowu zawracali i znowu wiosłowali ku brzegowi z drogocennym ładunkiem. Przez dwie doby dziewczęta praktycznie nie wychodziły z morza, a gdy ostrygi znalazły się na brzegu, to na piasku nadmorskich plaży kładły się pokotem śmiertelnie znużone dziewczęta, które uratowały majątek Króla Pereł.

Ama i ośmiornice

W tym zawodzie zaczyna się bardzo młodo. Szkolenie w nurkowaniu przechodzą jeszcze zupełne dzieci; gdy mają 11 czy 12 lat, zaczynają nurkować zawodowo. Najpierw na niewielkich głębokościach, potem coraz głębiej i głębiej. Siedemnastoletnie dziewczęta mogą już dwie do trzech minut odrywać ostrygi na dnie morza. Dziewczęta niegdyś nurkowały zupełnie nago, teraz mają białe kostiumy uszyte na miarę. Biały kolor ma rzekomo odstraszać rekiny wychodzące na żer akurat tam, gdzie ludzie nurkują w pogoni za perłami. Rekiny nie dały się przekonać teoriami o białym kolorze, nie przemawiają też do nich wpływy bogini pięknie wyrzeźbionej na nadmorskiej wysepce, a mającej opiekować się dziewczętami. Rekiny w roku 1957 wciągnęły w głębię dwie dziewczyny. Nigdy więcej już ich nie oglądano, nigdy nie wrócą do małych trzcinowych chatek na wzgórzach wokoło Tobą. Morze wyrzuciło tylko na brzeg koszyczki na ostrygi. Rekiny nie jadają bambusowych koszyczków, wolą młode dziewczęta. Turyści nie widzieli tego krótkiego dramatu. Turyści oglądają całe widowisko na brzegu, dokąd przybijają statki wycieczkowe. Panowie patrzą z zainteresowaniem, jak woda oblepią jędrne kształty młodej dziewczyny, panie patrzą z zaciekawieniem, jak zaraz na brzegu zostają otwarte muszle i wydobyte małe perełki. Turyści nie wiedzą, że ostrygi te zostały tam dostarczone jeszcze poprzedniego dnia wieczorem, gdy oglądanie się już skończyło i trzeba przygotować kolejną porcję silnych wrażeń dla następnej porcji naiwnych. Turyści nie wiedzą, że dziewczyna nurkująca tuż przy brzegu nie ryzykuje nic ani niczego, że została na kilka dni wydzielona z grona koleżanek, które nurkują na pełnym morzu, tam, gdzie można spotkać w głębinie prawdziwe ostrygi perłonośne i prawdziwego rekina.

Na pełnym morzu dziewczęta zwane „ama” nurkują obciążone małym balastem przyczepionym do sznura. Nurkują z łodzi i sznurem sygnalizują, kiedy mają być podniesione z powrotem. Na lodzi zrzucają z siebie kostiumy, dygocąc z zimna, przytulają się do siebie, aby się jakoś ogrzać. Dziewczęta nurkują również w zimie. Niechętnie zapuszczają się na dno, gdy deszcz pada lub jest bardzo pochmurno, gdyż wtedy widzialność zmniejsza się bardzo.

Dyrekcja Mikimoto woli mężatki. Panny mają być rzekomo bardziej roztargnione, mają inne kłopoty poza pracą - twierdzą panowie, którzy w dobrze ogrzanych nowoczesnych budynkach na wzgórzu nad Tobą kierują pracą nurkujących dziewcząt. Mówią oni, że najlepiej nurkują kobiety między 25 a 40 rokiem życia. Dziwne natomiast są sentymentalne zachcianki tych proletariuszek morza. Niechętnie zapuszczają się na dno z łodzi wypływających na pełne morze, o ile nie wiosłują na tych łodziach ich mężowie. Mężczyźni ci nadzorują też wtedy sznury, tę więź między młodą kobietą na dnie a jej mężem na łodzi. Mówią one, że niekiedy sygnały dawane sznurem są tak słabe, że nie wyczuje ich nikt, kto nie jest sercem zainteresowany losem tej, która o wiele metrów pod chybocącą się łódką odrywa ostrygi od dna morskiego. Zaiste, dziwne zachcianki mają te kobiety...

Zazwyczaj więc tata wiosłuje na lodzi, z której mama nurkuje. Niekiedy jednak, gdy mama z dziewczynkami poszły, aby zarobić na miseczkę ryżu pracą na dnie morza, tata został w domu, aby kołysać najmłodsze pociechy i - gdy czas dopisze - poplotkować sobie trochę przez bambusowy płotek z sąsiadem, którego domowe „ama” również harmonijnymi ruchami poruszają się teraz w morskiej głębinie. Ach, ci mężczyźni - im tylko plotki w głowie...

Nieodżałowany pan Mikimoto kazał swym pracownikom surowo żyć. Jedynie przez trzy dni w roku wolno było na Wyspie Pereł pić ryżowe wino, palenie było surowo zakazane. Gdy pewien wielce szanowny pan, członek przybocznej cesarskiej rady, zjawił się tam w roku 1910 i ktoś z jego świty zażądał od pracowników pana Mikimoto papierosa - to odpowiedzią była salwa śmiechu. Okazało się, że na całej wyspie nie ma ani jednego wytworu cesarskiego monopolu tytoniowego.

Pan Mikimoto kazał swoim dziewczętom pracować przez okrągły rok. Święta i dni wolne od pracy wyznaczał on sam. A więc nie nurkowano 11 każdego miesiąca - dla uczczenia dnia, kiedy znaleziono pierwszą półokrągłą perłę, nie nurkowano 25 każdego miesiąca - gdyż sam Król Pereł urodził się dwudziestego piątego. Osiemnastego nie pracowano, gdyż trzeba było uczcić datę wysłania na dwór cesarski pierwszego transportu pereł. Przez wszystkie pozostałe dni wrzała robota. Pracownicy Mikimoto mieli pracować i rozmnażać się. Od ostryg perłonośnych wymagano tylko rozmnażania.

Dziewczęta w bieli raz po raz ratowały majątek swego chlebodawcy - lub raczej ryżodawcy. One walczyły z „czerwoną falą”. One w roku 1911 wybawiły Mikimoto z jeszcze jednego niebezpieczeństwa. Kroniki wspominają, że tysiączne hordy ośmiornic ruszyły w tym czasie do szturmu na podwodne pastwiska Mikimoto. Morze zaroiło się od ich ohydnych cielsk, pokryte guzami ramiona zręcznie otwierały muszle i wyciągały z wnętrza mięso ostryg.

Zaalarmowany Mikimoto nakazał zastawienie pułapek, ale wszystkie pułapki z całej Japonii nie wyłapałyby ośmiornic, które napadły na ostrygi pana Mikimoto. Znacznie prostsze było wysłanie przeciw tej pladze dziewcząt z włóczniami. I znowu przez całe godziny i dni, aż do zupełnego wyczerpania, młode dziewczęta zapuszczały się z włóczniami na głęboką wodę. Kotłowało się na dnie, kiedy ośmiornice walczyły o dostęp do przysmaku, atakując dziwne stwory w bieli, które ostrymi żądłami zadawały im złośliwe ukłucia. Dziewczęta bitwę tę przegrały. Najzręczniejsza dziewczyna w Toba ma bowiem tylko dwoje ramion, ośmiornica ma ich znacznie więcej.

„W pamięci dotąd żywe wspomnienia”

Wszelkie zasady sztuki reporterskiej nakazywałyby właściwie powrót do sali opery paryskiej, opowiedzenie dalszego ciągu libretta. Opera Poławiacze pereł zrobiła teraz światową karierę - ale krytycy są zgodni co do tego, że młody Bizet nie potrafił w tym utworze tak umiejętnie zastosować kolorytu lokalnego jak w Carmen czy innych późniejszych operach. Koloryt lokalny - to rzecz trudna... Nie kończmy libretta, stara to opera i nie wyczuwa się zapachu morza w dusznych od spiekoty reflektorów zakamarkach paryskiej opery. Gdy myśliwy Nadir intonuje tenorem słynną arię „W pamięci dotąd żywię wspomnienia” - wracam i ja do mych wspomnień o poławiaczkach pereł, wracam do kolorytu lokalnego.

Wieje mroźny, lutowy wiatr. Motorówka chybocze się rzucana falą, w oddali maleńka wysepka z posążkiem bogini Hitotsuha Kannon, która bronić ma dziewcząt przed rekinami. Cichnie wyłączony silnik motorówki, szykuję aparat do zdjęć, kiedy dwa szybko po sobie następujące chlupoty powiadamiają, że obie dziewczyny zanurzyły się w lodowatą wodę. Jeszcze chwila i pięty ich widać przez chwilę tuż nad falami, potem przez moment śledzę jeszcze ich ruchy pod powierzchnią morza, ale w końcu i biel ich strojów rozpływa się w nicość. Wynurzają się o kilka metrów dalej, znowu znikają i znowu twarze ich ukazują się nad powierzchnią, napiętnowane zaciekłością.

Teraz znowu ich nie ma. Daremnie patrzę w miejsce, gdzie się zanurzyły. Chyba ze dwie minuty mijają, nim zjawiają się znowu - ale o kilkanaście metrów stąd. Niby foki gramolą się niezdarnie na brzeg skalistej wysepki - czyżby woda była ich właściwym żywiołem? A może raczej zziębnięte ciało dopiero na mroźnym wietrze kostnieje jeszcze bardziej niż w lodowatej wodzie. Dziewczęta biegają wokoło posążka, aby się rozgrzać - nie będzie chyba bogini uważać tego za brak czci, nie cofnie im swej łaski, jak to już raz uczyniła z dwiema dziewczętami, które wydała na żer drapieżnikom...

Silnik znowu terkoce miarowo. Podpływamy pod wysepkę, obie skaczą na pokład i zaraz zbiegają do maszynowni, gdzie silnik wydziela ciepło. Ciepło - rozumiecie? Nie zwracają uwagi na sternika, w Japonii nagość nie jest niczym wstydliwym. Jeszcze chwila i ich krępych, muskularnych ciał nie przykrywa kostium nakazany przez nieodżałowanego pana Mikimoto. Szybko wycierają się maleńkimi wilgotnymi ręcznikami i narzucają na siebie coś w rodzaju płaszczy z kolorowego, taniego barchanu. Popatrzcie na ich ręce - dłonie zaciskają się w jakimś kurczu z zimna. Z termosu nalewają sobie zieloną nie cukrzoną herbatę, potem oglądają z namaszczeniem łup mizerny, starannie umieszczony w bambusowych koszyczkach. Gdy dobijamy do brzegu, dziewczęta kłaniają się nam głęboko. Przecież jesteśmy mężczyznami, a ci nie nurkują w lodowatej wodzie, umieją za to sterować motorówką, obsługiwać maszyny w ciepłym pomieszczeniu czy robić zdjęcia z pokładu.

W pięknym sklepie przy ulicy Gindza w Tokio uważnie nadsłuchuje się wieści z całego świata. Podobno na wodach australijskich ostrygi znacznie szybciej tworzą perły, podobno Czesi wytwarzają sztuczną biżuterię, a zwłaszcza perły tak doskonale, że tylko wybitni znawcy potrafią je odróżnić od tworów pana Mikimoto. Powodów do alarmu oczywiście nie ma, przetrzymaliśmy najazd ośmiornic i „czerwoną falę”, przetrzymamy i konkurencję, moi panowie!

Usłużnie zgięci subiekci suną bezszelestnie prezentując nowe kolekcje. Przybiega niski pan z wydziału kontaktów z publicznością i wręcza kolorowy kalendarz. Na okładce kalendarza piękna półnaga dziewczyna, która ma nogi owinięte w połyskującą folię. Połyskujące zęby tej japońskiej syreny wyszczerzone są w uśmiechu na widok pięknej, połyskującej kolii pereł, którą trzyma w prawej dłoni, na tle wzburzonego morza. Pan z public relations każe podziwiać piękno skośnookiej syreny, opowiada, że jest to zawodowa modelka, że nigdy nie nurkowała w morzu, że przez wiele dni pracowano, aby jej zdjęcie umiejętnie wyciąć i nakleić na tle morza. W pracowni fotografa było ciepło, zapłata za pozowanie była widać godziwa, gdyż półnaga dziewczyna demonstruje prawdziwy uśmiech, swe własne piersi oraz perły firmy Mikimoto.

W sklepie jest już kilku pierwszych interesantów. Chętnie obejrzą nowe kolekcje, może nawet dadzą namówić się na kupno. Kupicie czy nie - wasza sprawa. Ale nie mówcie, proszę, że perły Mikimoto nie mają historii.

Powrót do spisu treści