Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Lepszy niż pies

Policjant z Kununurra, z doliny Ord w Kimberley, sam jeden utrzymuje ład na terytorium, którego powierzchnia odpowiada kilku województwom w Polsce. W osadzie nie ma za dużo roboty. Czasem bywalcy pubu wypiją za dużo i skaczą sobie do oczu, Kiedy im się kurzy pod kapeluszami z szerokim rondem. Policjanta zazwyczaj nie trzeba dopiero wzywać - jest już przeważnie na miejscu. Ale jego rejon - to także busz i pustynia, rozciągająca się zaraz za domami osady, tej wyspy cywilizacji na oceanie bezludzia Kimberley. Tam żyją plemiona, które koło oglądały tylko u przelatującego nad nimi samolotu. Plemiona, które od tysięcy lat krążą w poszukiwaniu jadła. Plemiona, o których ciągle jeszcze wie się niewiele.

Samotność policjanta w obliczu przestrzeni nikogo nie dziwi. Daje sobie radę, ma przecież czarnych tropicieli śladów - powiadają mieszkańcy Kununurra. I to już wyjaśnia wszystko.

Tropić, aby jeść

Już półtora wieku temu policja australijska wpadła na pomysł wykorzystania niebywałych umiejętności czarnego ludu, który tropi, aby jeść. Od pokoleń u czarnych myśliwych wyrobiła się fenomenalna zdolność odczytywania śladów z taką łatwością, z jaką my czytamy maszynopis przyblakły nieco pod wpływem czasu. Ludzie, żyjący na najbardziej niegościnnych terenach świata, jedli wszystko, a więc i tropić musieli wszystko, nawet po śladach, jakie zostawią na kamienistym gruncie wąż czy jaszczurka.

Nie mieli nigdy koni, zwierzynę ścigać musieli na własnych nogach. Stąd też wyrobili w sobie niewiarygodną wytrzymałość i szybkość marszu. Znane są wypadki, kiedy czarny myśliwiec wyciągniętym kłusem przebiegł w ciągu dnia ponad 150 km, inny znowu w niecały tydzień przebył prawie 600 km, spożywając przy tym tyle jadła i wody, ile biały człowiek potrzebowałby w ciągu jednej doby.

Jest to tym ciekawsze, że tubylcy potrafili wchłonąć nieprawdopodobne ilości pokarmów. W kronikach wyprawy Edwarda Johna Eyre’ego w 1841 roku z Adelaide do Albany zachowała się rzeczowa relacja o czarnym Australijczyku zwanym Wylie, należącym do ekipy. Eyre notuje, że przekazał tubylcowi konia, którego trzeba było zastrzelić. Nocą Wylie zabrał się do przygotowania uczty. „Między wieczerzą a śniadaniem Wylie zjadł około trzech kilogramów ugotowanego mięsa bez kości, użalał się, że miał tak mało wody, iż prawie wcale nie mógł zajadać...” - zapisał skrupulatnie Eyre. Wylie trochę koniny schował sobie na zapas, a kiedy w kilka godzin potem Eyre zastrzelił młodego kangura, to Wylie znów zasiadł do posiłku.

Najpierw spożył blisko kilogram rumaka z odrobiną chleba. Potem zjadł wnętrzności, wątrobę, ogon i dwie zadnie nogi kangura. Do tego doszedł pingwin, którego znalazł na wybrzeżu. Następnie poszła cala skóra kangura. Potem ułożył się do snu, pewnie marzył o czymś smacznym...

A jednak trzeba nadmienić, że tenże Wylie obywał się głodowymi przydziałami, kiedy wyprawa znalazła się w opałach. Nie zbadane są właściwości ich ciała umożliwiające im spanie nago na śniegu czy wędrowanie godzinami przez pustynię pod palącymi promieniami słońca.

Żaden patrol policji nie ruszy w teren Kimberley bez tropiciela śladów. On przeprowadzi patrol przez tereny najbardziej niedostępne. Ma fotograficzną pamięć, przelot ptaków czy pełzanie węży są dlań cennymi informacjami, które nanosi na mapę rejonu, jaka rysuje się w jego umyśle. Płaski kamień leżał na pustyni kilkadziesiąt tysięcy lat, nim potrącił go i odwrócił na drugą stronę przechodzący człowiek lub skaczący potężnymi susami kangur. Tym samym znalazła się w polu widzenia ta strona kamienia, która nie była wystawiona na działanie promieni słonecznych, a więc mająca inny odcień. Tej różnicy w barwie nie dostrzeżesz ani Ty, ani ja, ani w ogóle żaden biały człowiek. Będzie to natomiast ważna cegiełka do gmachu wiedzy o wydarzeniach, jaki błyskawicznie buduje sobie idący po tropie czarny człowiek.

Wskazówką dla niego jest ziarnko piasku, które dojrzał na listku krzewu. Odczyta treść z przydeptanego źdźbła trawy. Dla niego nie ma na świecie dwóch ludzi o identycznym sposobie chodzenia. Powie, czy człowiek, którego tropi, jest wypoczęty, czy też zmęczony, czy jest chudy, czy też zażywny, opisze dość dokładnie osobę, której nigdy nie widział. W Kununurra opowiadano mi o myśliwcu, który podczas łowów ujrzał ślady obozowiska grupy koczowników. Były tam między innymi ślady stóp jego siostry, której nie widział kilka lat, wobec czego ruszył po tropie i po kilku dniach doszło do spotkania rodzeństwa...

Tropiąc stado koni, które spłoszone popędziło w step - czarny człowiek odróżnia doskonale ślady kopyt poszczególnych rumaków.

Nasz rodak, który w stanie Australia Południowa brał kilka razy udział w poszukiwaniach zaginionych na pustyni i widział w działaniu czarnych tropicieli śladów, powiada: „On jest lepszy niż pies. Jemu można wydać rozkaz, a on powie, co widzi. Samolot jedynie pomaga w obserwacji wielkiego terenu, tropiciel śladów nie tylko odczytuje to, co się stało, ale też potrafi przewidzieć dalsze postępowanie ściganego zbiega. A pamięć ma taką, że przy nim słoń jest zaawansowanym sklerotykiem...”

Co się stało w Ceduna?

Jedynym tropem były ślady stóp na piasku, które wiodły z jaskini do pobliskiego basenu, potem zawracały znów w stronę jaskini, a później wiodły plażą w kierunku szosy prowadzącej do Ceduna.

Czarni tropiciele śladów ściągnięci przez policję ustalili, że ślady zostawiły bose stopy „wykształconego tubylca”, to znaczy tubylca, który żył między białymi i przejął ich sposób bycia. Co więcej, ustalili także, że człowiek ten należy do plemienia Aranda, żyjącego w środkowej Australii.

Rupert Max Stuart urodził się w 1932 roku i był tubylcem „siedem ósmych”, czyli z niewielką domieszką krwi białego człowieka. Nigdy nie chodził do szkoły, jego siostra nauczyła go tylko, jak się podpisywać, a i to tylko „drukowanymi" literami. Został wtajemniczony w plemieniu Aranda. We wrześniu 1958 roku został zaangażowany jako siła pomocnicza przy wędrownym „wesołym miasteczku”, które objeżdżało osady Australii z karuzelą, stoiskiem strzelniczym i podobnymi jarmarcznymi atrakcjami. Pomagał przy rozbijaniu namiotów, a za pracę w którymś ze stoisk miał dostawać udział w zyskach. 19 grudnia całe to przedsiębiorstwo na kółkach dotarło do Ceduna, osady, położonej o 500 mil na zachód od miasta Adelaide, stolicy stanu Australia Południowa. Pierwszy dzień przyniósł słabe zainteresowanie atrakcjami, nazajutrz, w sobotę, powodzenie było już znacznie większe.

Tymczasem na plaży między Ceduna a Thevenard 9-letnia Mary Olive Hattam bawiła się ze swym bratem i jego kolegą. Chłopcy rozstali się z nią około godziny 14.30, ale kiedy dziewczynka nie wróciła do domu na noc - zaniepokojeni rodzice powiadomili policję w Ceduna. Tuż po północy odnaleziono jej zwłoki w jaskini, koło której bawiła się jeszcze w południe. Badanie ustaliło, że została zgwałcona i zamordowana. Prysł nastrój świąteczny w małej mieścinie, kiedy rozeszła się wieść o tragedii.

Następnego dnia rano „wesołe miasteczko” sposobiło się do odjazdu. Właściciel chciał się rozstać ze Stuartem, który za bardzo zaglądał do kieliszka, i zostawił tubylca na miejscu. Znalazł on sobie pracę przy przesypywaniu pszenicy, ale już po kilku godzinach został zatrzymany przez policję, która zdążyła ustalić, że należy on do plemienia Aranda, a więc właśnie tego, które wymienili tropiciele śladów. Zaprzeczał wszystkiemu, ostatecznie jednak tropiciele śladów porównali jego ślady z tymi, które zostały na miejscu zbrodni i byli pewni, że to właśnie on je tam zostawił. Wreszcie sam Stuart podpisał protokół, w którym przyznaje się do morderstwa. Wydawać by się mogło, że sprawa jest zakończona. W stanie Australia Południowa istnieje nadal kara śmierci, można było przypuszczać, że tubylec zawiśnie na szubienicy w więzieniu w Adelaide. A jednak sprawa ta przeszła przez wszystkie instancje i była burzliwie dyskutowana.

„Zbrodnia białego człowieka”

Miał obrońcę z urzędu, nazwiskiem O’Sullivan, który wierzył w jego niewinność. Stuart oświadczył przed sądem: „Nie umiem ani czytać, ani pisać. Nigdy nie chodziłem do szkoły. Nie widziałem tej małej dziewczynki. Nie zabiłem jej. Policja mnie pobiła. Dusili mnie, kazali tak zeznać… To odwołanie zeznań nie zrobiło wrażenia na ławie przysięgłych. Został skazany na śmierć i zgodnie z prawem miał być powieszony na dwudziesty ósmy dzień po ogłoszeniu wyroku. Apelacja została odrzucona.

W celi śmierci odwiedził go pewien ksiądz, który długo przebywał między plemieniem Aranda. Rozmawiając ze skazańcom doszedł do przekonania, że człowiek ten nie może być mordercą. Poprosił o pomoc pana Strehlow, uważanego za światowy autorytet w dziedzinie języków australijskich tubylców. Uczony oświadczył, że Stuart nie mógł złożyć zeznania, jakie mu się przypisuje, gdyż nie zna na tyle angielskiego. Powiedział także, że tubylec nigdy nie zgwałciłby ani nie zamordował dziecka, że to jest „zbrodnia wyłącznie białego człowieka... Strehlow rzucił na szalę cały swój autorytet uczonego, wskazując na różne rozbieżności w zeznaniach tubylca i na używanie przez tego domniemanego mordercę słów, których znaczenia nawet nie rozumiał.

Termin egzekucji odkładano kilkakrotnie pod naciskiem opinii publicznej, wreszcie w przeddzień wykonania wyroku rząd stanu nakazał odroczenie o dalsze dwa tygodnie i Sullivan poleciał do Londynu, aby tam przekazać sprawę ostatniej instancji, a mianowicie Królewskiej Tajnej Radzie Przybocznej. Po raz pierwszy w dziejach pięciu lordów, wyznaczonych do kompletu sędziowskiego, miało rozstrzygnąć w sprawie tubylca. Odrzucili tezy obrony, zrozpaczony adwokat miał już przekonanie, że nic nie uratuje jego ciemnoskórego klienta od stryczka. Siedział w swym pokoju hotelowym w Londynie, kiedy nagle odezwała się telefoniczna centrala zamorska. Z Australii donoszono, że ów ksiądz postanowił na własną rękę wszcząć śledztwo i że przebył ponad 50 tysięcy kilometrów w poszukiwaniu dowodów niewinności tubylca. Odnalazł to „wesołe miasteczko”. Pracownicy przedsiębiorstwa złożyli zeznanie, z których wynikało, że Stuart był z nimi przez cały czas, kiedy dokonano morderstwa, a więc że ma alibi. Adwokat następnym samolotem wrócił do Australii. Ustanowiono Królewską Komisję do ponownego rozpatrzenia sprawy, zaś karę śmierci zmieniono na dożywocie.

Tymczasem znaleźli się inni świadkowie, którzy podważyli alibi, mieszkańcy zaś Ceduna wysłali gniewny protest przeciw... ingerencji w sprawiedliwość. Ostatecznie nie udało się podważyć wyników śledztwa, które zaczęło się od śladów na piasku i Stuart pozostał w więzieniu...

„Twoja zabić, inspektor!”

Czarny tropiciel śladów nigdy nie ma broni, nawet jeżeli tropi uzbrojonego przestępcę. Ma tylko parę kajdanek, ma je założyć na przeguby przestępcy, kiedy ten uśnie. Nie podchodzi więc na odległość strzału, czeka tylko, kiedy nadejdzie sen. Takie pościgi trwają więc miesiącami. To zmaganie na wytrzymałość między ściganym i ścigającym jest czasem tym bardziej zażarte, że obaj mogą należeć do tego samego plemienia, a więc mają równe szansę w terenoznawstwie.

Niedawno w rejonie Wyndham, na zachód od Kununurra, doszło do krwawej bitwy na pustyni. Dziewczyna, która od niemowlęcia obiecana była starcowi ze swego plemienia, poślubiła młodego człowieka. Ta zniewaga krwi wymaga. Starzec domagał się zwrotu tej, która należała mu się z racji umowy. W walce zabito jednego człowieka.

Wieść o tym doszła do Wyndham. Czarne plemiona mają doskonałą łączność. Na niewielkich odległościach porozumiewają się stukaniem dwóch drewnianych kołków. Jest to coś w rodzaju alfabetu Morsa, tyle tylko, że „nadawanie” odbywa się z niebywałą szybkością. Rozmowy długodystansowe przeprowadza się za pomocą sygnałów dymnych. Ognisko daje płomień, mokre liście wywołują dymienie, mata zaś utkana z trawy nadaje kłębom dymu odpowiednie kształty czy ustala częstotliwość sygnałów. A więc prosty słup dymu zwiastuje pojawienie się w okolicy stada zwierzyny, dwa obłoki dymne, następujące tuż po sobie, powiadamiają, że ktoś zginął tragicznie...

I oto kiedy taki właśnie sygnał przekazano do Wyndham, ruszył stamtąd patrol, aby ująć mordercę. Policjant Jack Purkiss i jego czarni tropiciele śladów byli w drodze 5 miesięcy. Mieli ze sobą mąkę i peklowaną wołowinę, do tego jeszcze łowili ryby, łapali żółwie, zabijali kangury i dzikie gęsi. Łącznie przebyli 7000 km, nim ujęli sprawcę zabójstwa i doprowadzili do Wyndham.

Czasem dostają zadanie tragiczne, jak na przykład tropienie pobratymców, którzy zbiegli z leprozorium w Darwinie. Czarni ludzie dogorywający na trąd, którzy uciekają w rodzinne strony, aby tam w samotności dokonać życia - oto osnowa wielkiego dramatu.

Czarni tropiciele śladów wykorzystywani byli przez sprawiedliwość białego człowieka sporadycznie już od roku 1820, jednak na stałe zaangażowano ich po słynnej „aferze Griffina” w 1867 roku. Znaleziono wtedy nad rzeką Mackenzie zwłoki dwóch policjantów. Morderca zabrał im 10 000 australijskich funtów w zlocie, które wieźli na wypłatę poborów dla górników w kopalni w Clermont.

Pościgiem dowodził as służby śledczej, inspektor Griffin, który miał też pod swymi rozkazami 19-letniego czarnego tropiciela śladów. Sprowadzony na miejsce zbrodni młodzieniec obejrzał dokładnie ślady wokół zastrzelonych policjantów, potem spojrzał na buty swego szefa i wskazał nań palcem, mówiąc „Twoja zabić, inspektor!”

Griffin, zasypany lawiną pytań, załamał się i zeznał, że zastrzelił oraz obrabował swych podwładnych, ponieważ miał „honorowe” długi karciane, a żadnych widoków na spłacenie tych należności z własnej pensji. Powieszono go po miesiącu.

Zbrodnia w Zatoce Zdrady

Czasem tropiciel zbaczał z drogi ścigania przestępców na szlak własnych grzechów wobec prawa białego człowieka. Tragiczny był koniec tropiciela zwanego Mosquito, powieszonego w Hobart w lutym 1825. Żalił się, że krzywdą jest wieszanie czarnych ludzi, bo „biali są do tego przyzwyczajeni...”

W czerwcu 1933 roku doszło do buntu czarnych skazańców w słynnym więzieniu w Fanny Bay koło Darwina. Ostatecznie udało się zbiec tylko jednemu. Zwał się Nemarluk i należał do plemienia Brinken, które żyje na bagnistych równinach między rzekami Daly i Victoria. Teren jest bardzo trudno dostępny od lądu, natomiast czasem małe stateczki wchodzą w ujścia rzek, aby zaopatrzyć się w słodką wodę czy świeży prowiant. Japońscy poławiacze pereł byli znienawidzeni przez plemię Brinken, gdyż porywali kobiety na swe statki.

Na początku 1932 roku wojownicy z plemienia Brinken, skryci na wybrzeżu, obserwowali bacznie manewry japońskiego statku Ouida, który zawinął do Zatoki Zdrady (Treachery Bay) i tam zarzucił kotwicę. Ponura nazwa zrodziła się w 1839 roku, kiedy porucznik Stokes ze statku Beagle został znienacka napadnięty i niemal nie wyzionął ducha z powodu ran zadanych dzidą.

Nemarluk z innymi wojownikami podpłynęli pirogą do japońskiego stateczku, aby sprzedać marynarzom dzikie gęsi. Nazajutrz dowieźli świeżej wody, a także zapowiedzieli, że dostarczą załodze Ouida kilkanaście dziewcząt w zamian za wino ryżowe oraz spirytus metylowy. Ośmielony przyjaznym przyjęciem ze strony plemienia, które było postrachem tych stron - kapitan statku wybrał się na polowanie na kaczki i gęsi w pobliskiej lagunie. Przewodnikiem był Nemarluk, który zamordował kapitana uderzeniem maczugi w głowę.

Wojownicy wrócili potem, aby przekazać załodze „rozkaz” kapitana wzywający ją do zejścia na ląd i uczestniczenia w gromadzeniu zapasu słodkiej wody. Tym systemem zamordowano jeszcze dwóch Japończyków, wojenne pirogi ruszyły w pościg za statkiem bez dowódcy. Ouida wpadła na mieliznę, zginęło jeszcze kilku marynarzy, niedobitki dotarły do posterunku policji nad rzeką Daly. Rozpoczął się pościg, o którym mówiła cała Australia.

Bul Bul wchodzi do akcji

Patrole z trzech różnych posterunków zaczęły przeczesywać teren. Policjant Ted Morey i towarzyszący mu tropiciel śladów w czasie akcji przebyli pieszo prawie 90 km w jeden dzień - starając się przy tym ominąć ostrzegawcze czaty, jakie rozstawiło plemię Brinken. Kolejno aresztowano uczestników masowego morderstwa, tylko Nemarluk uszedł pogoni.

Na trawie poruszał się bardzo powoli, stawiając stopy tak, aby utrudnić „odczytanie” śladów. Na twardym gruncie poruszał się nie potrącając kamieni. Policja wiedziała, że Nemarluk ma zasłużoną opinię uwodziciela, wobec czego zwróciła się o pomoc do mężów, którym czarny Don Juan przyprawił rogi. Musiało ich być sporo, skoro gdy przyłączyli się do pościgu - to krąg zacieśniał się coraz bardziej. Aby zmylić swych prześladowców, Nemarluk wskoczył do rzeki Fitzmaurice, w której roi się od krokodyli, tam położył się na dryfującej kłodzie drzewa i tak niedostrzeżony minął nocą posterunki strzegące brzegów rzeki. Miał przy sobie zapas włóczni, który jednak kurczył się szybko, gdyż Nemarluk ciskał nimi w eskortę krokodyli, które pełne nadziei na posiłek towarzyszyły mu w jego podróży na pniu drzewa.

W nocy dobił do brzegu, wdrapał się na wysokie drzewo i przywiązał się do konara, aby się przespać. Krokodyle wypełzły z wody i cierpliwie czekały pod drzewem, aż śniadanie spadnie. O świcie Nemarluk zeskoczył między trzy krokodyle i popędził dalej. Pół roku trwał pościg, nim tropiciele śladów, dyszący żądzą zemsty małżonkowie oraz policjant dopadli go śpiącego na trzęsawisku. Został skuty i na łańcuchu prowadzono go pieszo 500 km do Darwina.

Ale na tym nie skończyła się sprawa „Król przeciw Nemarluk”, gdyż w cztery miesiące po osadzeniu w więzieniu Nemarluk zorganizował masową ucieczkę, z której jednak - jak wspomniałem - skorzystał ostatecznie tylko on sam. Brodził po pas w wodzie, nie zostawiając żadnych śladów. Potem odnalazł szlak, którym konwojowano go do więzienia i przez nie znane sobie okolice dostał się znów na teren swego plemienia.

Wiedział już jednak, że nie może liczyć na pomoc swych ziomków. O świcie pewnego dnia dostrzegł pięciu wojowników kroczących gęsiego przez zarośla, na ciele mieli czerwone znaki, jakimi mężczyźni z plemienia Brinken przyozdabiają się, kiedy składają ślubowanie, że kogoś zabiją... Nemarluk zrozumiał, że plemię wie o tym, że odzyskał wolność i że ci, którzy obawiają się, że zjawi się, aby załatwić porachunki z ludźmi pomagającymi w pościgu - postanowili uprzedzić zamiary zbiega i zgładzić go, nim zacznie się mścić.

Nemarluk zakradł się i cisnął włócznią w jednego z wojowników, pozostali rozbiegli się przerażeni. Przez trzy godziny pojedynczo atakowali zbiega, nie zdobyli się na wspólne działanie. I z tej walki wyszedł zwycięsko, zostawiając na placu boju pięć trupów.

Pościg policyjny działał bardziej zorganizowanie. Do akcji odkomenderowano słynnego tropiciela śladów imieniem Bul Bul, który nawet przez swych kolegów po fachu uważany był za fenomen.

Nie gubi się cienia

Opowiadano mi, że Bul Bul potrafił tak pełzać wśród gęstej trawy, sięgającej człowiekowi do ramion, że trudno było dostrzec najlżejsze nawet poruszenie roślin. Nie dorównywał mu sławą nawet słynny tropiciel śladów ze stanu Queensland, któremu wyraz wiecznego uśmiechu na czarnym obliczu zjednał przezwisko „Happy”. Ten z kolei miał pomóc w sprawie żony farmera, która przepadła bez wieści. Podejrzenia szły w określonym kierunku, wiedziano bowiem, że zaginiona była katowana przez męża, ale jak długo nie było zwłok, cala sprawa nie ruszała z miejsca. „Happy” został przywieziony na fermę, wydano mu rozkaz: „Znaleźć biała Mary ona należeć ten facet”.

Tropiciel śladów przeszedł przez bramę, kroczył przed siebie jakimś szlakiem, który był widoczny tylko dla niego samego. Za nim szli policjanci, milcząc obserwowali niesamowity marsz w poszukiwaniu trupa. Po kilku godzinach zawiódł ich na dno wyschłego strumienia, tam podniecenie jego wzrosło, mamrotał niewyraźnie, że coś czuje... Wreszcie wskazał palcem na jakieś miejsce: „Kopać! Biała Mary tu!” Przyniesiono łopaty i wykopano zwłoki ze zmiażdżoną czaszką.

Wracając do Bul Bul i jego akcji: to jest epos, który zapłodniłby wyobraźnię Homera lub Hemingwaya. Pojedynek trwał osiem miesięcy. Bul Bul jak cień posuwał się za Nemarlukiem. Ścigany kilkakrotnie zaczajał się na swój cień. Bul Bul nie mógł spuścić Nemarluka z oczu, a wiedział przy tym, że zapłaci śmiercią za każdy nieostrożny krok, że pomyli się tylko jeden raz...

Patrole policyjne wycofano z akcji, kiedy zorientowano się w taktyce zbiega. Nemarluk bowiem tropił... tropicieli. A więc celowo naprowadzał pościg na swój własny, wyraźnie zostawiony ślad. Widząc, że patrol depcze mu po piętach, Nemarluk zataczał półkole i wchodził na szlak wydeptany przez kilku ludzi patrolu, czyli zyskiwał na jakiś przynajmniej czas zatarcie śladów. Tym samym mógł się zdrzemnąć, a przecież sen był największym problemem dla zbiega.

Sen był takim samym problemem i dla Bul Bul, kiedy po kilku miesiącach bezowocnej akcji ściągnięto patrole i na placu zostali tylko dwaj wojownicy tego samego plemienia. Obaj mieli na ciele wymalowane znaki wojowników, jeden uciekał przed prawem białego człowieka, drugi zaś je reprezentował. Nemarluk wlókł za sobą swój cień podczas ośmiu miesięcy pojedynku, który rozgrywał się na trasie ponad 700 km. Obaj mieli równe szansę, obaj musieli nie tylko walczyć, ale i łowić zwierzynę, aby przeżyć, obaj wreszcie musieli mieć wytchnienie. I tę walkę o sen wygrał Bul Bul. Nemarluk znużony wczołgał się pod gęste krzaki i tam usnął. Jego cień dopadł go wtedy i założył kajdanki, nim trzask łamanych gałęzi dotarł do świadomości śpiącego. Bul Bul przykuł swą zdobycz do drzewa, obaj odsypiali czuwanie. Nemarluk został ujęty akurat w rocznicę swej ucieczki z więzienia w Fanny Bay.

Do tego więzienia wiodła droga powrotna. Jego cień prowadził go tam przez kilka tygodni, żywił, poił i wiódł do osady białego człowieka. O czym rozmawiali przez te kilka tygodni? Jak traktował człowiek-cień swoją zdobycz?

Ten dramat czeka na swego piewcę. Nemarluk zmarł w więzieniu na kilka miesięcy przed wybuchem wojny na Pacyfiku, która przyniosła amnestię dla wszystkich niebiałych przestępców. Nemarluk nigdy już nie wrócił do swego plemienia. Jego cień tak samo cicho i bezszelestnie odszedł w niepamięć, jak kroczył niegdyś przez busz... W Darwinie nie udało mi się ustalić jego losu.

Czy zwycięzca przegrywa?

Nie umiał mi na ten temat nic powiedzieć ów policjant z Kununurra. Poznałem go pewnego wieczoru, kiedy mieszkańcy osady tłumie zebrali się na dziedzińcu hotelu, aby przyjrzeć się losowaniu loterii fantowej. Prawidłowo przegrałem kilka szylingów i już to miałem z głowy. Okazało się jednak, że kręcąc się między ludźmi i gawędząc z nimi, wygrałem reporterski los. Zapuszczając silnik swego terenowego łazika, policjant powiedział:

- Czekaj na mnie jutro rano przed pocztą. Ja ci pokażę, jak pracują moi tropiciele śladów... Nie, nie wstępuj po mnie do komisariatu. Gdyby widzieli cię najpierw, to wtedy tropienie byłoby łatwiejsze...

I tak zaczęła się wielka przygoda w buszu. „Polak sprawdza naszych czarnych tropicieli śladów” - informowała swych czytelników Canberra Times, największa gazeta stolicy Australii, donosząc o mej wyprawie.

Nazajutrz rano czekałem więc przed parterowym budynkiem, gdzie mieści się poczta. Na ramieniu miałem torbę z prowiantem i aparatem fotograficznym, w sercu zaś nadzieję na ciekawy temat. Ruszyliśmy z kopyta, pędziliśmy szosą w kierunku Wyndham, ustalając zasady gry. A więc zatrzymamy się na szosie o kilkanaście kilometrów od osady i tam się rozstaniemy. Ja pójdę dokąd oczy poniosą, on zawróci do miasta i zajmie się swymi sprawami. Po dwóch godzinach zaalarmuje tropiciela śladów, przywiezie go znów na to samo miejsce, gdzie się rozstajemy.

Zostawią wóz na drodze i ruszą obaj w busz. Uwzględniając czas dojazdu do osady i z powrotem, będę miał coś około trzech godzin na ucieczkę. Mogę kluczyć, zawracać, przepływać rzeczkę, bylebym tylko uważał na węże i krokodyle.

Kiedy tropiciel odnajdzie mnie, trzeba mu podziękować, jest czuły na pochwały. A gdyby mnie nie znalazł? Policjant zasępił się przy tym nieoczekiwanym pytaniu. Ba, gdyby tropiciel nie był w formie i zgubił ślad, to ja w buszu nie mam wiele szans na przeżycie. Moja wygrana ambicjonalna byłaby przegraną życiową...

Rada w radę stanęło na tym, że gdybym zabłądził, będę się starał albo dojść brzegiem rzeki do Kununurra, albo też stanę przy szosie i tam odnajdzie się mnie bez trudu. Łazik zawrócił, policjant przyłożył dłoń do kapelusza z czarnym łabędziem, herbem stanu Australia Zachodnia i po chwili mknął już ku osadzie, zostawiając za sobą tumany kurzu. A więc mam być zbiegiem uchodzącym w busz przed karzącym ramieniem sprawiedliwości! Zupełnie jak w kinie! Tyle tylko, że owo ramię, które ma mnie dosięgnąć, jest czarne...

Ruszyłem między niskimi krzakami. Po kwadransie obejrzałem się za siebie, aby zobaczyć hałasujący na drodze wielki samochód-chłodnię, wiozący mięso dla osady. Była godzina 10.11. Za mną została cywilizacja, miałem przed sobą samotność wędrowca.

10.45. Idę zygzakiem, grunt tu jest kamienisty. Potem płytki strumień. Zdejmuję buty i brodzę kilkanaście metrów korytem, aby przejść na drugi brzeg. Podobno to stary trik szmuglerów ściganych przez psy gończe. Ale ten, który będzie mnie szukał, jest przecież lepszy niż pies. Trzeba wymyślić coś oryginalniejszego.

A gdy jaszczurka odpowie...

11.35. Mijam resztki domu mieszkalnego, wyrażając się ściślej - został tylko solidnie postawiony komin. Nigdy nie udało mi się dowiedzieć, co się stało z mieszkańcami. Może pożar czy inna tragedia w buszu, a może po prostu człowiek, stworzenie towarzyskie - nie wytrzymał samotności. Mam już w mym notesie przepisany tekst, ciągle jeszcze czytelny na opuszczonym domu w stanie Nowa Południowa Walia: „Dwadzieścia mil od sąsiada, 40 mil od urzędu pocztowego, 30 mil od stacji kolejowej, 50 mil od knajpy, 10 mil od wody, tysiąc mil od miasta. Ktokolwiek znajdzie to domostwo, może je sobie zatrzymać. Żona chce użyć życia. Wyjechała do miasta. Ja też...” Nawiasem mówiąc, poezja szyldów australijskich zawsze mnie frapowała, ale chyba perełką mej kolekcji jest tekst dużej tablicy przydrożnej też ze stanu Nowa Południowa Walia. Otóż tablicę tę oglądałem w Bateman’s Bay, gdzie krzyżuje się autostrada Prince’s z szosą wiodącą do Canberra. Na tym skrzyżowaniu w pięć lat doszło do ponad trzystu wypadków, było 10 śmiertelnych ofiar i 55 rannych. Napis na tablicy: „Nie miej tu cholernego zderzenia! Nasze możliwości szpitalne są bardzo ograniczone...

Południe. Wypijam zawartość puszki „Seven Up”, ta lemoniadka jest smaczna gdy zimna, na ciepło obrzydliwa. Aby nie zostawiać śladów, puszkę wrzucam do dziupli drzewa, spada tam ze stukotem, płosząc wygrzewającą się na słońcu wielką jaszczurkę. Podobno samotnicy tych stron przemawiają do jaszczurek, snują długie zwierzenia o życiu, jakie zostawili za sobą, i wydarzeniach, które pchnęły ich na drogę samotności. Mówią do jaszczurek codziennie. Podobno kiedy jaszczurka odpowie, to znak, że trzeba szybko zerwać z samotnością i wracać spiesznie między ludzi.

Policjant pewnie skończył już lunch, niedługo ruszy w drogę. Łapię się na tym, że czas jakoś zaczyna się zamazywać, notowanie traci sens. A jednak stalowy licznik czasu na lewym przegubie przypomina się raz po raz. Nad głową wysoko huczy samolot, to panowie Mac Robertson i Miller lecą do Derby. Nie, to jeszcze za wcześnie... Chyba jakiś pozarejsowy. Ja i zegarek chyba już się nigdy nie rozstaniemy. Nie ma ucieczki przed czasem, nawet w australijskim buszu.

Nie będę was nużył przydługim opisem. Oczywiście zostałem wytropiony. W Kununurra wieczorem opowiadałem z przejęciem o całym pościgu. Pierwsza wersja obfitowała w szczegóły, dalsi słuchacze obywali się już relacjami skróconymi z uwagi na zmęczenie narratora. Ci, którzy dowiadywali się ostatni - usłyszeli przygodę streszczoną już tylko w jednym, bardzo australijskim zdaniu: „He found me bloody quickly”, czyli - „odnalazł mnie cholernie szybko”. No bo istotnie, gdyby mnie nie odnalazł, to by już tego reportażu nie było.
A jednak to było dziwne widowisko. Siedziałem w buszu za wypalonym przez piorun pniem drzewa, widziałem to sam. Wysoki czarny człowiek z jakąś witką w ręku szedł zygzakiem, prowadzony jak gdyby przez niewidzialną nitkę. Za nim szedł policjant, przystawał, kiedy „jego” tropiciel gubił ślad. Wtedy on zostawał przy ostatnich śladach, jakie udało się ustalić niezbicie, i czekał, nim podjęty zostanie na nowo trop. Kolejno obeszli kępy krzaków, gdzie uprzednio rozglądałem się za kryjówką, tropiciel śladów obszedł dookoła zwalony na ziemię pień drzewa, od którego odstraszyły mnie termity. Nie minął kwadrans od chwili, kiedy ujrzałem ich obu, a już skończyła się moja samotność, a ich pościg.

Tropiciel śladów ma ponad 40 lat, coraz trudniej o młodzieńca, który by poszedł na tę służbę, kontakty z cywilizacją powodują zatracenie naturalnych cech tubylców, przemija fantastyczna orientacja i umiejętność czytania w terenie. Tropiciel śladów ma pięć kobiet, mieszkają osobno w chatach wokoło Kununurra. Policjant opowiada mi, że jego tropiciel poznał po śladach, iż mam prawe ramię obciążone jakimś pakunkiem, określił moją wagę (w funtach) i wzrost (w calach). Ogląda mnie teraz, jest zadowolony, że rysopis odczytany na kartkach z kamienia, trawy i piasku - jest dokładny.

Ja też przyglądam się człowiekowi, który jest „lepszy niż pies”. Już niecała setka tropicieli działa na terenie Australii, pewnie ktoś, kto za ćwierć wieku trafi w te strony, już ich nie ujrzy w akcji. Rekonstruujemy pościg dla aparatu fotograficznego. Tropiciel daje na bis dodatkowy koncert swych umiejętności, kiedy bez trudu wskazuje na odcinki trasy, które przeszedłem w odróżnieniu od tych, które przebiegłem...

Wracamy samochodem do osady. Tropiciel śladów zdrzemnął się na tylnym siedzeniu, jego dumny szef powiada do mnie:

- Ładna jest ta jego najmłodsza dziewucha. Chcesz ją ujrzeć, to możemy tam wstąpić, to niedaleko.

Ale ja grzecznie dziękuję. Nie igra się z miłością, zwłaszcza kiedy kobieta należy do mężczyzny, który odszuka cię wszędzie.

Powrót do spisu treści