Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Mur bardzo wysoki

Byłem w osadzie trędowatych w Tama Dzensio-en w Japonii i to wszystko widziałem na własne oczy, słyszałem na własne uszy. Nim jednak odtworzę tu moje notatki, słów kilka o samej chorobie. 10 marca 1960 roku Światowa Organizacja Zdrowia w Genewie podała do wiadomości, że na całej naszej planecie żyje od 10 do 12 milionów trędowatych. 2 miliony chorych na tę chorobę jest zarejestrowanych w kartotekach lekarskich.

Leczeniu poddało się zaledwie 70% z tych dwóch milionów. Tylko 210 tysięcy trędowatych przebywa w zakładach lecznictwa specjalnego, zwanych leprozoriami. Światowa Organizacja Zdrowia wyraża pogląd, że jedynie lecenie ambulatoryjne może w różnych krajach rozwiązać problem trędowatych. 

Pogrzeb za życia

Mycobacterium leprae, czyli zarazek trądu został odkryty w roku 1874 przez Norwega nazwiskiem Gerhard Hansen - w owym czasie trąd występował jeszcze w Norwegii. Trąd występuje przeważnie pod postacią choroby skórnej oraz pod postacią tuberkuliczną, która atakuje system nerwowy. Uważa się, że ta druga odmiana jest mniej zaraźliwa. Na skutek porażenia nerwów trąd może wywoływać zanik mięśni i kości, paraliż, ślepotę, głuchotę, trudności w oddychaniu i łykaniu oraz leontiasis, czyli zniekształcenie twarzy w upiornym grymasie, który ma rzekomo upodobniać oblicze człowieka do lwa.

Pierwsze wzmianki o trądzie znajdują się w papirusach egipskich, pochodzących mniej więcej sprzed 3500 lat. Wspomina o tej chorobie Biblia, znały ją dawne cywilizacje Wschodu. Do Europy zawlekli trąd nie krzyżowcy, ale rzymscy żołnierze wracający z wojny w roku 62 przed naszą erą.

Choroba, której już sama nazwa budzi grozę, została w Europie zasadniczo opanowana jeszcze w średniowieczu. Już Biblia zaleca oddzielanie chorych od otoczenia. Systematyczne odosobnianie trędowatych przybrało jednak w średniowieczu szczególnie brutalne formy. Król Filip Piękny po prostu nakazał w roku 1313 spalenie wszystkich dotkniętych tą chorobą. Rozkaz ten jednak nigdy nie został wykonany, zamiast tego poczęto otwierać specjalne klasztory Świętego Łazarza (zwane też później od tego imienia lazaretami) dla trędowatych. W lazaretach mych chorzy, „Biedacy Chrystusa” - jak ich zwano - pielęgnowani byli przez księży, również trędowatych. W późnym średniowieczu było w Europie zachodniej 19 tysięcy lazaretów.

Trędowaci byli żywymi trupami. Przed oderwaniem od rodziny i dożywotnim zamknięciem w lazarecie chorego zazwyczaj prowadzono do kościoła, gdzie musiał asystować przy mszy żałobnej za... siebie samego. Po odprawieniu wszelkich obrządków pogrzebowych włącznie z symbolicznym posypaniem stóp ziemią, trędowatemu oznajmiano, że traci prawa obywatelskie. Gdy trędowaci wypełzali ze swych nędznych pomieszczeń na świat zewnętrzny, musieli nosić z dala widoczne oznaki swej choroby.

Obowiązkowe było noszenie masek na twarzy dla zasłonięcia straszliwych zeszpeceń. W dłoni chory dzierżył dzwonek, aby ostrzegać przechodniów, że nadchodzi. Na targowisku trędowaty mógł tylko laską wskazać towar, który chciał nabyć, i laską go ku sobie przysuwał. Nie wolno mu było porozumiewać się ze zdrowymi osobami inaczej jak tylko szeptem. W murach kościelnych były specjalne „szpary trędowatych”, przez które mogli z oddali oglądać ołtarz. Historycy medycyny twierdzą dziś jednak, że to planowane okrucieństwo w ostatecznym rachunku przyczyniło się radykalnie do zniknięcia trądu z Europy - przynajmniej jako zjawiska masowego. Ludwik XIV nakazał likwidację lazaretów w roku 1656, a dochody ze sprzedaży tych budynków przeznaczono na budowę szpitali.

Brama, która dzieli świat

Wprowadzenie w temat otrzymuje się właściwie już podczas jazdy samochodem do państwowego leprozorium Tama Dzensio-en. Kierowca limuzyny jest Japończykiem. Ten inteligentny, oczytany człowiek stara się nie pokazać po sobie lęku, jaki towarzyszy mu w tym wyjeździe. Nadrabia miną - okazanie strachu przyprawiłoby go o „utratę twarzy”.

Mkniemy szybko w kierunku północno-zachodnim od Tokio. Jedziemy najpierw szeroką szosą, potem skręcamy na boczną, typowo japońską drogę.

Gdy licznik pokazuje, że już 21 km dzieli nas od stolicy Japonii - samochód zatrzymuje się przed bramą. W głębi sporego dziedzińca widać dom wybudowany w stylu europejskim. Za nim alejki wśród małych japońskich domków. Mnóstwo drzew, pusto - zimowe chłody nie zachęcają do spacerów.

Osada za murem nie różni się od zwykłych japońskich wiosek. Może tylko to wysokie ogrodzenie i zupełny brak sklepów czy kiosków ulicznych, bez których trudno sobie wyobrazić jakiekolwiek japońskie skupisko... Mur nie jest trudny do przebycia, bramy strzeże tylko jeden dozorca w starszym wieku, żaden napis nie wyjaśnia, co się tu mieści. A jednak kierowca parkuje wóz w przyzwoitej odległości i - zawsze dotąd chętny do pełnienia roli tłumacza - przygląda się tym razem z oddali, gdy wchodzę na czysto utrzymany dziedziniec. W kraju, gdzie oficjalne statystyki obliczają liczbę leczących się trędowatych na około 12 tysięcy, a liczba chorych, którzy jeszcze zatajają swe cierpienia, jest według ostrożnych obliczeń przynajmniej trzykrotnie większa - trąd wzbudza grozę i lęk.

Gdyby brama leprozorium umiała mówić... Otwarte w dniu 28 września 1909 roku leprozorium składa się dziś z pomieszczeń szpitalnych i laboratoriów oraz z 255 małych domków mieszkalnych, identycznych jak te, które ujrzeć można w każdej wiosce japońskiej. Kto przechodzi przez tę bramę jako pacjent, ten zostawia za sobą inny świat. W Tama Dzensio-en ludzie nawiedzeni trądem pojawiali się przez dziesiątki lat tylko po to, aby swą straszliwą agonię skryć przed światem. Obecnie mają nadzieję, że wyjdą przez tę bramę jako ludzie zdrowi, że powrócą do społeczeństwa.

Trzy stopnie grozy

Korzystając z uprzejmości dyrektora, drą Jasinobu Hajasi, uzyskałem dostęp do wszystkich oddziałów leprozorium - włącznie ze statystykami. Dziwiono się bardzo, że nie chcę fotografować pacjentów, że żadne pismo nie będzie chciało wykorzystać takich zdjęć. Sami chorzy bynajmniej nie unikali aparatu fotograficznego. Kłaniali się nisko, z szacunkiem właściwym zwyczajom tego kraju, towarzyszącemu mi lekarzowi. Jest coś niesamowitego w spokoju i ciszy, jaka panuje w leprozorium. Przed gabinetem lekarskim, gdzie pacjenci czekają na przepisane im zabiegi, mieści się poczekalnia. Chorzy obnażają się, aby skrócić czas przygotowań do oględzin. Gardło się ściska, gdy patrzy się na ten widok. Śnić mi się to obędzie chyba do końca mych dni. Spod białego fartucha, jaki mi dano na czas obchodu, wyziera zwykły strój „człowieka stamtąd”. Buty oczywiście zostawiłem przed domem, mam na nogach drewniane japońskie trepki, ale moje zachowanie sygnalizuje chorym, że nie należę do ich grona, że brama, która zatrzasnęła się za nimi przed rokiem, miesiącem, tygodniem czy dniem, otworzy się przede mną w każdej chwili, skoro tylko będę sobie tego życzył. Jakie to proste - ale jeżeli się pomyśli, że za godzinę mogę spacerować ulicami Tokio, wstąpić do maleńkiej knajpki na ryż i rybę, pójść do kina, zatańczyć z dziewczyną, wejść w tłum, gdzie nikt się za mną nie obejrzy. Jeśli się o tym tylko pomyśli...

Trędowaci czekają milcząc na swoją kolejkę do lekarza. Patrzą na przybysza, starają się zrozumieć coś z jego rozmowy z lekarzem. Ale patrzą i nasłuchują tylko ci, którzy potrafią. Wokół niektórych roztacza się już wieczna noc, wieczna cisza. „To trzeci stopień” - informuje rzeczowo i obojętnie pielęgniarka wprowadzająca pod ramię niewidomego, którego oblicze porasta jakaś gąbczasta masa w miejscu, gdzie Wy i ja mamy oczy.

Trędowaty, który zjawia się w leprozorium, zostaje przydzielony do jednej z trzech grup. Pierwszą stanowią chorzy, którzy bez szczególnego wysiłku mogą sami dać sobie radę w życiu szpitalnym. Do drugiej zalicza się pacjentów dotkniętych już paraliżem lub niewidomych - zazwyczaj obowiązki pielęgniarzy spełniają przy nich chorzy z grupy pierwszej. Każdy z nich dogląda trzech czy czterech ciężej chorych i czas pokazuje, czy sam wkrótce przejdzie do tego wyższego wtajemniczenia nieszczęścia, czy też choroba zostanie zahamowana, a on sam - wypisany. Trzecia grupa - to już przedpole śmierci. Dbają o tych chorych pielęgniarki. Pielęgniarkami są młode i zdrowe Japonki. Czy się nie boją zarażenia? Owszem, istnieje ta obawa, ale sanatorium płaci nieco lepiej niż inne zakłady pracy, a o zatrudnienie w Japonii nie jesz wcale łatwo, toczy się ciężka bitwa o każdą posadę. Czy były wypadki zarażenia personelu? Lekarze sobie nie przypominają takiego zdarzenia. Jednak kierowca wozu, który czeka przed leprozorium i ma tę wyższość nad reporterem, że zna japoński, dowiedział się od któregoś z okolicznych mieszkańców, że wypadek taki zdarzył się kilka lat temu. Czy pielęgniarka owa była może już uprzednio zarażona? Trudno to jest ustalić, czas wylęgania choroby nie został jeszcze przez medycynę dokładnie określony. „Gdyby się miał pan u nas zarazić, to chyba okaże się to dopiero za 5 lat” - informuje mnie rzeczowo dr Hajasi.

„Pozostaw mnie w mym domku”

W rozległym parku ustawiono małe ołtarzyki trzech głównych sekt buddyjskich. Nieliczni wyznawcy katolicyzmu czy protestanci również mają swe kapliczki, odwiedzają ich misjonarze. Reportera prowadzą też do uroczego zakątka, gdzie stoi obelisk ufundowany przez cesarzową Teimei, babkę obecnego - oby żył dziesięć razy po tysiąc lat! - cesarza. Obelisk ma - jak mi wyjaśniają - służyć za pocieszenie dla trędowatych. Jego fundatorka już dawno mieszka w niebie, gdzie otacza ją na pewno powszechny szacunek, gdzie przechadza się może nawet z samą boginią słońca Amaterasu Omikami, od której - jak powszechnie wiadomo - wywodzi się ród cesarski. Jej wnuk, a obecny cesarz, jest 124 następcą w prostej linii cesarza Dzimmu, który państwo swe stworzył w roku 660 przed naszą erą. Przynajmniej tak uczą się dzieci w szkołach. Sam cesarz, czyli tenno-heika, mieszka w pałacu w Tokio i pewnie rzadko myśli o swych poddanych chorych na trąd.

Poddani ci mieszkają w Tama Dzensio-en w bardzo skromnych domkach typowo japońskiego budownictwa. W każdym z tych skromnych domków żyje od 12 do 20 pacjentów, sypia na matach rozłożonych na podłodze. Co wieczór, gdy gasną światła i chorzy zostają sami ze swym cierpieniem, proszą Buddę albo Jezusa Chrystusa, aby był im miłościw i pozostawił ich w skromnych domkach. Albowiem osiem budynków - odcinających się swym solidnym wyglądem od małych japońskich domków - służy wyłącznie trzeciej grupie chorych. Tam są nawet i łóżka. Ale za to brak jest nadziei. Z tamtych budynków się nie wychodzi: stamtąd tylko wynoszą.

Gdy zmrok zapada, klekot drewnianych sandałów milknie w leprozorium, układają się do snu małpy w klatkach, należące do gatunku żyjącego na swobodzie na japońskich wyspach. W dzień małpy żyją po małpiemu, zerkają tylko niekiedy przez kraty na przechodzących nie opodal ich młodszych braci - ludzi, na ten dziwny gatunek ludzi o zadziwiających rysach twarzy. Chorzy z gatunku ludzi przybliżają się do zdrowych małp, podają im resztki ryżu, patrzą z zazdrością na ich pyski. Brzydkie te małpy, bo brzydkie, ale takie się urodziły.

Gdy mrok zapada, klękają na matach - jak to zwyczajnie w japońskich domkach - i opowiadają sobie wydarzenia bieżące, opowiadają o tym życiu za bramą i wysokim murem, które wypadło im zostawić, gdy tu przyszli. 165 pacjentów pochodzi z Tokio, ale to tylko część tej trędowatej rzeszy, liczącej w lutym 1960 roku 764 mężczyzn i 416 kobiet przy 1470 miejscach.

A więc są mężczyźni i kobiety. To też jest głównie tematem rozmów wieczornych w leprozorium, w małych japońskich domkach, gdzie są ci, którzy jeszcze widzą i słyszą. Pozostaw ich. Panie, na matach w tych skromnych japońskich domkach, nie wódź ich ku luksusom prawdziwych łóżek w europejskich budynkach.

Wesele w krainie smutku

Gdy zmrok zapada. Tama Dzensio-en rozbrzmiewa nowinkami. Niedawno znaleziono gdzieś w tych stronach zwłoki zamordowanego młodego mężczyzny. Śledztwo ustaliło, że dokonano tego, co we Francji zwie się „le crime passione”, a u nas - zabójstwem z zazdrości.

Poszło o kobietę. Precyzyjniej mówiąc - trędowatą kobietę, która nocami wychodziła z leprozorium, aby spotykać się ze swym przyjacielem. Ich miłość przetrwała poprzez cierpienie, wysoki mur nie zdołał rozdzielić kochanków. Pożądanie pokonało strach przed zarażeniem. Gdy odbyło się kilka kolejnych spotkań, gdy w nocy krążył wokoło stęskniony mężczyzna, nie zanosiło się jeszcze na tragedię. Dopiero gdy on ustalił, że to nie choroba zatrzymała za murami jego dziewczynę, że jednak ona wyszła na spotkanie miłosne, ale już nie z nim - gniew okazał się silniejszy niż rozsądek. Dziś rywal spoczywa w ziemi, zabójca - za kratami, dziewczyna - za murami. Pozostaw, o Panie, trędowatych w ich małych, biednych domkach albo zwróć im wolność.

Trędowaci chcą być ludźmi. A ludzie nie są święci. Ludzie kochają i zabijają, spełniają złe i dobre uczynki. I to nie tylko w Japonii. 31 stycznia 1960 roku policja w Singapur podała do wiadomości, że zlikwidowała szajkę handlarzy żywym towarem. Handel kobietami na Dalekim Wschodzie ciągle jeszcze nie jest wytępiony i na pewno wiadomość ta nie zwróciłaby niczyjej uwagi, gdyby nie fakt, że szajka ta dostarczała klientom dziewczęta z miejscowego leprozorium. Po telefonicznym obstalunku przed leprozorium zajeżdżał samochód, który przewoził dziewczynę na umówione miejsce spotkania, aby następnie zabrać ją z powrotem do szpitala. Rzecznik Ministerstwa Zdrowia powiedział, że leprozorium służyło szajce przestępców za bazę działalności, która obejmowała też handel narkotykami. Lekarze wiedzieli o panujących tam stosunkach, ale milczeli pod terrorem bandytów, których 56 policja aresztowała, a 41 postawiła w stan oskarżenia.

W podtokijskim leprozorium problemy pożycia mężczyzn i kobiet były starannie rozważane przez lekarzy. Ostatecznie ustalono, że należy zezwalać na małżeństwa między trędowatymi i dawać im osobne pomieszczenia. Wywiera się tylko silny nacisk na młodą parę, aby nakłonić ją do zapobiegania ciąży. Mężczyzn namawia się, aby przed ślubem poddali się zabiegowi, który nieodwracalnie uniemożliwia spłodzenie potomstwa. Nie jest to jednak warunek - tylko perswazja. Żadnych uprawnień do wymuszenia bezpłodności związków między swymi pacjentami leprozorium nie posiada. Czy wobec tego zdarzają się porody na terenie osady trędowatych? - zapytuję. Lekarze mówią, że bardzo rzadko, ale jednak - tak. Szczególnie gdy matką jest pacjentka świeżo przybyła do tej społeczności. W takim przypadku - mówią lekarze - dziecko wynosi się poza leprozorium natychmiast po jego przyjściu na świat. Nie zdarzyło się dotąd, aby zaraziło się trądem. Trąd nie jest dziedziczny, można tylko mieć rodzinną skłonność do tej choroby.

Czybym nie został na ślubie? Będzie celebrowany dziś wieczorem. Będzie kilkunastu gości, trędowatych, obędą z młodą parą pili z maleńkich porcelanowych czarek sake, czyli ryżowe wino. Panna młoda dostała dziś pierwsza swą porcję trzydziestoprocentowego prominu, aby mogła poczynić przygotowania do ślubu. Uszczęśliwiona znika z poczekalni, nisko kłaniając się lekarzowi. Krępa dziewczyna o starannie uczesanych kruczych włosach. Przeglądam jej kartę choroby. Od czterech miesięcy ostaje codziennie dożylny zastrzyk pięciu centymetrów sześciennych tego japońskiego preparatu. Dziś był ostatni zastrzyk z serii, teraz nastąpi trzy tygodnie przerwy, data ślubu nie została ustalona przypadkowo. Panna młoda wyznaje sinto.

Wystąpi w białym czepcu na głowie - ma on ukryć symboliczne „rogi zazdrości”, której okazanie jest chyba największą hańbą dla japońskiej kobiety. Czepiec nie skryje jednak zupełnie nie symbolicznych, ale widocznych dla każdego, kto  j e s z c z e  może patrzeć, bruzd i pagórków na lewym policzku. A jakie zniekształcenie kryje jej piękne weselne kimono? „Nikt nie powie, jaki piękny krawat - każdy powie, jaki straszny garb!” - napisał kiedyś poeta w dalekiej Polsce.

Ale trędowaci chcą być ludźmi, chcą kochać i zaznać szczęścia. Dlaczego nie chce pan zostać u nas na weselu? Będzie sake w maleńkich porcelanowych czarkach, obędzie wesoło... Przecież to wesele, prawdziwe wesele!

Ogród, gdzie się kocha życie

Leprozorium, które zwiedzam, jest jednym z pięciu, które powstały na mocy ustawy o zwalczaniu trądu. Najpierw miało za gospodarza miasto Tokio i 11 przyległych prefektur, od roku 1941 należy do państwa. Z biegiem czasu rozrasta się: dawniej miało tylko 300 miejsc. Wydział medyczny, na którego czele stoi dr Isamu Tadziri, dzieli się na sekcje: internistyczną, chirurgiczną, ortopedyczną, otolaryngologiczną, oftalmologiczną, dentystyczną, rentgenologiczną i laboratorium. Różnorodność ta tłumaczy się w ten sposób, że nigdy nie wiadomo, gdzie też trąd uderzy.

Przeglądam kartoteki zgonów. Powody są często bardzo dalekie od trądu. W roku 1955 dwóch mężczyzn zmarło na raka żołądka, w roku 1956 - jeden na angina pectoris, w roku 1957 były dwa zgony na skutek zatrucia lekami. Wylew krwi do mózgu powtarza się kilkakrotnie w tych wykazach. A szansa wyleczenia? W zasadzie wypisuje się z leprozorium pacjentów w takim stanie, że nie są już groźni dla otoczenia. Otwórzmy dla przykładu lane o roku 1957. Nowy Rok zastał w leprozorium 1204 pacjentów. Przyjęto 66 nowych, wyleczono 38, zmarło - 19, przeniesiono do innych zakładów - 17. Sylwestra 1957 obchodziło - jeżeli wolno się tak wyrazić, gdyż Nowy Rok jest właśnie w Japonii szczególnie hucznie obchodzony - 1196 pacjentów. Pacjenci albo zgłaszają się sami (są zawsze wolne miejsca), albo też nakłania ich do przyjazdu urzędnik wydziału zdrowia. Przymusu leczenia trądu nie ma. „Japończyk jest wolnym człowiekiem i nie można go zmusić, aby poddał się leczeniu w zakładzie zamkniętym” - powiedziano mi. Wolność zarażania innych jest wolnością względną. Tak to przynajmniej wygląda pozornie. Trzeba jednak pamiętać, że jakkolwiek dziś już nie odprawia się mszy za żyjącego trędowatego, ale idąc do leprozorium zostawia on przecież z reguły rodzinę. Nieszczęściem walki z trądem jest więc zatajenie tej strasznej choroby w obawie przed utratą pracy i ryżu. Chory przestaje przeto ze zdrowymi i sieje dalej tę chorobę. Dopiero gdy trąd nie da się ukryć, zaczyna się leczenie, które przeważnie utrudnione jest na skutek zaawansowania choroby.

Na mapie Japonii pokazują mi leprozoria. Jedno z największych mieści się w Aisei-en. Nazwa ta znaczy:    „Ogród gdzie kocha się życie”. Leży ono na Nagosima („Długa Wyspa”) na Morzu Wewnętrznym.

Nie mówcie nigdy: trąd

Moi rozmówcy japońscy są zdania, że obecnie trąd jest uleczalny i że dotknięci nim ludzie mogą wrócić do społeczeństwa. Oto surowe notatki z wypowiedzi naczelnego lekarza: „Medycyna może wyleczyć poważny odsetek trędowatych. Nie potrafimy jednak zaradzić tragediom powstałym na tle dawnych pojęć o tej chorobie. Trędowaty pozostanie trędowatym do końca życia, nawet jeżeli choroba nie pozostawi wyraźnych śladów. Trąd jest bowiem mniej niebezpieczny niż stan, jaki zaistniał na skutek opacznego wyobrażenia o tej chorobie. Mam na myśli atmosferę wytwarzaną wokół rekonwalescentów. Amerykanie zaprzestali więc używania tej nazwy w środowiskach lekarskich - zalecamy i my wspominanie tylko o chorobie Hansena. Trzeba sobie zdać sprawę, że jest to choroba o średniej zaraźliwości, w każdym razie znacznie mniej zaraźliwa niż gruźlica płuc. W roku 1941 użyto po raz pierwszy sulfamidów do zwalczania mycobacterium leprae. Wczesna diagnoza i staranne leczenie dają poważną szansę powrotu do zdrowia. Ale kuracja jest tylko początkiem leczenia. Świat musi zmienić swój stosunek do trędowatych, gdyż wyleczeni pacjenci często wolą pozostać w leprozorium niż iść między brzydzących się nimi ludzi. Świat lęka się trądu i trędowatych, bezduszność zabija tych, których wyleczyła medycyna. Chemikalia niszczą mycobacterium leprae, ale nie potrafią zabliźnić ran zadanych wyleczonym już chorym przez zdrowe otoczenie. Ojcem naszej leprologii jest Kensuke Mitsuda, który ma obecnie ponad 80 lat. Już teraz, za jego życia, pacjenci wznieśli mu pomnik, który otoczony jest uwielbieniem graniczącym czcią, jaką oddaje się bogom. Ma tu biuletyny nadsyłane przez inne zakłady na całym świecie. Wie, co się dzieje w wiosce trędowatych drą Alberta Schweitzera w Lambarene w Afryce Równikowej. Dostajemy „Gwiazdę” - wydawnictwo trędowatych wychodzące regularnie w Carville, w stanie Luizjana w USA dla pacjentów tamtejszego leprozorium. I - powtarzam - problem przesuwa się dziś na płaszczyznę społeczną, a nie medyczną”.

Ludzie bez brwi

„Nie twierdzę, że trąd jest uleczalny w każdym przypadku. Natomiast upieram się przy tezie, że doświadczony lekarz bezbłędnie ustali, kiedy pacjent przestaje być groźny dla otoczenia. Gdy my kogoś zwalniamy, jego rodzina i przyjaciele powinni z całym zaufaniem przestawać w jego towarzystwie. Przecież człowiek ten widział ten zewnętrzny świat taki, jaki był dla niego, nim rozeszła się wieść o jego chorobie. Były pacjent powinien zatajać chorobę swą przed dalszym otoczeniem - tylko lekarze muszą znać całą prawdę. Natomiast powinien poddawać się okresowym kontrolom lekarskim i do końca życia orać kurację sulfamidową, aby nie było nawrotów choroby”.

Pacjenci w poczekalni gabinetu zabiegowego przychodzą i odchodzą. Ludzie starsi są przeważnie straszliwie zeszpeceni, stosunkowo rzadziej ogląda się ślady spustoszeń, jakie czyni trąd na twarzach młodszych ludzi. Zwą siebie „pokoleniem szczęściarzy” - zachorowali w czasach, kiedy jest nadzieja na powrót do życia. Widzi się straszliwie napiętnowane dłonie i powykręcane palce, krzywienia kręgosłupa i - chyba najczęściej - pozbawione zarostu luki brwiowe. Towarzyszący mi lekarz utrzymuje, że są to obecnie najczęstsze postaci występowania trądu. Dodaje jednak: „O trądzie jednak ciągle jeszcze wiemy zbyt mało. A przede wszystkim nie jest jeszcze ustalone, jak się właściwie nabywa tę chorobę i dlaczego jej wylęganie może ciągnąć się latami”.

Mimo perspektyw wyleczenia, jakie chemia otwiera przed trędowatymi, pacjenci uśmiechają się rzadko. Inteligentniejsi z nich sprowadzają sobie książki medyczne i na własną rękę studiują gnębiącą ich chorobę. Prowadzą ze sobą długie dyskusje najeżone fachowymi terminami, chcą na kartkach uczonych ksiąg wyczytać proroctwo powrotu między zdrowych ludzi, myślą, że przejdą wysoką bramę wiodącą ku otaczającemu światu. Czasami złudne terminy zawodzą, nadchodzi załamanie. W ślad za rozpaczą przychodzi niechęć czy nawet może nienawiść do ludzi zdrowych. Jeden z pacjentów przyniósł mi podarek własnej roboty. Była to maleńka, ruda wiewiórka sporządzona z gałganków i z właściwym Japończykom talentem ładnie zapakowana w celofan. Musiałem mieć niewyraźną minę przy przyjmowaniu tego daru, gdyż trędowaty szybko powiedział coś do lekarza, który przetłumaczył: „On mówi: niech się pan nie brzydzi, zabawka jest wyjałowiona...” I na odwrót - wydawało mi się, że sprawiało im radość, gdy wychodząc z tej czy innej sali, gdzie leżeli najciężej chorzy, czy też z któregoś domku zajmowanego przez zdrowszych, mówiłem głośno i wyraźnie: „Mata aimaszo!” Jeszcze się spotkamy!

W zwiedzanym przeze mnie zakładzie niektórzy lekarze utrzymują, że kuracja prominem poprawiła znacznie stan zdrowia 70% pacjentów. Są zdania, że niedługo będą losowane jeszcze bardziej skuteczne środki i że niezbyt daleki jest dzień, kiedy ze względów - jak mówią - humanitarnych należałoby zamknąć wszystkie leprozoria i przejść do ambulatoryjnego leczenia tej choroby. Inni nie podzielają tego optymizmu: ich zdaniem wielka ilość trędowatych nie poddaje się żadnemu leczeniu, a w jednym pokoleniu nie uda się zmienić stosunku społeczeństwa do tej choroby aż tak dalece, aby chorzy nie lękali się wyrzucenia poza nawias życia.

Kwadrans wojny

Niepokojąca jest poprawka w granicach dwóch milionów trędowatych, jaką dopuszcza cytowana na wstępie statystyka Światowej Organizacji Zdrowia. Widać z niej, jak słabe mamy jeszcze rozeznanie w rozmiarach tej klęski.

Inne statystyki naszej epoki są znacznie dokładniejsze. Pierwsza połowa XX wieku: 46 wojen, które kosztowały 76 milionów ofiar. 6 sierpnia 1945 roku jedna bomba atomowa, zrzucona na Hiroshimę, zabiła w ciągu kilku sekund 78 150 ludzi, raniła zaś 37 429 ludzi, z których 40% nie dało się uratować, 14 000 ludzi zginęło bez wieści, a 55 000 domów zostało zniszczone.

Francuz Raoul Follereau, który objeżdża cały świat prowadząc kampanię przeciw trądowi, obliczył dość dokładnie, ile jeszcze trzeba pieniędzy na badania naukowe i zastosowanie ich wyników, aby trąd przestał być groźny dla ludzi. Francuz ten, zwany „Włóczęgą Litości”, podaje w piśmie do Narodów Zjednoczonych, że cena ta nie jesz zbyt wygórowana: trzeba tyle pieniędzy, ile kosztował kwadrans II wojny światowej. Albo też stawia sprawę inaczej: z funduszu zbrojeń światowych należy skreślić dwa nowoczesne bombowce, a zaoszczędzone pieniądze przyniosą ulgę dziesięciu milionom ludzi. Może warto się nad tym zastanowić?

Jest w osadzie trędowatych koło Tokio miniaturowa buddyjska kapliczka. Wisi w niej mały dzwon zwany „Dzwonem Nadziei”, kupiony przez pacjentów, którzy własną pracą na terenie zakładu zarabiają niewielkie sumy. Głos dzwonu nie wyróżnia się szczególnie, ale kiedy zabrzmi, pacjenci słuchają w skupieniu. „Ten dzwon - mówią chorzy - powinni słyszeć także i za wysokim murem ci, którzy są zdrowi”.

Powrót do spisu treści