Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Tu się umiera

Przedziwny jest świat Malajów. Na przybysza zza siedmiu mórz czekają tu na każdym kroku niespodzianki. Bo niezwykły to kraj, gdzie osady noszą nazwy tak niecodzienne, jak Zbiegła Papuga, Szpilka do Włosów, Noś Trupa na Głowie, Pijany Holender czy Wzgórze Zdechłego Konia. Oto kraj, gdzie żyje dziewięćset odmian motyli, w tym rzadka odmiana o nazwie Papillio Broodiana Albensens Rotschild, w której na tysiąc samców wypada jedna samiczka... Tu, na Malajach, rośnie drzewo zwane Groza Nocy, zapylane przez nietoperze. Oto kraj, gdzie chińskie łodzie muszą mieć na dziobie wymalowane oczy, gdyż - według wierzeń - każdy przedmiot żyje, łódź zaś utożsamia się z pojęciem smoka. Oto kraj jadowitych wężów, wnoszący ponury wkład do statystyki 40 tysięcy ludzi ginących co roku na całym świecie od ukąszeń żmij. Kraj, gdzie jeszcze przed niespełna stu laty zaprowiantowanie policji obejmowało ryż, suszone ryby i opium. Kraj mający okolice nadal nękane przez tygrysy; twierdzą Malajowie, że tygrys nigdy nie zaatakuje człowieka, który przemówi doń, aby wytłumaczyć wielkiemu kotu, że mnóstwo jest w dżungli innego pokarmu poza mięsem ludzkim. Ale wskazówki te są raczej nieżyciowe, gdyż tygrys nigdy nie rzuca się na człowieka z przodu. To fakt. A dlaczego? Ponieważ każdy człowiek ma na czole święty znak Koranu, dostrzegalny tylko dla zwierząt, które przestrzega, że mają do czynienia z istotą boską. Oto kraj, gdzie w większości stanów Federacji Malajzji europejskie tańce w publicznym lokalu są przestępstwem przeciw moralności, a film miejscowej produkcji ze sceną pocałunku był przedmiotem burzliwych wystąpień. Kraj, gdzie...

Litanię dziwów można by kontynuować. A jednak do rzędu może nie tyle dziwów, co przeżyć zaliczyłbym to, co chyba jest niepowtarzalne we współczesnym świecie. Widziałem w Singapurze Zaułek Sago. Byłem tam przez kilka godzin. To wiele.

Wrota do Piekła

Tablice ostrzegawcze przy wjeździe do Zaułka, położonego w starej dzielnicy miasta, zakazują fotografowania. Przewodniki drukowane uprzedzają, że zdjęcia w Zaułku Sago mogą być poczytane za świętokradztwo.

Nie chciałem obrażać niczyich uczuć. Ukradkiem pstryknąłem kilka zdjęć z zewnątrz jednego z domów. A w jego wnętrzu - już za zgodą właściciela - uwieczniłem tylko pracownika przedsiębiorstwa czytającego gazetę w przedsionku. Nie wiem, czy istnieją autentyczne zdjęcia pomieszczeń domów Zaułka Sago, nie błyska się bowiem fleszem tam, gdzie życie gaśnie. Ludzie, którzy wkraczają w progi tych domów, czasem tylko wychodzą sami. Wielu z nich nie wychodzi nigdy. Są wynoszeni. Zjawili się w Zaułku Sago, aby umrzeć.

Realia dramatu wymagają wyjaśnienia. Jesteśmy na Malajach, gdzie prastara imigracja chińska z biegiem stuleci wytworzyła własne tradycje, własne zwyczaje, często wręcz odmienne od tych, które były spuścizną Państwa Środka.

Zamieszkali od wieków na Malajach Chińczycy wierzą, że wejście do Piekieł znajduje się w jaskiniach Balu, położonych nie opodal stolicy Federacji - Kuala Lumpur. Piekło pozostaje pod kontrolą Najwyższego Władcy i podzielone jest na wydziały odpowiadające liczbie stanów Federacji. W związku z tym w zaświatach jest administracja zorganizowana na tych samych zasadach co na Malajach. Co więcej - skoro jest urząd, musi istnieć i biurokracja. Ważne to jest bardzo dla dalszej akcji reportażu, ponieważ praktyczni Chińczycy uważają, że biurokrację piekielną łagodzi się tymi samymi metodami co i ziemską. Mówiąc przejrzyście: kto nie smaruje, ten idzie do piekła! Tak uważają ludzie znający (pozagrobowe) życie...

W zaświatach każdy człowiek ma swą kartotekę. Piekielny personalny skrupulatnie odnotowuje tam zachowanie każdej osoby. Gdy wybije godzina, wydany zostaje nakaz aresztowania i dusza zostaje doprowadzona przed Najwyższego Władcę. Przed wydaniem wyroku waży się zasługi i grzechy. Ludzie o czystych kartotekach idą do raju, gdzie stają się nieśmiertelni. Grzesznicy zostają wcieleni w ryby, owady lub zwierzęta, aby musieli cierpieć jeszcze w następnym życiu. Osoby, które trochę grzeszyły, a trochę mają zasług - też wracają na ziemię, ale już jako ludzie. Nie wydaje mi się to być szczególnym przywilejem, zważywszy na całokształt spraw naszego padołu płaczu.

Codziennie trumna

Kar oryginalnych nie ma, piekło malajskie stosuje natomiast chętnie te, które znane są w innych piekłach. Nowobogaccy, którzy wzbogacili się cudzą krzywdą, muszą codziennie wypijać porcję roztopionego metalu odpowiadającą ciężarowi monet zagrabionych za życia.

Nic więc dziwnego, że każdy rozsądny człowiek stara się za życia jeszcze ubezpieczyć od wypadku - w zaświatach. Najpewniejszą polisą jest „Zaświadczenie Dobrego Sprawowania” sprzedawane przez świątynie na Malajach. Dopuszcza się je jako dowody w rozprawach przed Najwyższym Sędzią. Wypisane są pięknymi hieroglifami na kolorowym papierze, formalnie podstemplowanym przez świątynię. Skuteczność dokumentów nie została sprawdzona w życiu pozagrobowym. Natomiast w życiu doczesnym są wręcz niezastąpione. Zwłaszcza dla kapłanów, którzy utrzymują się tylko ze sprzedaży tych polis.

Tradycja nakazuje: „Po skończeniu 60 lat trumnę należy kontrolować raz w roku. Po 70 - po każdej porze roku, po 80 - co miesiąc. Po 90 - codziennie”. To już chyba teoria, rzadko kto dożywa tak podeszłego wieku, ale każdy rozsądny Chińczyk na Malajach po sześćdziesiątce sposobi się do Ostatniej Wędrówki. Nabywa więc trumnę. Daje ją na skład i istotnie regularnie kontroluje czy aby drzewo nie butwieje, co jest konieczne - Singapur leży przecież tuż nad równikiem. Kosztowny to zresztą sprawunek. Trumna z drzewa dżinczen, które rzekomo ma rosnąć pod wodą tysiąc lat, kosztuje kilka tysięcy dolarów. Deski do droższych gatunków importuje się z Chin tańsze wyrabia się z miejscowych odmian drzewa. Rzemieślnicy umiejętnie podbijają ceny, gdy tylko wiedzą, że klient jest człowiekiem zamożnym. Prawo zwyczajowe zabrania bowiem targowania się o trumnę.

Stroje dla zmarłych są kosztowne. Nie mogą tylko mieć żadnych części futrzanych ani skórzanych, aby dusze zmarłych nie wcieliły się w zwierzę.

Płacz na godziny

Odziani w białe stroje żałobnicy powinni płakać i zawodzić. Im głośniej - tym lepiej. Przekonałem się, że zawodowe płaczki lub płacze (chyba poprawna forma dla mężczyzny tego zawodu) mają za zadanie nie tyle osobisty lament, ile stworzenie nastroju sprzyjającego szlochaniu obecnych. Usiłowałem rozmawiać z dwiema czekającymi na klientów płaczkami, ale ten zawód kryje widać tyle tajemnic, że nawet sama propozycja pogawędki była przyjęta ze zgorszeniem. Nie wiem więc, czy ludzie myjący z płaczu myślą o czymś smutnym, czy może są inne sposoby... Skłonny jestem przypuszczać, że jest to swoiste aktorstwo. Zamiast „śmiej się, pajacu!” dewizą zawodu jesz „płacz, zawodowa płaczko!”

Ustaliłem natomiast, że płaci się albo ryczałtem od całej ceremonii, albo też od godziny. Trudno mi wyobrazić sobie tę drugą odmianę płatności. Czyżby po upłynięciu opłaconego czasu płaczka nagle rozjaśniła spłakane oblicze? Tego też nie ustaliłem. W ogóle praca tam szła mi jak po grudzie. Gdybym pisał o blaskach i nędzach życia reportera, to reportaż z Zaułka Sago zaliczyłbym do najtrudniejszych.

Kodeks drogowy - pozagrobowy

Średniozamożna chińska rodzina na Malajach urządza zmarłym trzydniowe obchody żałobne. Dłuższe są zakazane przez władze sanitarne, gdyż w warunkach lokalnych rozkład zwłok następuje szybko. Podobno w dawnych Chinach cesarskich czasem i trzy lata mijały od zgonu do pogrzebu.

Na Malajach zwyczaj każe urządzać dalsze obchody jeszcze siódmego dnia po zgonie, jest siedem takich obchodów w odstępach siedmiodniowych. Są to bowiem dni, kiedy dusza zmarłego zjawia się pod eskortą piekielnego policjanta w rodzinnym domu. Organizuje się więc płaczki, które czekają na miejscu, aby pokazać władzy z zaświatów, jak bardzo zmarły jest opłakiwany. Na wszelki wypadek czeka też na policjanta łapówka w formie markowanych papierowych pieniędzy, które spala się ceremonialnie. Według wierzeń policjant zarabia bowiem niewiele, a skromny bakszysz usposobi go życzliwie do konwojowanej duszy.

Prasa lokalna zamieszcza wspomnienia o zmarłym, którego życie przedstawione jest jako jedno pasmo wyrzeczeń i dobrych uczynków. Nieważne, że mógł być lichwiarzem czy stręczycielem. Nikt nie protestuje, gdyż wszyscy wiedzą, że również i notatki prasowe mają znaczenie dla obradującego w zaświatach sądu. Po ukazaniu się nekrologu żałobnicy znów gromadzą się pod wizerunkiem zmarłego. Portret jego obstawiony jest podobiznami służby - kukły te noszą na sznurkach papierowe pieniądze malowane przez rzemieślników i opiewające na fikcyjne wielkie sumy. Są to zaliczki na poczet służby w zaświatach. Na stołach ustawia się przysmaki dla błąkających się dusz obżartuchów, które są wiecznie głodne, gdyż mają wielkie usta, a ciasne przełyki.

Dla zmarłego przygotowuje się wizerunki wszystkiego, co mu będzie potrzebne w zaświatach. Widziałem już kiedyś w Hongkongu te papierowe cuda, ale w Singapurze wybór jest jeszcze większy, a precyzja wykonania chyba też lepsza. Widziałem, na przykład, makietę dwupiętrowego domu zbudowaną na bambusowym rusztowaniu i całkowicie umeblowaną. Jest do nabycia duży wybór samolotów odrzutowych, gdyby zmarły chciał wygodnie podróżować. Jest pełny zestaw samochodów z papieru, począwszy od pomarańczowego „Volkswagena”, a skończywszy na kanalikowym „Cadillacu”. Są portfele wypchane pieniędzmi. Te znów wyrabia się w trzech odmianach. „Złote” dla bóstw, „Srebrne” dla pospolitych duchów oraz „Banknoty Piekielne”, na których wypisano zastrzeżenie, że są tylko bonami dla płacenia podatków władzom skarbowym. Czyżby na domiary?

Kapłan głośno wylicza wszelkie dobra, jakie ostaje zmarły w swą ostatnią podróż. Zaklina głośno bóstwa opiekuńcze, aby nic nie zginęło z tego inwentarza, by wszystko zostało przekazane zmarłemu w należytym porządku. W końcowych modłach kapłan zwraca się do papierowej kukły szofera zasiadającego za kierownicą papierowej limuzyny. Kukła wysłuchuje pouczeń o zasadach ostrożnej jazdy lewą stroną (jesteśmy pod brytyjską flagą), potem cała papierowa służba i całe papierowe mienie zostaje spalone, aby dotarło w zaświaty.

Lew czy bocian

Chińskie pogrzeby na Malajach są kompromisem między tradycją a współczesnością. Na przedzie konduktu kroczy orkiestra dęta ubrana w mundury własnego pomysłu o fantastycznym kroju i bajecznych kolorach. Grane są na przemian marsze żałobne i najnowsze szlagiery taneczne. Dziwny to widok ci ludzie o twarzach nieutulonych w żalu i nogach maszerujących w rytmie twista.

Ważna jest perkusja, gdyż hałas odstrasza złe duchy. Zaraz za orkiestrą kroczą krewni zmarłego dzierżący sznury przytwierdzone do trumny. Ciągną ją na „niby”, gdyż karawan jest przecież zmotoryzowany. Ale to nieważne - przecież i tak można wynająć zawodowych zastępców, którzy głośno obwieszczają zebranym, kto nie miał czasu na ceremonie i prosił o zastępstwo. Tym samym tradycji stało się zadość. Za trumną kroczą mężczyźni posypujący drogę czymś w rodzaju confetti. Ma to podwójne znaczenie: odstrasza duchy, które mogłyby się mścić z zawiści, że nie miały same tak pięknego pogrzebu, a także wytycza się w ten sposób duszy drogę do domu. Jest to niezwykle ważne, gdyż kondukt celowo kluczy okrężną drogą, aby wszyscy podziwiali cały obchód.

Nauczono mnie, w jaki sposób odróżnia się po dekoracji trumny, czy zmarły był mężczyzną, czy kobietą. Biały bocian oznacza zmarłą. Ma przypominać ponure dzieje młodo zmarłej księżniczki, której ojciec chciał zapewnić należytą obsługę na tamtym świecie. Kazał więc - rzecz dzieje się prawie dwa i pół tysiąca lat temu - wykopać głęboki i szeroki dół. Nad konduktem szybował oswojony bocian. Tłumy żałobników tak były zapatrzone w tego ptaka, że nie zwróciły nawet uwagi, iż weszły do tej wielkiej jamy. Gdy to się stało, wojsko otoczyło cały teren, zasypując żywcem wszystkich uczestników obchodu, którzy tym samym powędrowali za księżniczką w zaświaty.

Na trumnie ze zwłokami mężczyzny umieszcza się lwa. Pochodzenie symbolu ginie w mroku niepamięci, gdyż w Chinach lew nigdy nie żył na swobodzie. Zarówno bociany, jak i lwy sporządzone są z białej tkaniny na bambusowych ramach, a po ceremonii odnosi się je znów do składu. Trumna jest zawsze ustawiona według rad „Profesora Żywiołów”. Nad grobem zazwyczaj przerzuca się żywego białego koguta ze skrępowanymi nogami, gdyż „kogut” wymawia się podobnie jak „pomyślność”. Ptak ten jest symbolem odwagi i słońca.

Zgon w domu malajscy Chińczycy uważają za zły omen. Kto czeka na śmierć, ten powinien czynić to w Zaułku Sago. Stojące tam domy są nie tylko kostnicami. Tam się umiera.

Przemysł jak każdy inny

Przystojny szczupły i wysoki Chińczyk w okularach w modnej oprawie uprzedzony jest już o naszej wizycie. Przyjaciel mój dzwonił do niego rano. Mamy do czynienia z przemysłem jak każdy inny. Jeden sprzedaje radia japońskie, ów hoduje złote rybki, tamten naprawia buty, kto inny prowadzi coś w rodzaju punktu usługowego, gdzie można umrzeć. Tu przyjmuje się zwłoki jeszcze przed tym, nim ta nazwa stanie się aktualna...

Nikt nie powinien żyć nad stan ani też umierać w sposób przekraczający jego możliwości. Biedacy dogorywają w piwnicach Zaułka Sago. Przyznam otwarcie, że zajrzałem tylko w stęchły mrok tych lochów, skąd dobiegają rzężenia i jęki konających. Przedsiębiorstwo, które widziałem z bliska, nastawia się na klientelę średniozamożną. Kupcy z bocznych ulic, urzędnicy z dużych firm. To znaczy - byli nimi wczoraj. Dziś patrzą wzrokiem, który nie dostrzega. Oczy głęboko zapadnięte śledzą już widać wydarzenia w zaświatach. I trudno powiedzieć, czy może wspominają złe czy dobre chwile. Chyba obca im jest mentalność tych, którzy twierdzą, że powinno się tak żyć, aby mieć jak najwięcej wspomnień, do których człowiek uśmiechnie się na łożu śmierci.

Jest jakaś różnica postawy. W naszym świecie człowiek walczy ze śmiercią. Tam ludzie nagle doszli do wniosku, że ich godzina wybiła. Reszta jest już oczywistością. Trzeba wyjść na spotkanie, a nie sprawiać kłopotu bliźnim.

Posługacz przedsiębiorstwa, gdzie czeka się na śmierć, czyta w przedsionku gazetę. Od czasu do czasu zagląda do izb z niezmąconym spokojem człowieka, któremu płaca za jego pracę, a który jest sumienny i akuratny. Nie ma w tym nic nieludzkiego, to wszystko jest kwestią umowy i zwyczaju. Już czy jeszcze nie?

Nasuwa mi się myśl tak uporczywa, że odciągam na bok przyjaciela i szepczę mu do ucha pytanie, które zaraz po chińsku wędruje do adresata: czy wszyscy klienci są chorzy na nieuleczalne dolegliwości?

Mija chwila, nim odpowiedź wróci znów do mnie po angielsku: „Pan Czang nie bardzo rozumie sens pytania szanownego cudzoziemca. Klienci długo oszczędzali, aby się tu dostać. Nie poszli do lekarza, ale właśnie tu. Z własnej woli. Wpisowe 11 dolarów, potem 6 dolarów tygodniowo. Za wyżywienie - osobna dopłata. Wydatki te można było zużyć na szpital i lekarzy. Gdyby klienci sobie tego życzyli. Ale oni mają inne życzenia. A gdyby nie starczyło im własnych funduszów na przedłużającą się agonię? Wtedy płacą krewni, to ich święty obowiązek. Szanowny cudzoziemiec zapytuje, dlaczego więc nie pozwala się tym ludziom na zgon we własnym domu? Pomijam już kwestię tego, że to zły omen. Ale przecież tu jest spokój, nasi klienci często mieszkali w pomieszczeniach przy sklepach. Takie klitki dobre są do prawidłowego prowadzenia handlu, ale są złe do umierania.

I tyle. Z tym spokojem - to też pewna reklama przedsiębiorstwa. Rodziny krzątają się, wchodzą i wychodzą. Czekają przed drzwiami trumny z wypisanymi nazwiskami tych, którzy tam jeszcze żyją.

Pan dyrektor prosi i nas na zieloną herbatę do gabinetu. Kolorowe kalendarze reklamowe firm okrętowych, dwa telefony, za szklanym przepierzeniem księgowy trzaska z niebywałą szybkością na liczydłach. Już nawet nie pytam o sens tej buchalterii. Czy to chodzi o podatki, czy inne sprawy? Co lub kogo oznaczają czarne i żółte kulki nanizane na druty liczydła? Właściciel przedsiębiorstwa wzdycha. Chyba nie z żalu za zmarłymi klientami. Po prostu powiada, że interes nie jest już taki jak dawniej. Konkurencja obniża ceny, a czy można umrzeć przyzwoicie za 4 dolary tygodniowo?

Klienci też podobno zastanawiają się nad celowością wydatków. Może mniej łożyć na śmierć, a więcej na życie? Widać przemija stary obyczaj i kończą się pogrzeby kosztujące fortuny, a organizowane z precyzją operacji desantowej.

Pan Czang wstaje na znak, że wzywają go obowiązki zawodowe. Odprowadza nas do progu, mam nadzieję, że nie powiedział do widzenia... W milczeniu wychodzimy z Zaułka Sago, wsiadamy do czekającego samochodu, który wraca w świat neonów i zgiełku.

Wstąp i popatrz

Rozmaicie tłumaczy się pochodzenie nazw czterech słynnych parków rozrywkowych Singapuru: Szczęśliwy Świat, Nowy Świat, Wielki Świat oraz Piękny Świat. Dlaczego to samo słowo we wszystkich czterech nazwach? Może dla podkreślenia rozmaitości atrakcji, może dlatego, że gdy zapadnie zmrok można tam spotkać ludzi z całego chyba świata.

Brytyjczycy, Tamilowie, Syngalezi, Malajowie, Gurkhowie, Pakistańczycy, Hindusi, Chińczycy posługujący się różnymi narzeczami i dyskutujący między sobą przez tłumacza, rybacy z Moluków i kacykowie z Borneo, Ormianie z krajów Lewantu, Japończycy, Amerykanie, Niemcy, Skandynawowie. Marynarze, kupcy, żołnierze przechadzający się pod girlandami z tysięcy żarówek w zgiełku głośników zachwalających uciechy, przyjemności, towary.

Głośniki zagłuszają się nawzajem. Jeszcze się jest w zasięgu jednego, a już natarczywie dobiega wołanie następnego: wstąp i posłuchaj panny Uśmiech Poranku, najpiękniejszej śpiewaczki Japonii, wstąp i dowiedz się wszystkiego o owej przyszłości od najlepszej wróżki Malajów, wstąp i zjedz chiński obiad z dziesięciu dań, wstąp i obejrzyj na naszym ekranie miss Jane Russell i jej najwspanialszy biust, jaki kiedykolwiek posiadała jakakolwiek kobieta między Atlantykiem a Pacyfikiem, wstąp i posłuchaj naszych grających szaf z największymi superszlagierami wszystkich kontynentów...

O zmroku cztery światy Singapuru sposobią się do kolejnej nocy. W chińskiej jadłodajni czekają gorące, perfumowane ręczniki, które na wstępie podaje się biesiadnikom, aby wytarli spocone czoła i dłonie, czeka ryż w małych miseczkach, który podaje się na samym końcu przyjęcia, a którego nie wolno tknąć nawet - zapraszający śmiertelnie by się obraził... Odmawiając spożycia tej miseczki, podkreśla się wobec gospodarza wystawność przyjęcia - już nic się nie zmieści...

Syjamscy bokserzy zaraz wystąpią na ringu, aby pokazać sport praktykowany zresztą i u nas na wiejskich weselach oraz w polemikach literackich. Bokser wali przeciwnika pięścią w brzuch, a gdy ten się schyli w odruchu bólu, dostaje błyskawicznie kopniaka w zęby. Mija runda za rundą, a niscy, szczupli bokserzy uwijają się po ringu, grzmocąc się kułakami i wierzgając. Ich krew pokrapia siedzących bliżej widzów. Kobiety dopingują histerycznymi wrzaskami omdlewających z upału i upływu krwi zawodników, mężczyźni też mają żądzę mordu w oczach. Bardzo szlachetny sport.

Każdej nocy cztery światy Singapuru tysiącem hałasów, tysiącem barw i tysiącem woni wzywają i nawołują. Wstąp i popatrz, wstąp i posłuchaj, wstąp i kup! Bowiem niepowtarzalność tych światów polega także i na tym, że przez całą noc sprzedaje się tu towary. Miejsce jest drogie, a więc sklepy są tak ciasne, że czasem właściciel i sprzedawcy nie mieszczą się w środku i całą noc wystają przed rozłożonymi towarami.

Okoliczne atrakcje nie są już dla nich atrakcjami. Oni tu już byli. Wczoraj, przedwczoraj, rok temu. Będą jutro i za miesiąc. Wrzaskliwe dowcipy malajskiego gawędziarza, dobiegające przez całą noc z głośnika pobliskiego kabaretu, wywołują u nich tylko gniewne wzruszenie ramion. Kupcy czekają na klientów. Towary wystawia się bez cen. Nabywca zaczyna rozgrywkę, pytając znudzonym głosem o kilka przedmiotów, których wcale nie zamierza kupić.

Szczególny spokój obowiązuje przy sondażu tego właśnie obiektu, który jest godny uwagi. Biada kupującemu, jeżeli jego gra zostanie przejrzana i kupiec domyśli się, jaki towar naprawdę wchodzi w rachubę. Takie zainteresowanie z miejsca podnosi cenę. A więc spokojnie, spokojnie - mamy przed sobą jeszcze całą noc... Usłyszawszy wreszcie cenę, klient wybucha konwulsyjnym śmiechem i majestatycznie odchodzi, ścigany przez rozgorączkowany grą personel.

Jeżeli kupiec jest muzułmaninem, to zazwyczaj dramatycznie oświadcza, że sam Allach podszepnie nabywcy godziwą cenę. Kupujący, zażenowany nagłym awansem na powiernika Allacha, wpada w konsternację i gotów jest już raczej wysłuchać sugestii kupca.

Wstąp i kup

Jeżeli sklep należy do Chińczyka, gra jest zazwyczaj bardziej subtelna. Jest oczywiste - powiada kupiec - że tylko taki wybitny znawca mody i rzecznik prawdziwej elegancji mógł zwrócić swą uwagę na tę parę siatkowych kalesonów, które dziś rano dostarczono odrzutowcem z Londynu. Rozglądając się wokoło i zniżając glos do szeptu, kupiec wyjaśnia klientowi, że ten skarb z elastycznej bawełny z rozporkiem jest właściwie prototypem i wcale nie został jeszcze dopuszczony do sprzedaży przez brytyjskiego producenta. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, on, kupiec z Wielkiego Świata, może jednak dziś sprzedać cały tuzin tych wyjątkowych kalesonów po rewelacyjnej cenie. Dziś mianowicie są urodziny jego pierworodnego (wyciąga zdjęcie i trzeba podziwiać tłustego bobasa) i dla uczczenia tego wydarzenia postanowił właśnie odstąpić za bezcen swój najlepszy towar pierwszemu sympatycznemu cudzoziemcowi, który wstąpi do jego sklepu. Takie same kalesony nosie zresztą sam książę Filip, gdy zatrzymał się w Singapurze w drodze na wielkie manewry floty wojennej na Morzu Południowochińskim.

Skąd o tym wiadomo? Ano opowiadał o tym kupcowi jego wuj, właściciel najbardziej nowoczesnej pralni „King Kong Laundry” (wyciąga z szuflady i wręcza klientowi reklamową ulotkę pralni, przedstawiającą potworną małpę King Kong odzianą w szaty śnieżnej białości), gdzie książę dal bieliznę do uprania. On sam natomiast (tu wręcza własną wizytówkę) ma na składzie szeroki wachlarz towarów. A mianowicie poza tymi kalesonami (Może byłoby jednak rozsądniej, aby nabył pan dwa tuziny, ten drugi to dla brata. Nie ma pan brata? Sorry!) ma jeszcze na sprzedaż szereg innych cennych artykułów: pastę do zębów z Chicago, części rowerowe, japońskie sandały, w których człapie cala Azja, puder marki „Wschodnia Księżniczka”, kapelusze filcowe, buty spadochroniarzy, radia tranzystorowe, agrafki, parasolki, łyżki, Królewnę Śnieżkę i Siedmiu Karzełków z celuloidu, portrety Czang Kai-szeka, kadzidła rytualne, prezerwatywy, kapelusze słomkowe, wędki japońskie, suszone płatki kwiatów do kąpieli, barchan, maść marki „Tygrys”, kochery do ryżu, sarongi, ałun, klatki na ptaki, maszyny do szycia...

Inne sklepy sprzedają ryż w stu odmianach i suszoną rybę w stu zapachach. Wszystko to wabi publiczność, jakkolwiek nigdy nie mogłem pojąć, kto przychodzi po północy do parku rozrywkowego, aby kupić wózek dziecięcy lub pralkę elektryczną - widocznie jednak są tacy klienci, skoro kupcy prosperują. W tłumie przechadzają się dostojnym krokiem policjanci malajscy i brytyjska żandarmeria morska oraz lotnicza, policjanci hinduscy i tamilscy. W ogóle policja latoś obrodziła w Singapurze nad podziw.

Wstąp i zatańcz

Wstąp i podziwiaj malajską salę tańca. Ronggeng to taniec, gdzie w przeciwieństwie do syjamskiego boksu wszelkie chwyty są zakazane.

Na podium zasiada orkiestra rzępoląca różne kawałki. Dominuje perkusja, strzępy melodii z trudem przebijają się przez bębny i czynele. Trudno nawet zorientować się w charakterze tej muzyki, jakkolwiek miałem przez chwilę wrażenie, że mordowano Na perskim rynku.

Panowie zjawiają się samotnie, partnerki dostarczane są bowiem przez przedsiębiorstwo. Mały chłopaczek uwija się na bosaka po sali, roznosząc piwo o paskudnym smaku, prosto od konia. Panowie noszą przyodziewek, który już opuścił Europę, a jeszcze nie dotarł do Azji. Nabywają w kasie bilety na tańce. Z biletem w dłoni oglądają z bliska partnerki czekając koło orkiestry na deskach przykrytych gazetami. Malajki swym ubiorem są też na połowie drogi, ale między dżunglą a Hollywood. Napaćkana szminka bardzo je postarza, chociaż dwudziestoletnia dziewczyna nie miałaby tu czego szukać, tu się zaczyna znacznie wcześniej. Malajki, oglądane w skupieniu i bez pośpiechu przez posiadaczy biletów, w milczeniu czekają na zaproszenie do tańca. Łysiejący mężczyzna z kolczykiem w uchu, obrany w jaskrawą koszulę, zielone spodnie i lakierki na bosych nogach, w namaszczeniu obchodzi dziewczynę o brunatnej skórze. Przybliża się i oddala, patrząc na tancerkę jak handlarz na jarmarku taksujący wzrokiem cielaka. Wreszcie decyduje się i wręcza jej bilet na następny taniec. A każdy obserwator tej sceny nabiera pewności, że taniec ten i następne - to jedynie wstęp do dalszych wydarzeń.

Ronggeng wyklucza jakiekolwiek zetknięcie partnerów. Pary krążą więc po parkiecie, kołyszą biodrami i gestykulują długimi palcami w jednoznacznej symbolice. Nie wymieniają nawet uśmiechu, czasem tylko padnie jakieś pojedyncze słowo. Malajki nie patrzą wcale na swych pląsających 'partnerów, suną po zakurzonej podłodze dostojnie, ich wzrok wyraża pogodzenie się z losem, kismet, co ma być - to będzie.

Kismet na ten wieczór już się chyba precyzuje. Po kilku tańcach mężczyzna z kolczykiem w uchu zaszczyca jednak swą zdalnie kierowaną partnerkę kilkoma słowami i wraca do swego samotnego stolika. Ona wymienia zarobione bilety na gotówkę przy biurku, za którym zasiada grubas regulujący ruch w przedsiębiorstwie. Słucha dziewczyny, dłubiąc spokojnie w zębach wypielęgnowanym długim paznokciem małego palca prawej dłoni. Kiwa głową na znak zgody.

Wychodzą więc oboje. Malajka i jej partner. On długimi krokami idzie przodem nie oglądając się, ona drepce za nim drobnym krokiem w swej obcisłej sukni. W małych malajskich domkach w zatłoczonej izbie, gdzie gotuje się nocą strawę, niańczy dzieci i naprawia sieci przed jutrzejszym połowem, spełniają się marzenia wyrażane przez godzinę w tańcu na publicznej sali. Legendy o zmysłowości Malajów nie są chyba wcale przesadzone. Najpoważniejsi socjologowie twierdzą w pracach o Azji Południowo-Wschodniej, że kariera polityczna czy wybitne osiągnięcia zawodowe rzadko kiedy pociągają przeciętnego Malaja, którego umysł od wczesnej młodości do późnej starości zaabsorbowany jest przede wszystkim sprawami cielesnych igraszek.

Zawrotną karierę islamu na Malajach też tłumaczy się często właśnie atrakcyjnością poglądów Proroka dla umysłowości malajskiej zwłaszcza tam, gdzie Koran wyraża zrozumienie dla męskich ciągotek na tym świecie, a także zapowiada dla wiernych dalsze atrakcje - na tamtym.

Pary wracają potem na salę. Noc jest jeszcze młoda i mężczyzna z kolczykiem w uchu nabywa znów kilka biletów na tańce. Obmacuje wzrokiem smukłą koleżankę swej dotychczasowej partnerki. Wyróżniona patrzy zmęczonym spojrzeniem na niezmordowanego tancerza i zalotnika.

Wstąp i podziwiaj

Wstąp i podziwiaj chiński teatr. Widowisko na co najmniej cztery godziny, nigdy krócej. Oto przedstawienie naprawdę ludowe. Tylko kurtyna przypomina nasz teatr. Nie ma tu jednak tego skupienia uwagi i całego dostojeństwa, jakie towarzyszy zazwyczaj naszym spotkaniom z Melpomeną. Widzowie, którzy rozsiedli się na ławkach, i tak zazwyczaj znają na pamięć cały tekst, nie zmieniony od setek czy nawet tysięcy lat. Tu się przychodzi, aby podziwiać i przeżywać.

Koło mnie cała rodzina. Tata śledzi tok akcji i wachluje się gazetą. Mama karmi niemowlę piersią, targując się z roznoszącym owoce sprzedawcą, wreszcie kupuje kawałek melona, który zajada głośno i spluwa na zaśmieconą podłogę pestkami. Tu nie ma wzlotów intelektualnych, każdy wszystko zrozumie. Trzeba tylko przynależeć do tej prastarej cywilizacji, chłonąć symbole i znaki umowne.

Rzecz dzieje się przed tysiącem lat, ale nikt nie dziwi się ani nie protestuje, gdy w pełnym toku dramatycznej akcji zjawia się między aktorami na scenie młodzieniec w kowbojskich portkach na szelkach, dzierżący młotek w dłoni i przechowujący w ustach gwoździki. Musi przecież doraźnie naprawić uszkodzoną przy przesuwaniu drabinę.

Widzowie patrzą ze zrozumieniem na młodzieńca wałęsającego się i stukającego podczas monologu na scenie, drabinę trzeba naprawić, to jasne! Młodzieniec z brygady remontowej z ulgą otwiera usta, aby pokazać, że drabina gotowa. Bohater wdrapuje się wtedy na sam jej wierzchołek, aby stamtąd wystąpić z dłuższym przemówieniem. Oczywiście wiemy, że ta drabina to tylko na niby, naprawdę bohater znajduje się teraz na szczycie niebosiężnej góry. Na głowie ma czapkę futrzaną, aby powiadomić nas tym samym, że przebywa na mroźnych terenach północnych.

Po chwili jest znów na równinie, biega wokół sceny wymachując biczem. Też naturalnie na niby, przecież wiadomo, że smaga rumaka pędząc tropem swej ukochanej. Sprzedał ją ojciec wstrętnemu starcowi, gdy po kolejnej suszy (pusta dłoń wymownie informuje widzów o nędzy) głód zajrzał do małej chatki.

Cymbały za sceną podkreślają nastrój pośpiechu, gna bez wytchnienia jeździec. Człowiek bez wyobraźni widzi tylko zdyszanego aktora w amarantowych spodniach i fantazyjnym kubraku, który biegając po zakurzonych deskach nie dostrzega swej własnej narzeczonej i jej nabywcy. My, którzy żyjemy już między bohaterami dramatu, denerwujemy się jednak strasznie. Zdąży czy nie zdąży? Tam już przecież staruch szykuje się do pierwszej nocy ze swym nabytkiem. Niegodziwiec! Dziewczyna klęczy zwrócona twarzą ku nam. Zwierza się, że sama myśl o lubieżnym dziadku napawa ją lękiem, że nadal kocha tylko swego lubego, ale że przecież posłuszeństwo jest pierwszą cnotą córki... Monolog przerywa stojący obok i spocony jeszcze po biegu amant, który pokazuje nam monety, jakie przygotował na wykup ukochanej. Co prawda są to malajskie dolary, a akcja toczy się przed tysiącem lat, ale drobiazg ten maleje wobec faktu, że młodzian niebezpieczną pracą w górach dorobił się szybko sumy pozwalającej mu na zakup poletka ryżu i szczęście z wybraną żoną.

Wszelka małoduszność i czepianie się szczegółów byłyby tu więc nie na miejscu. Żal nam chłopaka bardzo, bo sytuacja jest poważna. Lubieżny staruch skończył obgryzać udko kurczaka, klaszcze w dłonie i każe swej nałożnicy, aby rozesłała matę. Napomina dziewczynę, aby mu dala silnego i zdrowego syna. Nam oświadcza, że dziewczyna słono kosztowała, więc wydatek musi się opłacić. Sympatie sali są jednak podzielone. Kobiety lżą starca, spluwają w jego stronę pestkami, ale ktoś głośno powiada, że istotnie widzieliśmy wszyscy, jak dziadzio płacił za dziewczynę, czemu więc miałby sobie żałować?

Wszyscy jednak żałują amanta, który po morderczym galopie zatrzymał się na stepie - jest już chyba blisko, gdyż stanął na czubkach palców i wypatruje domu, gdzie jego dziewica za chwilę przestanie nią chyba być. Na scenę wkracza jeszcze znienacka opryskliwy osobnik z lukiem w ręku, który kłania nam się grzecznie i przedstawia jako zbój grabiący podróżnych z północy. Gdyby się bronili, to - wykonuje międzynarodowy gest palcem po gardle...

Niedobrze... Rozbójnik wyjął strzałę z kołczana i napina cięciwę w kierunku rozbieganego amanta. Staruszek też sposobi się do akcji, popijając wywar ze sproszkowanych rogów jelenia, co dodaje uczuć rodzinnych. Dziewczyna ma już na sobie tylko szarawary i lekką koszulę. Gestem naśladuje kołysanie dziecka... Oddychamy wszyscy z ulgą, gdy na scenę wkracza wieszczka, która energicznie odciąga zapłakaną dziewczynę od roznamiętnionego starca, a zbójca usypia akurat wtedy, gdy amant mija zasadzkę. Wydawać by się mogło, że szczęściu młodych nic nie stoi na przeszkodzie, kiedy...

Przedstawienie musi przecież trwać bite cztery czy pięć godzin. Ale przed świtem bledną światła wszystkich czterech światów. Sklepy zapuszczają żaluzje, wymęczone namiętnością klientów dziewczyny wracają do domów, wlokąc się powoli za grajkami z orkiestry. Wygasa ogień w paleniskach ulicznych garkuchni, osowiały drób w klatkach zarobił jeszcze jeden dzień życia.

Kiedy w dzień zjawiam się na terenach Szczęśliwego Świata, zastaję odrapane deski, zardzewiałe żelastwo, żarówki prymitywnie zawieszone na plątaninie drutów. Wszystko jest ubogie, brudne i zaniedbane. Wiemy jednak, że to tylko na niby. Że znów nadejdzie noc i że znów zjawią się dziesiątki tysięcy ludzi, aby kupować prawdziwe towary i prawdziwe wzruszenia, aby śmiać się i płakać, i nienawidzić aż do następnego świtu.

Powrót do spisu treści