Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Ludożercy też ludzie

Obudziłem się wczesnym rankiem w małym domku, gdzie mogę mieszkać, kiedy jego prawowity właściciel przebywa na urlopie „na południu”, jak się tu na Nowej Gwinei określa w mowie potocznej Australię. Nadchodzą od niego kartki ze schroniska u podnóża Góry Kościuszki, z zazdrością patrzą koledzy na prawdziwy śnieg na błyszczącej widokówce w kolorach naturalnych. Na białym śniegu biała narciarka o jasnych włosach w kremowym swetrze... Koledzy urlopowicza wzdychają z zazdrością, ocierają pot z czoła i wracają do notowania wyników wyścigów konnych w Sydney, podawanych z niewiarygodną szybkością przez sprawozdawcę sportowego rozgłośni w Port Moresby. Japońskie radio tranzystorowe zachłystuje się wartkim opisem gonitwy, ale nagle milknie, uciszone niewinnym gestem swego właściciela, który zawierzył kilka funtów absolutnemu czworonożnemu pewniakowi gdzieś „na południu” i oto teraz właśnie dowiedział się, że chabeta doczłapała do celownika na zaszczytnym przedostatnim miejscu... 

Szarwark w dżungli

Wyszedłem na werandę, drapiąc się po pogryzionych przez moskity plecach, i ujrzałem, że czeka na mnie mała gromadka kędzierzawych papuaskich dzieci. Podniosły się z ziemi i chóralnie zaczęły powtarzać: Masta, bzzzz, masta bzzzz!!!

Zaniepokojony wróciłem do mej izdebki, wziąłem portmonetkę i rozdałem dzieciom australijskie pensy, potężne monety z kangurem. Pensy chętnie wzięły, ale początkowa sprawa: „Masta, bzzzz!” bynajmniej nie spadła z porządku dziennego.

W piżamie pośpieszyłem do pobliskiego domku, gdzie mieszka oficer patrolowy, czyli miejscowy przedstawiciel władzy, barczysty Australijczyk z Nowej Południowej Walii. Grzecznie wysłuchał mego pytania, przerwał spożywanie śniadania i wyszedł na ganek, aby w bezpośredniej rozmowie z dziećmi wyjaśnić całą sprawę.

Wrócił po chwili. „Powiedz, masz elektryczny aparat do golenia? Ano właśnie one chcą, abyś się ogolił, chcą posłuchać hałasu golarki...”

Goliłem się więc rano, potem „na bis" w samo południe, potem zaraz po poobiedniej drzemce... Ale gdy spragnione spektaklu tłumy żądały powtórzenia widowiska tuż przed kolacją, zbuntowałem się. Skóra piekła mnie od ponawianej operacji i nie chciało mi się wyciągać bateryjnego aparatu, schowanego przed wilgocią w blaszanym pudle na samym dnie walizki.

Z resztą białych panów spotkałem się przy kolacji podanej w białym domku, nad którym trzepocze australijska flaga. Znam ich już z imienia i nazwiska, co nie jest zbyt trudne. Trzej policjanci prowadzący również sprawy skarbowe oraz pocztowe, dwaj geologowie węszący za naftą, jeden felczer i jeden kierownik kantyny - oto cała obsada maleńkiej placówki w rejonie Sepik, który rozciąga się na ponad 30 tysiącach mil kwadratowych na Nowej Gwinei Australijskiej - od granicy dawnych posiadłości Papua aż po Ocean Spokojny. Okręg ten ciągle jeszcze nie jest całkowicie zbadany, uważany też jest za najtrudniejszy do administrowania.

Znam tych ludzi także z przezwisk, którymi obdarzyła ich ludność papuaska, podpatrująca z zamiłowaniem białych panów, ich zwyczaje oraz maniery. Zasiada więc już przy stole masła Butelka, jest i geolog masta Stuk-Stuk, a szybkim krokiem spieszy do jadalni masta Długi, co zresztą wcale nie jest aluzją do jego wzrostu...

Żachnęliby się, gdyby im coś powiedzieć o egzotyce. Dla nich to szara, codzienna nuda, oderwanie od rodzin. Odżywają dawne wspomnienia, dżungla szumi wokoło, kiedy płyną długo w noc opowieści o jakimś meczu, o jakiejś dziewczynie imieniem Daisy, o rojnym King’s Cross w Sydney, gdzie co noc tłumy rozbawionych ludzi wędrują między knajpami zachwalającymi swe dania we wszystkich językach starej Europy, gdzie chińskie restauracyjki i indonezyjskie jadłodajnie wabią przechodniów przedziwnymi potrawami...

A teraz... Najbliższa osada to Wewak, port nadmorski, ośrodek administracyjny, kilkadziesiąt domków, lotnisko. Niedaleko to, jakieś dwie setki kilometrów, co jak na Nową Gwineę jest zupełnie blisko. Komunikacja niezła. Można dostać się tam ciężarówką. Naturalnie, trzeba się wpierw dowiedzieć, czy aby drogi nie są podmyto po ostatnim deszczu i czy dżungla nie odebrała znów prawa przejazdu. Bo tu nie wystarczy wybudować drogę, trzeba ją jeszcze utrzymać, gdyż bujna roślinność w ciągu kilku dni zatrze każdy szlak, na którym nie ma ciągłego ruchu. Każdy poniedziałek jest więc w rejonie Sepik dniem przymusowej pracy nad naprawą dróg. Papuasi maszerują na wyznaczone odcinki, nieraz muszą iść bardzo daleko, droga rzadko zagląda do ich wiosek. Lądem przewozi się ciężki sprzęt, skrzynie z konserwami i inne produkty, które ważą wiele, a nie psują się zbyt szybko.

Pasażerowie na kila

Przyleciałem awionetką z Boram, gdzie niegdyś była plantacja kopry. Japończycy wybudowali tam podczas wojny lotnisko obsługujące teraz Wewak. Waży się przed lotem nie tylko bagaż, ale i samego pasażera. W tym samolociku liczy się przecież każde kilo. W hangarze tak rozpalonym od słońca, że nie można dotknąć blaszanej ściany, stos paczek i paczuszek czeka na dostarczenie do dżungli. Kolejność w hierarchii ważności jest z góry ustalona. Jak na pustyni przy wodopoju najpierw zaspokaja pragnienie koń, potem mężczyzna, a potem kobieta - tak tu pierwszeństwo przysługuje przy przelocie najpierw płóciennym workom z koroną i nadrukiem „Królewska Poczta”, potem funkcjonariuszom administracji kolonialnej, potem pasażerom nie piastującym żadnych urzędowych godności, potem paczkom nadanym frachtem...

No, a pasażerowie muszą niezależnie od wizy mieć jeszcze na każdorazowy lot zgodę komisarza, który na Wewak administruje całym tym obszarem.

Oba tylne siedzenia zostają przywalone workami z pocztą. Siadam koło pilota. Chrobotanie w słuchawce radiowej, wieża kontrolna zgadza się na start. Żadnych ceremonii, żadnej klimatyzacji, żadnego wyrównania ciśnienia. Starym sposobem uchyla się wywietrznik i struga powietrza wpada do kabiny, kiedy lecimy nisko nad drzewami. Raz po raz pilot podstawia kolejno swe spocone dłonie pod ten wentylator, naśladuję i ja ten zabieg, kiedy aparat fotograficzny wyślizguje mi się ustawicznie z rąk.

Gdyby nie lotnictwo, białe plamy na mapie Nowej Gwinei byłyby znacznie większe. Ale proszę nie myśleć o tej komunikacji naszymi kategoriami. Lądowiska mieszczą się na małych polanach w dżungli, czasem nawet na łagodniejszych zboczach wzgórz - więcej tu sztuki cyrkowej niż pilotażu. Nudzący się chronicznie Australijczycy mogą tu znaleźć rozrywki dla silnych nerwów. Ludzie, którzy ujeżdżają (trudno rzec: pilotują) te maszyny łącznikowe w dżungli, muszą dawać sobie radę bez personelu naziemnego na samotnych lądowiskach, bez radaru, bez służby meteorologicznej. Wiedzą też dobrze, że w razie przymusowego lądowania czekać na nich mogą zatrute strzały i honorowe miejsce w rondlu podczas wielkiego sing-sing ludożerców.

Po tym, co zostało tu powiedziane na temat zacofania Papuasów, których większość żyje jeszcze w epoce kamiennej, może się wydawać dziwne, że właśnie ci najbardziej prymitywni mieszkańcy wyspy mają niejako odwrócony porządek poznawania środków lokomocji białego człowieka. A więc najpierw samolot, a potem dopiero samochód. Samo życie podyktowało tę kolejność, ponieważ samochód nie fruwa, trzeba dopiero wybudować drogę, aby dotarł w głąb dżungli. Stąd też Papuasi z głębi Nowej Gwinei, gdy wreszcie ujrzeli topornego landrovera, który przebrnął nowo wybudowanym szlakiem, nazwali go w żargonie pidgin „balus he savvy walk long rote”, czyli „samolot on umieć chodzić po długiej drodze".

Brzmi to może niewiarygodnie, a jednak Australijczycy twierdzą, że liczba wypadków lotniczych wzrasta wraz z postępem technicznym. Zakładając, że teza ta jest prawdziwa, musimy uważać Nową Gwineę za przodujący kraj świata. Do końca roku były jeszcze wtedy dwa miesiące, a już statystyki notowały ponad dwieście kraks lotniczych różnego rzędu. W przeddzień mego przyjazdu zabił się pilot z bazy w Mount Hagen, który podchodząc do lądowania na małym lądowisku zawadził o drzewo. Samoloty utrzymujące komunikację w dżungli nie są ubezpieczone, ryzyko jest zbyt wielkie. Owszem, objęte są ubezpieczeniem maszyny większe, choć już dobrze wysłużone, latające na Nowej Gwinei między lotniskami państwowymi dysponującymi normalnym wyposażeniem. Dziwnie jakoś nie pasują one do pretensjonalnych nazw, jakie gdzieś daleko w Sydney wymyślili agenci reklamowi linii lotniczych.

Dychawiczne dakoty obsługują więc szlak „Złota Orchidea”, który powinien raczej zwać się „Niezapominajka”, gdyż pasażer do końca swych dni pamiętać będzie o emocjach przy starcie, lądowaniu, no i naturalnie samym przelocie.

Uważać na głowę!

Powtarzam, że lotnictwo cywilne na Nowej Gwinei zaniosło cywilizację do odległych zakątków wyspy. Ono niesie pomoc w godzinach grozy. Chylę czoło przed wyczynami pilotów w szortach, w koszulach przyklejonych wilgocią do ciała, którzy swymi maszynami docierają w serce dżungli. Ale najbardziej trafnie określa latanie nad tą wyspą ostrzeżenie, jakie słyszy się przed wejściem przez niskie drzwiczki do kabiny: „Mind your head! – Uważać na głowę!” Zresztą przestroga ta pasuje nie tylko do lotnictwa, odnosi się do całego życia na wyspie.

Opowiadał mi oficer do spraw tubylczych z Wewak, że żyje w dżungli stary kacyk, który w czasie wojny zebrał sobie piękną kolekcję japońskich głów wędzonych w dymie, aby się nie rozłożyły w tej wilgoci i spiekocie. Demonstruje swe głowy gościom, na końcu zaś pozwala obejrzeć chlubę kolekcji: głowę japońskiego oficera noszącego okulary w złotej oprawie.

Najpierw jednak kacyk starannie przeciera szkła tych okularów zakopcone podczas kolejnego wędzenia, mającego eksponat ustrzec przed zepsuciem.

Nowogwinejskie gadu-gadu

Przyznam się od razu, że ten podtytuł jest kradziony - tak się mianowicie nazywa gazeta w języku pidgin english, wydawana w mieście Lae w administrowanej przez Australię części wyspy Nowa Gwinea. Po prostu przełożyłem na polski nazwę tej gazety, zwącej się w oryginale Nu Gini Tok Tok, a kolportowanej na Nowej Gwinei, Nowej Irlandii, Nowej Brytanii i Archipelagu Salomona.

Myślałem naiwnie, że ów żargon pidgin english jest po prostu łamaną angielszczyzną. W istocie jest to coś w rodzaju esperanto wysp Mórz Południowych, którym można od biedy porozumieć się na tych obszarach, gdzie jest w użyciu około pól tysiąca różnych odrębnych narzeczy. Gwara ta naturalnie nie jest tworem samorodnym, powstałym z tych narzeczy, ale zrodziły ją stuletnie kontakty Papuasów i innych mieszkających tu ludów z białymi kolonizatorami. Można więc w tym żargonie odnaleźć wiele przeinaczonych słów angielskich, pisanych fonetycznie, ale sporo jest też słów niemieckich, bo przecież na niektórych wyspach pierwszymi kolonizatorami byli Niemcy. Są też słowa malajskie, francuskie oraz wyrażenia zaczerpnięte z lokalnych narzeczy.

Lektura szesnastu stron tej gazety była dla mnie jednak o tyle trudna, że aby zastąpić ubóstwo słów cechujące ów żargon, stosuje on szereg omówień zrodzonych w bujnej fantazji wyspiarzy. Łamałem więc sobie głowę nad tym, co znaczy „dom on chodzić z tobą", aż wreszcie Mr J. R. Huxley, redagujący wraz z pięcioma współpracownikami tę gazetę, wyjaśnił, że chodzi po prostu o określenie słowa parasol.

Obszary zakazane

Miałem długą rozmowę z doktorem Guntherem, który z ramienia Australii jest na tych terenach czymś w rodzaju p.o. gubernatora - „acting administrator”. Otóż na marginesie naszego spotkania okazało się, że wobec różnicy pojęć - chęć zaimponowania Papuasom nie zawsze daje dobre wyniki. Prosto z głębi dżungli przywieziono dwumiejscowym samolotem kacyka szczepu żyjącego z dala od naszej cywilizacji. W Port Moresby kacyk widział doroczne obchody urodzin królowej Elżbiety, był na audiencji u mego rozmówcy.

Potem wrócił w swe strony. Pierwszego wieczoru rozpalono wielkie ognisko i wojownicy tańczyli wokoło, witając swego kacyka, który Wielkim Ptakiem poleciał w dalekie strony. Następnie wzruszony dostojnik przemówił do swego ludu, a wystąpienie jego naturalnie bębny przekazały do najbliższej stacji policyjnej. Ta z kolei przez radio nadała je do wiadomości miasta McCarthy, który w Port Moresby kieruje Urzędem do Spraw Tubylców. „Biały wódz, masta Gunther, wcale nie jest taki potężny, jak się wydawało, on ma tylko jedną kobietę i ani jednej świni” - powiedział swemu ludowi kacyk. Bowiem w tych stronach, gdzie jednożeństwa jeszcze nie wymyślono, a zamożność ocenia się pogłowiem posiadanej nierogacizny - kryteria potęgi są zupełnie odmienne.

Australijska administracja wyodrębniła na wyspie Obszary Zakazane, gdzie mieszka prawdopodobnie 27 do 30 tysięcy zupełnie dzikich Papuasów. Każdy przybysz, który chciałby oddalić się od cywilizowanych, musi wpłacić 50 funtów kaucji policji wyznaczającej mu dokładny termin powrotu. Gdy ten termin zostanie przekroczony, owa kaucja zostaje zużyta na zorganizowanie ekspedycji, która rusza w dżunglę na poszukiwanie. Czasami odnajduje zaginionego, czasami jest już za późno, jak to było z potomkiem rodu Rockefellera, nigdy nawet ciała jego nie znaleziono...

Kukukuku i szubienice

Poszukiwacz paradoksów w tym współżyciu dwóch światów znajdzie dość ponurego materiału w codziennej rzeczywistości Nowej Gwinei. Oto młody oficer patrolowy Tom Steen przybył do Port Moresby w towarzystwie piętnastu Papuasów, którym miano tam wyjaśnić działanie parlamentu i innych demokratycznych instytucji.

Ten sam Tom Steen był jednym z pięciu oficerów, którzy prowadzili śledztwo w sprawie napadu plemienia Kukukuku na wieś plemienia Yaba, gdzie zostało zabitych dwudziestu siedmiu Papuasów. Tyluż wojowników plemienia Kukukuku sąd kolonialny w Kerema skazał za to na śmierć, czyli, jak to było powiedziane w wyroku, „zostaniecie powieszeni za szyję i będziecie wisieli aż do zgonu”.

Proces trwał trzynaście dni. Co prawda kwestionowano metody śledztwa, ale sędzia orzekł, że w istniejących warunkach trudno stosować inne. Ocalały z masakry świadek imieniem Rapigaua opowiadał, jak cała jego rodzina zginęła od strzał z łuku albo w płomieniach, gdy wojownicy Kukukuku podpalili wieś. On sam był straszliwie poparzony, a gdy uciekał w dżunglę, trafiono go strzałą w plecy. Inny świadek Waitama miał w ciele osiem strzał. To wszystko działo się jesienią 1962 roku...

Dziesięć piór rajskiego ptaka

Niezmiernie ciekawe są wspomnienia sędziego sądu najwyższego z australijskiej części Nowej Gwinei. David Selby opisał je w wydanej ostatnio książce: Itambu! W żargonie pidgin słowo to będące przekręceniem wyrażenia „It is tabu!” oznacza „Zakazane!” i jak to zwykle w językach ubogich - posiada niezwykle szerokie znaczenie. Można więc zawołaniem „Itambu” przestrzec przed zabijaniem bliźniego, a także można umieścić to wezwanie na tabliczce wzywającej do niedeptania trawników. Sędzia Selby cytuje szereg wypadków ze swej praktyki, zastanawia się też nad sytuacją, kiedy Papuasom - jak pisze - „dozwala się teraz na czyny zakazane im ich odwiecznymi zwyczajami, natomiast ich praktyki, uznawane od stuleci, zostały wzbronione prawem białego człowieka”.

Pamiętniki sędziego Selby’ego są tym godniejsze uwagi, że przedstawia on tło rozpatrywanych przez siebie spraw. Powiada mianowicie: „Tubylcy pokładają wielką wiarę w oświatę. Przekonani są bowiem, że przewaga białego człowieka, jego domy, jego samoloty i jego słudzy - to wynik jego wykształcenia. Gdy po skończeniu szkoły stwierdzają, że nadal pozostali tubylcami nie posiadającymi żadnych przywilejów i mającymi niewielką szansę na ich uzyskanie - to dochodzą do wniosku, że zostali wyprowadzeni w pole. Wielu z nich uważa, że nie było to przypadkiem, że biały człowiek starannie usunął pewne elementy z ich nauczania, aby upewnić się, że nie będzie mu zagrażać niebezpieczeństwo rywalizacji z tubylcami na równej stopie. To przekonanie nieuchronnie prowadzi do rozgoryczenia i rozczarowania. Trudno wyobrazić sobie mieszankę bardziej wybuchową niż rozczarowanie idące w parze z pewnym stopniem wykształcenia. Oto jest tradycyjne źródło kwasów”.

Sędzia Selby omawia między innymi procesami sprawę „Królowa przeciw Goropie”, która znana była na Nowej Gwinei jako „sprawa śledziony". Otóż wiadomo, że na terenach nawiedzonych przez malarię tubylcy mają znacznie powiększoną śledzionę i że mocne uderzenie w okolicę tego organu może doprowadzić do zgonu.

Otóż niejaki Goropa wraz z trzema przyjaciółmi poszedł na dwa lata do pracy na wybrzeżu. Gdy wrócił do swej wioski w głębi wyspy, zastał żonę w ciąży. W cieniu podejrzenia znalazł się niejaki Kiburi. Późną nocą Gorola wraz ze swymi trzema kumplami poszedł do Kiburi, obalił go na ziemię i uśmiercił skakaniem po brzuchu w okolicy śledziony.

Na Nowej Gwinei jest zwyczaj kupowania żon. Rodzinie swej wiarołomnej małżonki Goropa zapłacił przed ślubem zawrotną cenę 48 funtów australijskich w gotówce, dalej - sześć świń, siedem muszli perłowych i dziesięć piór rajskiego ptaka. Uczciwa rodzina zwróciła całą wpłatę zdradzonemu małżonkowi, ten zaś z kolei po morderstwie przekazał to wszystko rodzinie zabitego przez siebie Kiburi.

Błędem morderców było to, że sami postarali się o świadka swej zbrodni. Nie mieli bowiem ze sobą lampy, pożyczyli ją przeto od starca imieniem Lavana. Zaniepokojony o losy swego przedmiotu staruch podreptał za nimi i wszystko widział dokładnie. Selby zaznacza, że Lavana miał i tak szczęście, że nie został współoskarżonym, ponieważ w świetle jego zeznań nie było wątpliwości co do tego, że dokładnie wiedział, o co chodzi Goropie i jego pomocnikom. Znający życie Lavana powiedział potem sądowi: „Gdy mężatka ma stosunek z mężczyzną, który nie jest jej mężem, to są z tego kłopoty..”

W innym wypadku doszło do zbrodni w plemieniu, gdzie zwyczaj każe, aby kobieta zawiązywała supełek na sznurku za każdym razem, gdy ma stosunek płciowy. Otóż pewien Papuas z tego plemienia za jakieś błahe wykroczenie poszedł na pół roku do więzienia. Był jednak człowiekiem tak podejrzliwym, że przed rozpoczęciem odsiadki policzył skrupulatnie supełki na sznurku swej połowicy. Gdy po powrocie rachunek mu się nie zgadzał, ustalił, że dodatkowe supełki w tej kobiecej buchalterii zawdzięcza staraniom aż pięciu mężczyzn... Mąż obszedł więc wszystkich po kolei, domagając się tytułem zadośćuczynienia po jednym wieprzku od każdego z owych pięciu panów. Czterej z nich zachowali się z godnością, jak przystoi dżentelmenom, i zapłacili bez szemrania, natomiast piąty kochanek okazał się sknerą. Powiedział zdradzonemu mężowi: „Na tym wszystkim zarobiłeś cztery świnie. Dość się już więc obłowiłeś...” Rozgniewany mąż zarąbał go wtedy siekierą.

Zupełnie jak na Mazowszu!

Czarownicy trudno umierają

Niejaki Huruba i dwaj współoskarżeni z wioski Kapaka-marugi, położonej o 15 mil od Goroka, stanęli przed sądem za zabicie czarownika imieniem Akuyasa. Od lat terroryzował on wioskę według zasad dość rozpowszechnionych na Nowej Gwinei. Domagał się mianowicie, aby oddać mu świnię czy jakąś inną rzecz mającą wartość, grożąc w razie odmowy zabiciem kogoś z szantażowanej rodziny.

Papuasi uważali, że czarownik sobie wiadomymi sposobami zgładził już mnóstwo ludzi, wobec czego wioska urządzała od czasu do czasu obchody, podczas których każdy uczestnik przynosił mu jakiś podarunek, aby go ugłaskać. Metoda ta nie była jednak skuteczna, gdyż rozzuchwalony czarownik miał coraz to nowe zachcianki i w jednym tylko roku zabił - jak powszechnie mniemano - swymi czarami siedmiu mieszkańców nękanej wioski. Niektóre z tych ofiar czarów należały właśnie do rodziny Huruba.

I oto Huruba postanowił sprzątnąć czarownika Akuyasa. Wespół z dwoma przyjaciółmi zatłukł go którejś nocy kamieniem, miażdżąc mu głowę. Ponieważ jednak – jak rzekł swym wspólnikom morderca - „czarownicy trudno umierają”, więc na wszelki wypadek cała trójka nie zostawiła trupa w spokoju. Nacięli mianowicie kark zwłokom i drążyli ranę drutem tak długo, dopóki nie oparł się o kręgosłup w okolicy jamy brzusznej. Taka jest tradycyjna metoda uśmiercania czarowników w tej części wyspy.

Nazajutrz ruszyli wszyscy trzej do Goroka, gdzie Huruba przekazał policji okrwawiony kamień - narzędzie zbrodni, składając jednocześnie zwięzłe oświadczenie: „Zabiliśmy człowieka i oto jesteśmy”... Przez chwilę nawet nie taili swego czynu. Uważali bowiem, że zasłużyli się wobec społeczeństwa zgładzając szkodnika. Równocześnie zdawali sobie sprawę z tego, że złamali prawo białego człowieka.

Na procesie też zachowywali się z całkowitą obojętnością. Sędzia Selby wspomina, że czuł, iż znajduje się w obecności prawdziwego arystokraty, którego jedno spojrzenie zbijało go całkowicie z tropu. W ostatnim słowie oskarżony rzekł: „Dość się już nagadałem, nie ma tu nic do dodania...”

Zresztą sprawa winy i kary przedstawia się zupełnie inaczej w umysłowości Papuasa, niż to sobie mógł wyobrazić europejski ustawodawca narzucający poprzez australijską administrację swe prawa ludziom z głębi dżungli. Wobec powszechnego zwyczaju szukania zemsty na wrogu napastnik zawsze uważa, że właściwie tylko dłuższy pobyt w więzieniu może dać jedyną gwarancję przeżycia. Stąd wynikają pewne trudności, jakie mają w kolonialnych sądach obrońcy ze swymi papuaskimi klientami.. Sędzia Selby opowiada też, że spotkał dozorców więziennych „przemęczonych, ponieważ o różnych godzinach nocnych dobijają się do bram więziennych tubylcy domagający się, aby osadzono ich za kratami”.

Pobyt w więzieniu tak dalece nie hańbi Papuasa, że - jak wspomina Selby - „niektórzy najlepsi policjanci tubylczy mają za sobą odcierpiane wyroki za morderstwo lub inne ciężkie przewinienia”.

Innych opowieści nie będzie

Człowiek tak zawodowo trzeźwy i obiektywny jak właśnie sędzia stwierdza w swych notatkach, że najdziwniejszą sprawą z tych, jakie przyszło mu rozpatrywać na Nowej Gwinei, była jeszcze inna sprawa o czary. Sędzia cytuje fakty, nie daje komentarza. Triumfalny uśmieszek wyższości białych ludzi proszę raczej tu schować i wywołać na własne oblicze, kiedy przyjdzie pora zastanawiać się nad wyjazdem w podróż w piątek trzynastego lub gdy wypadnie nam przejść pod rozstawioną drabiną...

Meisi, Tare, Mangalt oraz Inalu ze wsi Sumia zabili mężczyznę imieniem Sabunaik. Świadkowie zeznali, że kacyk tej wsi imieniem Sumulu leżąc na łożu śmierci wezwał do siebie czterech oskarżonych, aby im powiedzieć, iż właśnie ów Sabunaik, mieszkający w sąsiedniej wiosce, rzucił nań czary, które spowodują zgon w ciągu dwóch dni.

Kacyk przykazał, aby pogrzebano go nie opodal placyku, gdzie, odbywają się zebrania plemienne, a tam duch jego wezwie czarownika Sabunaik, którego czterej mężczyźni powinni wtedy zabić.

Zgodnie ze swą zapowiedzią kacyk istotnie po dwóch dniach zmarł, a przy jego grobie stanęli na czatach czterej mężczyźni, pomni otrzymanego rozkazu. Czekali tak cztery miesiące, mając zupełną pewność, że Sabunaik nadejdzie. I oto pewnego ranka istotnie przybył ze swej wsi i zasiadł koło grobu kacyka. Czterej mężczyźni zabili go, a ciało wrzucili do głębokiej rozpadliny skalnej. To, że Sabunaik przybył po własną śmierć na wezwanie ducha zmarłego kacyka, było w pojęciu morderców absolutnie oczywiste.

Po zabójstwie czterej mordercy forsownym marszem szli przez dżunglę dziesięć godzin do miejscowości Mendi, gdzie opowiedzieli policji dokładnie o swym czynie. Cały dzień policjant śpieszył na miejsce przestępstwa. W Sumia wskazano mu rozpadlinę, gdzie miał leżeć zamordowany. Trzymany za nogi policjant chciał się opuścić w głąb szczeliny, ale zaduch rozkładającego się w tropikalnym upale ciała był tak straszny, że nie mógł wykonać swego postanowienia.

Jedna z kobiet, która była świadkiem, zeznawała siedząc na podłodze w sądzie i karmiąc dziecko piersią. Na podłodze zasiedli też w skupieniu przysłuchujący się rozprawie Pupuasi, położywszy przy sobie łuki i strzały. „W kilka miesięcy potem uświadomiłem sobie, iż złamałem obowiązujące od wieków zasady brytyjskiego prawa, zastrzegające, że nie wolno uzbrojonym ludziom wchodzić na salę Sądów Królowej podczas trwania procesu” - konstatuje ze zgrozą rzecznik prawa białego człowieka.

Każdy z oskarżonych wyczerpująco przedstawił swój udział w morderstwie. Meisi całą sprawę skwitował słowami: „Sumulu powiedział, że mamy zabić Sabunaika, gdy ów pojawi się przy jego grobie. Gdy więc nadszedł, zabiliśmy go...” Tare zeznawał na końcu: „Prawdą jest to, co zostało już uprzednio powiedziane. Innych opowieści nie będzie. To wszystko”.

Żona na raty

Tak jak dawniej i teraz kobieta papuaska jest przez męża kupowana. Tyle tylko, że teraz - to na raty... W każdym razie stanowi własność męża. Może on ją pobić i zabić, gdy mu na to przyjdzie ochota, ściągając na siebie co najwyżej gniew jej krewnych. Wielożeństwo jest powszechnie praktykowane. Zamożność mężczyzny liczy się ilością posiadanych żon oraz... pogłowiem posiadanej przezeń nierogacizny. Świnie są tam bowiem w cenie do tego stopnia, że gdy maciora nie może wykarmić swego licznego potomstwa, część prosiąt przekazuje się młodym kobietom, które muszą wykarmić je własną piersią.

Całą pracę wykonują kobiety. Mężczyźni zajmują się polowaniem, a to nie przemęcza ich zbytnio. Sprowadza się ono zazwyczaj do zakładania sieci na latające lisy, czyli coś w rodzaju nietoperza, którego wielkość przypomina sporego kota, rozpiętość zaś skrzydeł dochodzi do półtora metra. Gdy taki latający lis wpadnie w sieci rozwieszone między drzewami, Papuasi zabijają go kijem, a mięso gotują. Cuchnie ono strasznie, jednak Papuasi podchodzą do tego filozoficznie. Powiadają: Mi no kaikai stink, mi kaikai abus tasol. Co znaczy: Ja nie jem woni, ja jem mięso!

Myślę, że ten slogan dalby się zastosować w poniektórych zakładach żywienia zbiorowego w krajach uchodzących za cywilizowane... Zresztą nasza duma białych ludzi z tytułu wyższości nad ludożercami jest też sprawą względną. U nich ludzie się zjadają, u nas - wygryzają. Drobne subtelności, niewarte nawet wzmianki...

To tylko boy

A oto jeszcze coś z Nowej Gwinei lat sześćdziesiątych. Otóż cała papuaska służba u białych mieszkających na wyspie jest w zasadzie wyłącznie męska. Papuaskie kobiety mają bowiem być niechlujne i trudne do wdrożenia w obowiązki. Posługuje więc boy, wiek nie ma tu znaczenia.

Określenie to dotyczy służącego, który pierze, podaje do stołu, odprowadza dzieci do szkoły, sprząta - jednym słowem, jest męską gosposią. Przez lata kolonialnej tradycji na Nowej Gwinei boy raczej nie był uważany za człowieka, a już na pewno nie za mężczyznę. Para małżeńska białych ludzi nie przywiązywała wagi do obecności w sypialni Papuasa obsługującego ręcznie napędzane wentylatory, tak jak u nas nie zwraca się uwagi na obecność kota czy psa w pokoju, gdy mężczyzna i kobieta szukają samotności...

Obecnie takie drastyczne sytuacje z czasów zamierzchłego kolonializmu już się nie zdarzają. Może dlatego, że ręczne wentylatory zastąpiono elektrycznymi wiatrakami, a i sam stosunek do służby zmienił się bardzo na lepsze. Jednak podczas mego pobytu na wyspie sędzia F. J. Winkle w Rabaul skazał na dwa miesiące więzienia boya, który zaatakował swą białą chlebodawczynię. Zawiesił mu wykonanie kary, ponieważ z okoliczności przestępstwa wynikało, że ofiara niedoszłej próby zgwałcenia przechadzała się po domu „tylko w bardzo krótkich spodenkach”. Sędzia nazwał jej zachowanie „igraniem z ogniem”. Zdumiało mnie, że na wyspie, gdzie większość kobiet całe swe życie chadza nago, skąpy strój może działać podniecająco - można by przypuszczać, że właśnie ubranie może, panie tego, nasuwać takie, he-he-he, myśli... A jednak...

Opowiadano mi jeszcze, że w tymże Rabauł australijskiemu urzędnikowi skarbowemu kazano doręczyć wezwanie do willi zajmowanej przez pewnego białego kupca. Drzwi otworzyła mu pani domu w stroju babci Ewy. Wycofując się w popłochu, zdążyła jeszcze na wytłumaczenie krzyknąć: „Myślałam, że to tylko boy”...

Trzeba z naciskiem zaznaczyć, że biali ludzie mieszkający na Nowej Gwinei to wcale nie anioły. Ba, atmosfera plotek i wzajemnej zawiści w Lae, Port Moresby czy Vewak nie ma chyba sobie równej. Cytowana już osoba, tak poważna jak sędzia Selby, zaznacza wręcz w swych wspomnieniach, że w Port Moresby plotki oraz intrygi „stanowią główną formę odpoczynku”.

Na poparcie tego twierdzenia sędzia opowiada dalej: „Pamiętam, jak któregoś typowego wieczoru zasiedliśmy po kolacji na werandzie, rozkoszując się względnym chłodem i popijając naszą whisky z wodą. Zbliżała się już północ, a nie zostało jeszcze powiedziane ani jedno życzliwe słowo, nie ocalała ani jedna czyjaś opinia. Kiedy doszedłem do wniosku, że to już chyba za wiele, zawołałem z rozpaczą w glosie: „Czyż w tym mieście nie ma wreszcie nikogo, kto by kochał bliźniego? Odpowiedź padła błyskawicznie: „Ależ oczywiście, przecież każdy wie, że Bili Jones kocha żonę Johna Smitha!”

Wezwanie na liściu

Jeszcze bardziej niezrozumiałe dla naszej mentalności są wydarzenia między Papuasami żyjącymi z dala od cywilizacji.

Opowiadał mi o tych sprawach ze swej praktyki codziennej policjant, który miał jechać ze mną do prymitywnych osad w głębi dżungli. Zjawił się u mnie jeszcze przed świtem, wysoki i spokojny. Jakby rzekł Oscar Wilde, miał on „tę charakterystyczną twarz angielską, którą się widzi raz, a której już nigdy nie można sobie przypomnieć”. Był rozespany i milczący, wydawało mi się nawet, że zaczął mówić tylko dlatego, aby odpędzić senność.

Dziwna jest ta kronika wypadków z rejonu Wewak. Dole i niedole ludzi, dla których czas się zatrzymał. Oto sprawa Lumo Molle, który nagle dostał napadu szału i zaczął rzucać gorejące żagwie na chaty rodzinnej wioski. Przerażeni i zaskoczeni we śnie mieszkańcy uciekli w dżunglę, wszystko się spaliło. Postradali cały dobytek. Maisan Bundriha powiedział policjantowi, że ogień strawił wszystkie banknoty, jakie dostał za swą kuzynkę, gdy sprzedał ją za żonę przyjacielowi. Ocalało tylko kilka monet...

Oglądam zeznanie złożone w innej sprawie. Rzecz dzieje się współcześnie, wioska Aunyalim, położona nie opodal osady, gdzie zatrzymałem się w mej podróży.

Pewnego dnia mieszkaniec tej wioski, zwany Sirinjui, otrzymał od niejakiego Nami ze wsi Gwalip wezwanie na liściu. Nami chciał mianowicie omówić sprawę podstępnego zamordowania dwóch ziomków ze wsi Gwalip i proponował spotkanie między dwiema wsiami. Sirinjui oraz jego przyjaciel Jaminyen pokazali ów liść kacykowi zwanemu Gwambangen. Kacyk wiedział widocznie, że zanosi się na krwawą rozprawę, za którą może odpowiadać przed sprawiedliwością białych ludzi. Nie miał wcale zamiaru iść do więzienia w Wewak, gdzie - jak ze zgorszeniem powiadają ci, którzy znaleźli się za kratami — mężczyźni muszą pracować. A przecież na Nowej Gwinei niemal wszystkie prace wykonują kobiety, prawdziwy mężczyzna rzadko kiedy kala sobie ręce jakimś zajęciem. W każdym razie ów kacyk podarł liść. Gdy po tygodniu obaj przyjaciele dostali liść z nowym wezwaniem, przezornie zataili wszystko przed swym wodzem. Zabrali dzidy i ruszyli w drogę.

W tych warunkach, gdzie szczepy zwalczają się nawzajem, marsz na pobliskie wzgórze jest ryzykownym czynem, całodzienna zaś wyprawa jest już aktem odwagi, o którym opowiada się na zebraniach plemiennych przez długie lata.

Osiem dzid

Co było dalej? Obaj wojownicy dostrzegli w rzece kąpiącego się Nami. W protokole Jaminyen zeznaje: „Nami nie zauważył mnie i byłem blisko niego. Pomyślałem wtedy, że to przecież brat tego Nami w zeszłym roku przyczynił się do zabicia mego brata, który zginął od strzał mieszkańców Gwalip. Tak, o tym właśnie wtedy myślałem. Potem już nie mogłem myśleć o tym spokojnie. Rzuciłem więc moją dzidę w Nami, trafiłem go między żebra. Rzuciłem drugą dzidę, trafiając w ramię. Nami krzyknął i upadł twarzą w wodę. Moja trzecia i czwarta dzida wbity mu się w plecy...”

Sirinjui cisnął w leżącego dalsze cztery dzidy. Natomiast Jaminyen wydobył swoje dzidy z ciała powalonego wroga i ruszył prosto do osady Maprik, gdzie jest lądowisko i posterunek policji. Była już dziesiąta w nocy, gdy obudził policjanta i pokazał mu pokrwawione dzidy, opowiadając szczegółowo o swej zbrodni. Sąd w Wewak skazał go na śmierć, drugiemu wojownikowi nie udowodniono, że Nami żył jeszcze, kiedy dosięgły go jego dzidy.

Dlaczego morderca nie uciekał, dlaczego poszedł do policji, która najprawdopodobniej nigdy by się nie dowiedziała o tym wydarzeniu w głębi dżungli? Są to dla nas trudne do zrozumienia rzeczy, gdyż cała nasza wiedza o Nowej Gwinei i zamieszkujących ją ludach ciągle jeszcze jest bardzo fragmentaryczna.

Ostatnia granica

Jednak bez wątpienia największą sensacją podczas mego pobytu na Nowej Gwinei było to, że na terenach zamieszkanych przez plemię Mendi deszcze nie padały przez pięć dni! Było to w końcu listopada 1962 roku, który uważany był za katastrofalnie suchy, gdyż przez jedenaście miesięcy naliczono aż trzydzieści dwa dni bezdeszczowe...

Takie były doniesienia z obszarów kontrolowanych przynajmniej częściowo przez administrację australijską. A przecież wysoko w górach deszcz pada bezustannie, codziennie, od niepamiętnych czasów. Tam nigdy nie dotarł żaden przybysz z naszej cywilizacji, ale piloci, którzy przelatywali nad tymi terenami, opowiadają, że drzewa spowite są tam w fantastycznie ukształtowane pokrowce z mchu. To można rozróżnić w gęstwinie leśnej z nisko lecącego samolotu. Nikt natomiast nie wie, czy żyją tam ludzie, a jeżeli tak - to jacy są i jak znoszą bytowanie pod strugami tropikalnej ulewy? Jakie zwierzęta zachowały się tam jeszcze? Czy poprawnie zrozumiano w nadmorskich osadach legendy papuaskie przekazujące dziwne relacje o wielkich wężach i wielkich ptakach, które w niedostępnej głuszy ocalały przed strzałami i włóczniami ciemnoskórych oraz kulami białych ludzi? I czy XX wiek przyniesie likwidację białych plam na mapie Nowej Gwinei? Czy w epoce żeglugi międzyplanetarnej znajdą się śmiałkowie, którzy helikopterami dostaną się do serca dżungli, odwiedzą osady znane tylko pilotom szybującym na bezpiecznej wysokości? Czy zostanie przekroczona jedna z ostatnich granic cywilizacji na naszej planecie?

I cóż dalej, biały człowieku?

Białych przybyszów gnębią na Nowej Gwinei nie tylko choroby ciała. Zaburzenia psychiczne wywołuje przede wszystkim samotność. Ona z kolei często prowadzi do alkoholizmu. Dowcipnisie mawiają, że gdy człowieka zaczyna żreć tęsknota za stronami, które opuścił i których pewnie nigdy nie zobaczy, to najlepsza jest taka oto recepta: wyciśnij sok z jednej butelki whisky...

Ale chyba są jeszcze inne poza samotnością powody, dla których ludzie żyjący tam w dobrobycie nagle żegnają się z życiem, jak np. owo polskie małżeństwo w Port Moresby, które równocześnie popełniło samobójstwo i nikt nie wie dlaczego... Jeden ze spotkanych na Nowej Gwinei Polaków - a miałem tam sporo takich spotkań – powiedział mi, że największą dolegliwością ludzi z klimatu umiarkowanego jest na Nowej Gwinei właśnie c z e k a n i e. Czekają oni mianowicie na zmianę pogody, może jednak nie będzie tak gorąco, tak parno, tak duszno... A tu za dnia z reguły 34 stopnie. Kiedy zaś nocą bardzo, bardzo rzadko temperatura spadnie do 24 stopni, ma się wrażenie przejmującego chłodu. Wilgotność jest jednak zawsze ta sama. Proszę więc wczuć się w nastrój człowieka, który od pokoleń nawykł do czterech pór roku, który wie, że noc niesie chłód, który czeka... Zawiedziony, pewnego dnia żegna się z samym sobą...

Ciekawe, ale z podobnym zjawiskiem spotkałem się przed kilku laty, gdy byłem w Europie za kręgiem polarnym, w najbardziej na północ wysuniętej osadzie świata. Tam nie dokucza skwar, ale mrok. Noc trwa około pięciu miesięcy i ludzie z południa szaleją, nie mogąc doczekać się świtu. Dziwny to świat, prawda?

Spotkałem w Port Moresby młodą warszawiankę, która wyjechała z Polski bardzo niedawno. Na Nowej Gwinei wyszła za mieszkającego tam Czecha. Nie bawiła jej ani egzotyka wyspy, ani jej tajemniczość. Rozmawialiśmy we troje późną nocą, wiatr kołysał palmami i niósł z oddali echa muzyki. Ale młoda kobieta mówiła o Zakopanem i śniegu, sankach i nartach. Dziwny świat, prawda?

Roześmiana śmierć

Papuasi chorują na malarię, którą biali opanowali nowoczesnymi środkami chemicznymi, gnębi ich także gruźlica, niewątpliwie zawleczona przez kolonizatorów. Trąd zaś jest chorobą nagminną, gdyż ponad siedemdziesięciu Papuasów na tysiąc dotkniętych jest tym nieszczęściem.

Są to jednak wszystko cierpienia, z którymi zetknąłem się także na innych wyspach Mórz Południowych. Nowa Gwinea, a ściślej biorąc okręg Okapa ma ponury monopol na chorobę nie występującą nigdzie indziej. Co więcej, jak dotąd zanotowano wypadki zachorowań tylko wśród plemienia Fore - żaden biały człowiek nigdy nie zapadł na tajemniczą chorobę „kuru”, czyli „roześmianą śmierć.

Opowiadała mi o niej pani Ciarissa Andrea de Derka, która w Port Moresby zajmuje się dokumentacją medyczną. Jest ona zdania, że „kuru” otacza nimb sensacji, ale że praktycznie niewiele wiemy o samej chorobie, a już zupełnie nie wiadomo, jak ją leczyć. W tym stanie rzeczy szpitale nie przyjmują nawet chorych na „kuru”, nie są bowiem w stanie im pomóc.

„Kuru” przejawia się najpierw w drgawkach, potem następują skurcze mięśni nie pozwalające na podnoszenie głowy czy na chodzenie. Nazwę swą choroba zawdzięcza skurczom mięśni policzka, powodującym upiorny grymas mogący przypominać śmiech. Co więcej, choroba ta wywołuje u mężczyzn (kobiety i dzieci przechodzą ją inaczej) wrażenie świetnego samopoczucia, nawiedzony przez „kuru” człowiek wybucha śmiechem bez widocznego powodu.

Przez cały czas pobytu na Nowej Gwinei zaskakujące były zawsze dla mnie olbrzymie różnice między poszczególnymi plemionami. Trudno wprost uwierzyć w pobratymstwo młodzieńców tańczących do upadłego twista w nadmorskich osadach z dzikimi ludźmi z głębi wyspy. Wyspiarzami są zarówno niemal że zupełnie biali Wabaga, jak i ciemnoskórzy Mendi. Tę samą wyspę zamieszkują rośli Grokava i karłowaci Kukukuku.

Australijska wyprawa natknęła się kiedyś na Papuasów, którzy zwilżonymi palcami usiłowali zetrzeć... białą farbę pokrywającą - w ich mniemaniu - ciała przybyłych do nich Australijczyków. Plemię Mendi nie ma ani kacyków, ani w ogóle żadnej władzy centralnej. Decyzje dotyczące całego plemienia podejmowane są przez podnoszenie rąk na ogólnych zebraniach.

W większości plemion poważanie uzyskuje się udanym podchodom nocnym pod wioskę sąsiadów. Wojownicy podpalają jedną z chat, pożar ogarnia całą wieś, a jej mieszkańcy zostają zasypani strzałami z luków, gdy ratują się ucieczką w dżunglę.

Po jednej z takich krwawych wycieczek patrol policji australijskiej dotarł do wioski plemienia Kukukuku, aby aresztować wojownika mającego na sumieniu kilka morderstw. Doszło do walki wręcz między barczystym Australijczykiem a małym Kukukuku. Ten ostatni został obezwładniony i w kajdankach czekał na nadejście świtu, kiedy patrol policji zamierzał wraz z aresztowanym wyruszyć w drogę powrotną do swej bazy.

Wcześnie rano zjawiła się matka skutego wojownika, która przyniosła policjantowi kwiczącą świnię. Wyjaśniła, że jest to danie zastępcze za jej syna, nie wyobrażała sobie bowiem, że więźnia może czekać inny los, jak tylko zjedzenie. Jakiż byłby sens brania jeńców?

Nie wpuszczony do więzienia

Nostalgicznie wspomina się na wyspach Mórz Południowych te czasy, gdy na całym Archipelagu Salomona były dwie knajpy. Jedną trzymał Tom Elkington na Tulagi, druga - na Gizo - należała do Freda Greena. Na Talagi nie było wtedy więzienia dla białych, trzymanie zaś Australijczyka ze „smoluchami” było nie do pomyślenia. Kiedy jednak miejscowy biały osadnik coś przeskrobał i dostał sześć tygodni aresztu, to musiał tylko nocować w celi, cały zaś dzień spędzał w knajpie.

Tam zaskoczone towarzystwo dowiedziało się któregoś wieczora, że pokutnik odmawia kolejki i spieszy do miejsca kary. Aresztant wyjaśnił: „Wczoraj wieczorem wypiłem za dużo i spóźniłem się do więzienia, brama była już zamknięta. Musiałem więc nocować na dworze i moskity prawie że mnie całkiem zjadły...”

Myślę, że kiedyś gdy już ludy zamieszkujące wyspy Mórz Południowych staną się niepodległe, przyszli badacze dziejów tych stron zwrócą uwagę na przedziwne przepisy wyszynku, jakie obowiązywały tam w drugiej połowie XX wieku. Oto reporterskie notatki, przyczynek źródłowy do współczesności: „Na Wyspach Cooka i Niue obowiązuje całkowity zakaz sprzedaży alkoholu zarówno białym, jak i Maorysom. Wyjątek czyni się dla celów leczniczych. W związku z tym cała ludność dorosła jest chronicznie chora. Każdy dorosły dostaje na receptę wydziału zdrowia dwie butelki wódki lub wagowy odpowiednik tej ilości alkoholu w winie lub w piwie - miesięcznie. Żadnej dyskryminacji rasowej, tyle tylko, że przeciętny Maorys nie może sobie pozwolić na ognistą wodę białych ludzi, wobec czego pędzi bimber z pomarańcz lub bananów albo coś w rodzaju piwa z pomidorów. To ostatnie jest tak zadziwiająco mocne, że każdy, kto w nim zagustuje, uważa importowane z Holandii czy Danii piwo w puszkach za lemoniadę...

Na Archipelagu Salomona biali piją wszystko, co dusza zamarzy, tubylcy tylko piwo, a i to muszą mieć zezwolenie. Dostają je od komisarza okręgu. Petent musi być pełnoletni, zarabiać co najmniej 100 funtów rocznie, mieć dobry charakter i być niekaranym.

Zachodnia Samoa stosuje system punktowy, a więc specjalna komisja przyznaje spragnionym petentom pewne ilości alkoholu. Jeżeli więc na przykład pozycja społeczna - powiada prawo - jest taka, że petent powinien urządzać przyjęcia, to naturalnie przysługuje mu więcej wódki niż temu, który w ogóle stroni od towarzystwa. Jeszcze przejrzyściej sformułowane są odpowiednie przepisy w administrowanej przez USA części tejże wyspy. Piwo jest tam dla wszystkich, natomiast amatorzy czegoś mocniejszego muszą udowodnić, że przynajmniej przez pięć lat mieszkali w kraju, gdzie jest wolna sprzedaż alkoholu. Na Nowych Hebrydach (kondominium francusko-brytyjskie) alkohol jest niedostępny dla tubylców. Przynajmniej tak mówi prawo. Natomiast życie mówi, że każdy pije, co chce. Na Nowej Kaledonii (terytorium francuskie) widziałem, że piwo jest ogólnie dostępne, natomiast mocniejsze trunki piją biali oraz kacykowie, zdemobilizowani i kanacy w służbie administracji państwowej, mający specjalne zezwolenia. We francuskiej Polinezji wszyscy piją wszystko, natomiast na Fidżi (posiadłość brytyjska) przywilej ten przysługuje tylko białym, od lutego zaś 1958 roku Fidżijczycy i zamieszkujący tam Hindusi muszą mieć zgodę na konsumpcję napojów mocniejszych niż piwo...”

Zamykam notes. Cywilizacjo, ileż głupstw popełniono w twym imieniu...

Boso czy w butach?

Myślę, że teraz będzie dla nas bardziej zrozumiałe, dlaczego te pierwsze dni po zniesieniu całkowitego zakazu picia dla Papuasów były z napięciem śledzone w tej części Oceanu Spokojnego. Wieści nie były jednak wcale sensacyjne. Przynajmniej nie w tym sensie, jak się tego obawiano. Sensacją było to, że Papuasi nie rzucili się na białych i nie próbowali ich pozabijać w oparach alkoholu, jak to przepowiadali „znawcy” Nowej Gwinei.

Komentując wydarzenia owych pamiętnych dni, właściciel knajpy w Lae, Mr E. Johnson, powiedział, że Papuasi „czują się w barze jak ryby w wodzie, widocznie próbowali już wcześniej pływać...” Istotnie wydaje się, że australijscy żołnierze walczący na Nowej Gwinei podczas drugiej wojny światowej nauczyli tubylców zaglądania do kieliszka. W barach domagano się co prawda dziwnych trunków, na przykład mieszaniny rumu z whisky, ale ogólnie rzecz biorąc, nasze tęgie gardziołka mogłyby się jeszcze od Papuasów wiele nauczyć. Rekord został niewątpliwie pobity w Goroka, gdzie robotnik z plantacji kakao wypił w ciągu 55 minut 17 podwójnych whisky bez wody, potem jeszcze dziesięć kufli wysokoprocentowego piwa, następnie wsiadł na rower i nie wadząc nikomu, odjechał do swej chaty.

Przestrzeganie przepisów o obuwiu dla pijących napotykało na poważne trudności. Barmani uskarżali się, że dostają drętwicy karku od ciągłego przechylania się przez kontuar i sprawdzania, czy amator małego jasnego nie jest przypadkiem boso. Wobec powyższego przepis ten szybko uchylono, tym bardziej że biali panowie wpadali sami w zastawioną przez siebie pułapkę: w Port Moresby miłujący prawo barman musiał wyprosić dwóch Australijczyków, którzy w spiekocie południa wpadli na jednego, zostawiając sandały w zaparkowanym nie opodal samochodzie. Zresztą Papuasi nie mają tradycji obuwia. Służący jednego z białych masta w Port Moresby włożył przed pójściem do knajpy dwa prawe buty swego chlebodawcy i skarżył się potem, że od wódki rozbolała go strasznie lewa stopa.

Uchylenie przymusu obuwia skomplikowało znowu sprawę, gdyż żargon pidgin english dysponuje bardzo ograniczoną precyzją wyrażania. Gdy więc podano do wiadomości, że można nie nosić butów w knajpie, Papuasi zdejmowali je i zostawiali przed wejściem do lokalu, aby obuć znowu, gdy nadeszła pora powrotu do domów. Co niemiara też było kłopotów z samym obuwiem, gdyż najpopularniejsze są na wyspie tanie japońskie sandały. Jest to właściwie sama gumowa podeszwa podtrzymywana przez rzemień, który zakłada się między palce u nogi, a więc obuwie wykluczające noszenie skarpetek. Tymczasem w Goroka pewien elegant, chcąc olśnić bywalców knajpy, zjawił się w szortach, marynarce frakowej oraz owych sandałach, tyle tylko, że musiał uciąć tę część skarpetek, która spowijała stopę, zostawiając jedynie coś w rodzaju bandaży na kostkach.

Zgodnie z przepisami zezwalającymi na wyszynk do godziny 23 policja wchodziła do knajp, gdy zbliżała się ta pora, mówiąc: „Ali right boys, that’s it”- po czym wszyscy grzecznie szli do domu. Gdy podsumowano wreszcie wyniki pierwszych dni, okazało się, że są one wręcz zadziwiające. Popłynęło morze alkoholu, a za opilstwo skazano tylko kilku Papuasów. Jeden z nich powiedział sędziemu: „Ja wcale nie byłem pijany, ja tylko byłem wypełniony wódką…”
Nie było żadnych napadów, żadnych rozruchów. Jedynie na targowiskach zostało więcej żywności nie sprzedanej niż zazwyczaj, widać pieniądze poszły na wódkę... Komisarz okręgu Nowa Brytania oświadczył, że zamieszkujący tam ludzie z płomienie Tolao „wstąpili na krótko do barów, a potem wrócili do swych domostw”.

To plemię jest specjalnie obserwowane. Uporczywie powtarzają się pogłoski, że Tolai knują jakiś spisek przeciw obcemu panowaniu i że szczep ten ma zadatki na „Mau Mau Pacyfiku”. Podobno wieści te opierają się na doniesieniach, iż Tolai, od niepamiętnych czasów uwikłani w walki przeciw innym plemionom, teraz mają wezwać do zaprzestania bratobójczych bojów i skierowania dzid oraz strzał gdzie indziej.

Miasto-Wulkan

W Rabaul w ogóle atmosfera jest gorąca - jeżeli można użyć tego określenia w tropikach. Zwie się je „Miasto – Wulkan” od czasów, gdy trzeba je było całkowicie ewakuować w roku 1937, kiedy wybuchł wulkan Matupit, zabijając czterystu tubylców z okolicznych wiosek. Rok trwała odbudowa, ale w latach wojny naloty Sprzymierzonych na bazę japońską znów zrównały Rabaul z ziemią.

Od dwóch lat wrzenie w Rabaul nie ustaje. Najpierw dokerzy tubylczy obrzucili kamieniami policję, która chciała aresztować jednego z nich. Potem dwustu wojowników Tolai, uzbrojonych w długie noże używane do wycinania przejść w gęstwinie dżungli, zaatakowało inne plemię.

A na wyspie Buka w Archipelagu Salomona wierzą, że pewnego dnia nad wyspą przeleci czarno-biały ptak, który przyniesie dobrobyt i postęp. Stanie się to, gdy wyspiarze stworzą rasę panów, a przeto król John i królowa Elżbieta wybierają sami młode i przystojne dziewczęta, których zadanie polega na dostarczaniu doborowego potomstwa. Władze kolonialne tępią kult, król John już się przesiedział w więzieniu. Tak samo był karany prorok Hagai. Cała ta procedura jednak przypomina organizację „Lebensborn”, którą w okupowanej Europie stworzyli zaledwie kilkanaście lat temu Niemcy, uważający siebie samych za wzór wszelkich cnót.

W rejonie Rabaul szerzy się „kult cargo”, czyli lokalna odmiana „kultu Johna Frum”, z którym zetknąłem się w posiadłościach francuskich. Niedawno wielkie grupy Tolai opuściły rodzinne wsie, wędrując do małej wioski o 30 mil od Rabaul, gdzie cierpliwie a bezskutecznie czekały na wynurzenie się... amerykańskiej łodzi podwodnej. Ma ona - wierzą w to głęboko - pojawić się pewnego dnia, aby zabrać ich do USA, gdzie posiądą Wielkie Tajemnice, dzięki którym wypędzą białych ludzi. Ta sama łódź zostawi im swoje „cargo”, czyli ładunek konserw, lodówek, radioaparatów i innych cennych rzeczy. Zaś pewnego niedzielnego popołudnia mówiący po angielsku mężczyzna z plemienia Tolai obrzucił wyzwiskami grających w krykieta białych, mówiąc im, że wszystko się zmieni na wyspie, kiedy zostaną z niej wyrzuceni. Incydent niby błahy, ale nie do pomyślenia przed kilku laty. Oskarża się Wydział do Spraw Tubylczych bądź to o zbytnią pobłażliwość, bądź też o... zbyt powolne tempo wdrażania Tolai w arkana władzy nowoczesnej administracji. Niektórym ludziom się zdaje, że czas się zatrzyma przed wrotami wysp Mórz Południowych.

Rozważania Długiej Świni

Pierwsze kilometry mej wyprawy w dżunglę minęły bez godnych zanotowania wydarzeń. Brzmi to może trochę dziwnie, ale na pewno nie jest to objaw zblazowania. Po prostu do wszystkiego można się przyzwyczaić. Skoro więc dżungla stalą się tłem dnia codziennego, to widać nowogwinejska rzeczywistość już i mnie jakoś wciągnęła, jeśli pogodziłem się ze skwarem, wilgocią i niemilknącym hałasem dobiegającym zza zielonych ścian, niby nieprzeniknione parawany ustawionych wzdłuż naszej ścieżki.

Przechodniów brak. Raz minęliśmy jakiegoś mężczyznę niosącego wodę morską w wydrążonym bambusie; na tej wodzie gotuje się w górskich osadach, gdzie sól kuchenna jest nie znana. Reporter, trzęsący się od świtu na przednim siedzeniu wszędobylskiego pojazdu, jakim jest mały samochód terenowy, ma dość czasu do rozmyślań na tematy aktualne. Jedzie mianowicie w okolice, gdzie tradycje ludożerstwa są jeszcze ciągle żywe - jeśli wolno mi tu użyć tego frazesu. Praktyki te są tępione z całą surowością prawa, ale przecież dla dania jest doprawdy absolutnie obojętne, czy i jaka kara dosięgnie konsumenta.

Pogodzenie się z losem, czyli „raz kozie śmierć”, nie mieści się w realiach tych stron Oceanu Spokojnego (dobry spokój, co?), gdzie człowiek jako surowiec gastronomiczny zwie się „long pig”, czyli długa świnia.

Przed startem awionetki, która dostarczała reportera do tego ostatniego posterunku cywilizacji, był on znowu starannie ważony. Z niepokojem stwierdził, że australijski wikt służy mu zbyt dobrze. Chociaż z drugiej strony - rozważa na wyboistej ścieżce - skalpel chirurga pozbawił go już nerki i wyrostka robaczkowego. Tak w ubraniu tego naturalnie nie widać, ale gdyby miało do czego dojść, to wytrawny kucharz po bliznach zaraz się na tym pozna i - miejmy nadzieję - wzgardzi tucznikiem z niekompletnymi cynaderkami oraz podrobami...

Na tylnym siedzeniu naszego pojazdu mamy zapas żywności. Australijska wołowina w puszkach, lepiej to jednak dokładniej wyjaśnić, aby Czytelnik nie zgubił się w tej różnorodności wymienianych potraw. Przed maską wozu - tam ma być najchłodniej - zawieszone są w płóciennych workach manierki z wodą do picia. Przy nodze policjanta spoczywa karabin szybkostrzelny. Ja z broni mam tylko pióro, które albo źle znosi tutejszą upalną wilgoć, albo ciągłe te przeloty, a najprawdopodobniej i jedno, i drugie - gdyż stale mam lewą stronę torsu (wypraszam sobie określenie: żeberka) powalaną wyciekającym atramentem. Z kieszonki koszuli błękitna ciecz przenika cienką tkaninę i farbuje mi naskórek, wygląda to chyba tak, jakbym miał już za sobą badania weterynaryjne - „long pig” wolna od trychin. To brzmi dumnie.

Gwałtowne zahamowanie wozu przerwało te rozważania. Na naszej drodze wił się wartki nurt rzeki. Ani mostu, ani brodu. Zawróciliśmy do najbliższej wsi. Kilku wyrostków pomogło nam najpierw usypać coś w rodzaju zjazdu, dzięki czemu ze stromego brzegu dostaliśmy się nad samą wodę. Potem spenetrowali, trzymając się za ręce, dno rzeki, wskazując nam miejsce nadające się do przeprawy.

Brnęliśmy przez wodę niosącą muł. Silnik jęczał głucho. Wreszcie znaleźliśmy się na rozmokłym gruncie drugiego brzegu. Ociekając wodą niby skąpany psiak, samochód wygramolił się na drogę, ale niedługo dane nam było cieszyć się tym szlakiem.

W następnej wsi zatrzymaliśmy się u kacyka. Dał nam kilku tragarzy. Moja torba z aparatem fotograficznym, stosem filmów i fleszem chybotała się na kędzierzawej głowie rosłego chłopca, kiedy wąską ścieżką szliśmy ku wsi położonej na wzgórzu. Tam najpierw obejrzeliśmy dom duchów. Tu odbywają się ceremonie dojrzałości, tu zbierają się starcy, aby roztrząsać sprawy plemienia. Ci sami, którzy teraz patrzą na nas żując betel, wyruszali z tego domu o górującym nad wsią dachu na wyprawy. Zanosili pożogę do wsi sąsiednich plemion, przynosili zaś przywiązanych do drągów jeńców, którym przetrącano nogi, aby odebrać chęć do ucieczki. Potem szczuto na więźniów kobiety i dzieci, znęcanie trwało długo, śmierć pewnie była wybawieniem. Potem zdobycz zjadano. Kiedy to było? Na pewno przedwczoraj, może wczoraj lub dziś. Czy można wiedzieć, co się dzieje w dżungli nocą, kiedy biali ludzie zamykają się w swych domach w dalekich osadach?

A jutro? W roku akademickim 1963 - 1964 na wyższych studiach znajduje się dwóch Papuasów z australijskiej części wyspy, sześciu ma wstąpić na wyższe uczelnie. Administracja kolonialna uporczywie twierdzi, że w 1975 roku oświata dotrze do każdej wioski na Nowej Gwinei, położonej na górskim zboczu lub nad złotodajnym potokiem. Zapowiedź ta jest śmiała, jeżeli się zważy, że nim dotrze szkoła - musi dotrzeć badacz i administrator.

A reszta jest pytaniem

Wędrujemy przez wieś, śledzeni przez jej nagich mieszkańców. Jaskrawoczerwone plwociny po żuciu betelu znaczą czarną ziemię. Ściany chat pokrywają dziwne rysunki. To od zewnątrz. A od wewnątrz? Wchodzimy do chaty. Jest zupełnie ciemno, policjant świeci latarką. Zastanawiałem się nad jej przeznaczeniem w jaskrawych promieniach tropikalnego słońca...

Na ścianie wiszą ludzkie czaszki. W tej chacie, w następnej, tej obok - we wszystkich! Policjant spokojnie wspina się na palcach, ogląda potylice. Zadowolony z oględzin wychodzi na światło dzienne, a ja za nim błyskając tylko fleszem dla zanotowania na kliszy tych wrażeń z wnętrz papuaskich domostw. Policjant wyciera sobie chusteczką pot na karku i czole, potem wyjaśnia: „W porządku, potylice całe. To znaczy, że czaszka kogoś z rodziny. Jest to tu pamiątką pieczołowicie przechowywaną. My zdjęcia, oni czaszki. Rozumie pan? Oni nie znają fotografii, z lękiem patrzą na pana aparat i jego błyszczące „oko szatana”. Tak więc, powtarzam, wszystko w porządku, możemy wracać. Co innego, gdyby w potylicy był otwór. To znaczyłoby, że mózg wyjedzono. Wielki przysmak. Ale czaszkę rozbija się tylko wrogowi, jeńcom. Nasi uczeni twierdzą, że to wszystko dlatego, że mają tu mało białka. Ale ja nie dbam o białko, rozumie pan. Białko czy nie białko - spisuję protokół. Śledztwo. Kto postradał głowę i kiedy. Ale dziś tu w porządku, wracamy…”

Wróciliśmy. Bo z tej wsi dalej iść już nie można. Zaraz za chatami dżungla zastawia swym zielonym cielskiem wąską ścieżkę. Stoimy przez chwilę, patrzymy na pnie drzew, na krzewy, na gęste poszycie. Potem widać jeszcze kilka metrów zielonoszarego przekładańca, półmrok, mrok, ciemność. A reszta jest pytaniem.

Powrót do spisu treści