Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Lądy i ludy, czyli walizka z przygodami

Opowieści podróżnicze były zapewne najstarszymi, jakie ludzie przekazywali ludziom. Wiele z nich, może nawet najlepsze, utonęły w mroku niepamięci. Nie poznamy przygód praczłowieka, który zabłądził w puszczy. W przerażającej samotności wędrował więc, napotykając groźne zwierzęta, nocą drzewa szeptały mu swe gadki. Rozdygotany z trwogi odnalazł wreszcie swą jaskinię, przy ognisku opowiadał o tym, co widział w wędrówce. Nie będą nam znane wzruszenia pasterza, który popędził swą trzódkę dalej, niż ktokolwiek przed nim. Wspiął się na wysokie wzgórza, aby godzinami patrzeć na odległe horyzonty. Nie dowiemy się, co też czuła istota ludzka, która przedarła się do morza; jak wspominała potem w swej jaskini błękit bezkresnych wód.

Od czasu gdy istota ludzka stanęła na dwóch nogach, byli zawsze tacy, których ciekawość gnała przed siebie. Chcieli więc Codzienność zmienić na Niewiadomą. Iluż z nich zginęło, nim jeszcze zdążyli bliźnim przekazać swe spostrzeżenia?

I to są współczesne opowieści z dalekiej drogi. Nie miałem życia łatwego, ale za to - było ciekawe. Oglądałem jeszcze ostatnie kolonie, dotarłem na najdalszy Daleki Wschód. Widziałem ludne miasta i osady w głębi dżungli Borneo czy Nowej Gwinei. Byłem między ludami tkwiącymi w epoce kamiennej i tymi, które kroczą już w XXI wiek. Przeciskałem się przez asfaltową dżunglę wielkich metropolii i dotarłem na wyspy, o których zapomniał Czas. Zawsze wolałem boczne ścieżki niż szerokie, wydeptane gościńce.

Walizka z przygodami, do której sięgnąłem po pozycje zebrane w tym tomie - nosi naklejki dalekich szlaków. Staram się, aby tam, gdzie to jest możliwe - używać pierwszej osoby. Ja widziałem, ja słyszałem, czy też - opowiadano mi. Ojcem tych opowieści jest Pomysł, zaś matką - Ciekawość. Wspólnym mianownikiem - Przygoda. Oto opowieści z tysiąca i jednej zarwanej nocy, z dziesiątków tysięcy kilometrów wędrówek, kilkunastu kilometrów taśmy magnetofonowej i dziesiątków notatników. I jeszcze tego, co jest niewymierne: własne odczucia i przeżycia. Może więc mam rację, może jej nie mam, ale tak widziałem pewne sprawy i tak też je zapamiętałem. Niektóre zebrane tu reportaże były już drukowane. Ale ogromna większość nie trafiła nigdy do żadnej książki, rozsiana jest po czasopismach. Reportaże, które wytrzymały próbę czasu - znalazły się w tym tomie.

Mojego autorstwa są też i wszystkie zdjęcia, jakie znalazły się w tej książce. W ułamku sekundy kamera zanotowała na kliszy sylwetki ludzi, z którymi rozmawiałem, bogactwo kolorów krajów położonych dalej niż daleko. Pozowali mi chętnie czy mniej chętnie Chińczycy w Singapurze, skrzętnie liczący tropikalne rybki przeznaczone na eksport, czy dziewczyny papuaskie napotkane na Nowej Gwinei. Zastygli nieruchomo przed aparatem fotograficznym białego człowieka wartownicy, strzegący pałacu gubernatora portugalskiego w Dili, kolonii portugalskiej. Półnadzy, bosi, ale z barwnym piórkiem na głowie...

Hm, muszę się zwierzyć Czytelnikowi z pewnego kłopotu. Otóż tak się złożyło, że do książki tej trafiły reportaże z ostatnich kolonii. Oglądałem Timor portugalski dosłownie w ostatnich miesiącach, które zamknęły ponad cztery wieki jego kolonialnego bytowania w ramach imperium zbudowanego przez Holendrów czy Portugalczyków. Widziałem, jak pakują walizki Australijczycy, wycofujący się z Nowej Gwinei, na mych oczach otwarto pierwszy w dziejach ogromnej wyspy uniwersytet, powstał parlament. Papua i Nowa Gwinea stanęły w przedsionku niepodległości. Singapur oglądałem po raz pierwszy, kiedy był jeszcze brytyjską kolonią, potem - kiedy związany był z Malajami, wreszcie ostatnio - już jako niepodległe państwo. Widziałem kres potężnego niegdyś imperium holenderskiego w Azji Południowo-Wschodniej, kiedy z wojskami Narodów Zjednoczonych ładowałem w Irianie Zachodnim. Byłem pierwszym polskim reporterem, który zjawił się na Okinawie. Przez przypadek czy zamierzone działanie stałem się więc niejako świadkiem historii.

I teraz problem: czy te świadectwa epoki, która przeminęła - kosmetycznymi zabiegami adaptować do teraźniejszości? Czy też może zostawić je w stanie pierwotnym, pod wspólnym mianownikiem: było tak... Oto jest pytanie! Przecież w pałacu gubernatora portugalskiego w Dili nie ma już Jego Dostojności, o ile w ogóle sam gmach ocalał w walkach, do których doszło na dalekiej wyspie. Wrócili do Australii oficerowie policji, których widziałem jeszcze w Nowej Gwinei, w akcji czy podczas szkolenia ich papuaskich następców. Nie nadążę z relacjami przemian na Okinawie. Tak mi się wydaje. I dlatego też użyty jest w reportażach czas teraźniejszy wszędzie tam, gdzie pisałem o wydarzeniach, które przyszło mi oglądać samemu czy też spisywałem opowieści zasłyszane, a - wtedy - współczesne. Myślę, że gwoli ścisłości, winien jestem Czytelnikowi to wyjaśnienie, jeszcze nim przystąpi do czytania mych reportaży o lądach i ludach.

Niemal ćwierć wieku minęło od ukazania się mej pierwszej antologii pt. Przeważnie o ludziach i pytają się mnie czasem na spotkaniach autorskich, jak też powstaje reportaż? Przypominam bardzo starą piosenkę, która wyjaśnia, jak powstaje muzyka. To proste: bierze się trąbkę, dmucha się tu, a muzyka wychodzi tamtędy...

Ja naprawdę nie znam recepty na reportaż. Nie ma nudnych tematów, są tylko nudni reporterzy. Nie mam łatwego piora. „I w pocie czoła zdobywać będziesz materiał do reportażu twego powszedniego...” Nie policzę nawet, ile kartek wrzuciłem do kosza, a ile trafiło do drukarni.

Walizka z przygodami jest już otwarta. Spieszcie więc wraz ze mną za siódme morza, na spotkanie przygody, poprzez lądy i ludy. I pamiętajcie, że najciekawsze są te kraje, których się jeszcze nie oglądało. Najbardziej interesujących ludzi spotkamy dopiero jutro.

Powrót do spisu treści