Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Oddech słońca

Zaraz za Perpignan światłomierz mego aparatu fotograficznego zaczyna wyprawiać różne figielki, absolutnie nie licujące z godnością tego statecznego i - jak mi się zawsze zdawało – wyrachowanego instrumentu. W miarę jak samochód pnie się po górskich serpentynach i przybliżamy się do granicy hiszpańskiej - wskazówka światłomierza zaczyna miotać się gwałtownie w swej czarnej klatce, jakby nie mogąc strawić gorejącego słońca, zalewającego swym blaskiem całą okolicę.

Przez dwie godziny jazdy kierowca zabawia mnie rozmową. Jest to właściwie monolog wypowiedziany akcentem tych stron. Tematyka niezwykle różnorodna: zostałem wprowadzony w arkana jazdy samochodem napędzanym drzewem oraz w wysokość posagów lokalnych jedynaczek. Dowiedziałem się, gdzie w Perpignan można dobrze zjeść i jak tędy podczas okupacji wiódł szlak przerzutowy do Hiszpanii, którym uciekali ludzie do północnej Afryki i Wielkiej Brytanii.

Wreszcie przybyliśmy. Zamek Mont-Louis we wschodnich Pirenejach. Nie tknięta przez czas forteca, zbudowana w niedostępnych górach jeszcze za czasów Ludwika XIV. Twierdza ta nigdy nie zaznała wojny - jej obrońcy umierali ze starości. Jej nie wyszczerbione pociskami mury są dziś oprawą jednego z najciekawszych eksperymentów naukowych. Za czasów Karola de Gaulle’a spadochroniarze w błękitnych beretach strzegą wstępu poprzez most zwodzony na dziedziniec zamkowy, na którym poustawiano dziwaczne urządzenia, jaskrawo odcinające się od murów pokrytych patyną wieków.

Archimedes i inni

Pomysły naprawdę oryginalne są wielką rzadkością. Eksperyment naukowy, o którym mowa, zaczął się właściwie dość dawno. Otóż na trzy wieki przed naszą erą rzymska flota zaatakowała Syrakuzy. Z Rzymianami trudno było wojować i gdy ich galery wpłynęły do portu, zdawało się, że nie ma już ratunku dla miasta. Nagle - jeden po drugim - okręty napastników poczęły się palić. Jak się okazało, pewien uczony nazwiskiem Archimedes podpalił rzymskie galery promieniami słonecznymi umiejętnie skupionymi za pomocą zwierciadeł.

Sam pomysł wykorzystania promieni słonecznych zaprzątał jeszcze później umysły uczonych tak wybitnych, jak sam Lavoisier. Ludwik XIV dostał od astronoma Cassiniego „królewskie zwierciadło, czyli urządzenie z drzewa powleczone złotem, srebrem lub miedzią. Odpowiednio ustawione zwierciadło topiło żelazo i inne kruszce. A jeszcze później „Królewska Manufaktura w Saint-Gobain” sporządziła do podobnych celów soczewkę o średnicy 130 centymetrów.

Aż wreszcie nadeszła słynna wystawa w Paryżu w roku 1878. I tam to właśnie monsieur Mouchot zademonstrował Szanownej Publiczności przemyślną maszynę. System metalowych zwierciadeł koncentrował promienie słoneczne na kotle maszyny parowej, która z kolei poruszała małą drukarenkę.

Wynalazki, jak rękopisy, mają swoje losy. Tak się złożyło, że gdy w Europie dawno zapomniano o wynalazku i wynalazcy - to w Australii i Meksyku po dziś dzień małe zakłady przemysłowe wykorzystują energię słoneczną według systemu Francuza - pana Mouchot.

Wyprawa po słońce

Inny Francuz - pan Felix Trombe - jest naszym współczesnym. Z zawodu jest uczonym, ale nie trzeba go sobie wyobrażać jako roztargnionego profesora, zasuszonego w bibliotece czy zacisznym laboratorium. Pan Trombe jest prezesem paryskiego klubu grotołazów i wsławił się karkołomną ekspedycją na 446 metrów w głąb niedostępnej groty, gdzie przedsiębiorczy ludzie musieli w zupełnych ciemnościach pokonać wartkie strumienie z podziemnych źródeł płynące.

Trzeba jednak stwierdzić, że prawdziwą sławę zjednały panu Trombe jego wyczyny w promieniach słońca, a nie w mrokach grot i jaskiń. Z uporem właściwym swym rodakom pan Trombe znalazł gdzieś w Niemczech dwa stare reflektory obrony przeciwlotniczej o dwumetrowej średnicy. Zwierciadła tych reflektorów posłużyły uczonemu do uprawiania zabawy znanej nam wszystkim ze szkolnych lat - tyle tylko, że promienie słoneczne skupiał nie na dłoni nie spodziewającego się niczego kolegi, ale na różnych kruszcach. Topił je w ten sposób w bardzo wysokich temperaturach.

Przed dziesięciu laty kilkunastu uczonych wybrało sobie tę pustelnię w Mont-Louis na miejsce dalszych doświadczeń. Stara forteca zawieszona jest na skalach na wysokości 1600 metrów nad poziomem morza. Oblicza się, że przez 114 dni w roku jest tu pełna operacja słoneczna - ona to właśnie tak rozdrażniła światłomierz mego wiernego aparatu fotograficznego.

Jutro na Saharze!

Nie byłem, oczywiście, na miejscu, kiedy poszukiwacze słonecznej przygody przybyli na to odludzie. Mogę sobie jednak wyobrazić, że gdy rozpakowali manatki i odsapnęli po trudach drogi - to popatrzyli w niebo, gdzie oglądać mogli dostawcę energii dla wybudowanych przez siebie przyrządów. Jakkolwiek droga przesyłek z energią, jakimi bogate Słońce wspomaga naszą biedną planetę, jest nieco przydługa (ponad 149 milionów kilometrów), to jednak i tak wspaniałomyślność tej darmowej pomocy jest bezprzykładna: sama tylko Francja otrzymuje co minutę porcję energii słonecznej wartości stu miliardów ton węgla kamiennego!

Zastępca pana Trombe - pan Marc Foex - pokazywał mi olbrzymie zespoły (po 3,5 tysiąca lusterek w jednym) wytwarzające temperaturę do trzech tysięcy stopni. W absolutnej czystości topione są różne kruszce, a także wytapiane specjalne glinki ognioodporne dla fabryk chemicznych i hut.

Oddech słońca czyni różne dziwy. W Chile kazano mu destylować słoną wodę. Amerykanie ogrzewają domy, Hindusi wybudowali kilka typów kuchenek słonecznych. Rosjanie bardzo wszechstronnie wykorzystują energię słoneczną. Mają oni Instytut Heliotechniczny, zajmujący się wyłącznie tymi zagadnieniami. Francuzi nastawili się na wykorzystanie energii słonecznej do celów przemysłowych - szczególnie do wytapiania kruszców. W Mont-Louis dumni są też bardzo z urządzenia, które z promieni słonecznych fabrykuje... lód. Zasada jest podobna do tej, na jakiej oparte są lodówki wykorzystujące sprężony amoniak. Aparat zaopatrzony w zwierciadło o powierzchni zaledwie kilku metrów kwadratowych dostarczy przeciętnej rodzinie codziennej porcji lodu powszedniego... Inżynier Albert Le Phat Vinh mówi: „Otóż, widzi pan, jest ambicją uczonych podanie człowiekowi pracującemu w spiekocie pustynnej dzbana z lodowatą wodą...”

I tu trafiliśmy w sedno sprawy. Aparaty próbowane w Pirenejach mają być - według zamierzeń Francuzów - instalowane na Saharze. Duże nadzieje wiąże się z przeobrażeniem pustynnych terenów Afryki. Moi rozmówcy twierdzą, że racjonalne wykorzystanie bogactw Sahary możliwe będzie tylko w oparciu o energię słoneczną. Człowiek zapędza więc do roboty na pustyni słońce - dotychczasowe przekleństwo tamtych stron.

Pytamy o szczegóły. A więc ustalono, że na wielkich głębokościach pod piaskami Sahary kryją się bogate źródła życiodajnej wody. Pompować ją tanio można jednak tylko przy zastosowaniu energii słonecznej. Ona też miałaby poruszać fabryki chemiczne i rafinerie ropy naftowej. Ludziom, którzy znaleźliby tam pracę „słoneczna lodówka” czy „słoneczna kuchenka” uczyniłaby życie znośnym.

Nabijmy słonce w butelkę!

O cóż więc teraz chodzi? Uczeni francuscy (a jak czytam w ciekawym artykule prof. Bauma z moskiewskiej Akademii Nauk - w podobnym kierunku idą i radzieccy) chcą rozwiązać zasadniczy problem przechowywania energii słonecznej. Żadna fabryka nie może pracować bez gwarancji regularnej dostawy energii. Jak zwyciężyć mroki nocy, jak pokonać pochmurne niebo? Jak zapewnić stały dopływ słońca do maszyn? Francuzi mówią, że odpowiedź da zgłębienie tajemnicy przyrody. Musimy ukraść sekret przetwarzania przez liście energii słonecznej w związki organiczne. Gdy nam się to uda, słońce przechowywać się będzie w butelkach. Tak jak wino - mówią Francuzi.

Wycieczka mrocznymi korytarzami w słoneczną przyszłość dobiega końca. Docieramy do wielkiej zamkowej komnaty. Tam niegdyś po kole zawieszonym nad głęboką studnią dreptali bez przerwy więźniowie, przykuci do dębowych belek. Deptali bez przerwy, wyciągając z kamiennej czeluści wodę dla załogi fortecy, dreptali bez przerwy, póki śmierć nie zwolniła ich z tej pracy. Z mroków ponurej historii powracamy znowu na zalany słońcem dziedziniec, gdzie jutrzejsze maszyny odcinają się groteskowo od wczorajszych murów. Światłomierz mego aparatu fotograficznego znowu krztusi się nadmiarem słońca.

Zamykam go z żalem w futerale. Ba, gdyby tak istniał przyrząd udzielający człowiekowi nieomylnych wskazówek w postępowaniu bardziej skomplikowanym niż fotografowanie... Gdyby udzielał rad życiowych, gdyby strzałka po zbliżeniu się do kogoś bezbłędnie zatrzymywała się na którejś z rubryk szerokiej skali: kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje.

Powrót do spisu treści