Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Spokojna głowa

A w jakiej cenie sprzedajecie móżdżek? - zapytuję. - 17 500 franków kilo - uprzejmie odpowiada Robert Caillon.

Rozmawiamy sobie w Ménilmontant, bardzo biednej dzielnicy bardzo uroczego miasta Paryża. Dzielnica ta jest wsławiona jako ojczyzna Maurice Chevaliera i tego móżdżku, eksportowanego po 35 dolarów za kilo, a produkowanego w fabryce „Bull”.

Kobieta i słoń

Pewien znawca rzekł, że mózg elektronowy jest to „urządzenie odznaczające się tak niebywałym wyrachowaniem i pamięcią, iż może zaćmić pod tym względem nawet kobietę i słonia”.

I wierzcie mi na słowo - nasze zwykle mózgi powoli wysiadają. Mózgi elektronowe sporządzają w błyskawicznym tempie listy płac, dokonują inwentaryzacji wielkich składów w czasie szybszym, niż ktoś zdąży krzyknąć „remanent”, układają harmonogramy racjonalnego przebiegu pustych wagonów-cystern, prowadzą księgowość - jednym słowem, mogą w biurze dokonać wszystkiego poza szczypaniem sekretarek.

Mózgi elektronowe nie zadowoliłyby się jednak urzędowaniem za biurkiem. Odnalazły one słowa, których brakuje w rękopisach świętego Tomasza z Akwinu, a także sporządziły pełny indeks zawierający milion sześćset tysięcy słów z tego dzieła. Przełożyły teksty pisane naszym alfabetem na pisownię Braille’a dla niewidomych. Skojarzyły małżeństwa między najlepszymi bykami i krowami dla uzyskania nowej rasy bydła, zestawiły najwartościowszą mieszankę paszową dla trzody chlewnej oraz wymyśliły technologię produkcji dla gatunku sera o specjalnych właściwościach... Uffff! Ale to jeszcze nie wszystko! Mózgi elektronowe wybrały najlepsze miejsce dla rozpięcia gigantycznej sieci, która kieruje najracjonalniejszą drogą małe łososie z miejsc ich wylęgu ku pełnemu morzu. Mózgi elektronowe wybierają najdogodniejsze miejsca dla nowych fabryk - podaje im się dane o lokalnych surowcach, rynkach zbytu, sieci komunikacyjnej, robociźnie, a one zamyślają się na chwilę i pokazują najlepsze miejsce. Mózg elektronowy to spokojna głowa, nie denerwuje się, nie słucha plotek... To dobrze, ale i czasem źle! Na przykład kursy giełdowe trudno jest przewidzieć za pomocą takiego urządzenia, gdyż - jak wiadomo - plotki czy nastroje chwili odbijają się natychmiast na kursach giełdowych.

Matematyk musiałby pracować przez osiemset lat, aby obliczyć opór powietrza w różnych punktach skrzydła samolotu „Concorde”, latającego szybciej niż dźwięk. Mózg elektronowy dokonał obliczeń tych w niecałą godzinę.

W roku 1962 wielkie przedsiębiorstwo lotnicze nabyło takie urządzenie i podłączyło doń 500 biur rezerwacji. Mózg elektronowy rezerwuje miejsca w samolotach na pół roku naprzód, „pamięta” wszystkie loty, wszystkie rezerwacje i wszelkie zabiegi o miejsce w zatłoczonym samolocie. A więc kiedy pasażer z Detroit zrzeka się swej rezerwacji na lot na trasie Boston - Nowy Jork, to jego puste miejsce zostanie w kilka sekund przekazane pasażerowi z Chicago, który jest pierwszym na liście czekających. W razie wyjątkowej frekwencji mózg elektronowy sygnalizuje przedsiębiorstwu opłacalność podstawienia samolotu pozarejsowego, od czasu do czasu dokonuje analizy tras i rozkładów lotu w świetle przeciętnej zajętych miejsc. Najbardziej ofiarny i doświadczony pracownik rezerwacji zapłacze się w połączenia telefoniczne, pisemka, studiowanie taryfy dla ustalenia najtańszej dla pasażera trasy - to wszystko musi trwać, kiedy urządzenie elektronowe bezbłędnie działa w kilka sekund.

Mózgi elektronowe podczas wyścigów konnych „Kentucky Derby” wskazały poprawnie 5 z 6 koni, które pierwsze zjawiły się na mecie, ale już bez prawidłowej kolejności między tymi zwycięzcami. Muszę jednak lojalnie przestrzec amatorów szybkiej fortuny przed zbyt pośpiesznym zaopatrywaniem się w mózgi elektronowe i zabieraniem ich na Służewiec. Najpierw, nie można kazać zapakować sobie dziesięć deka mózgu elektronowego - trzeba kupić całość, a to kosztuje miliony franków. Dalej, jakkolwiek taki mózg wchłania w siebie mnóstwo danych o koniach i jeźdźcach, aby w zasadzie typować lepiej niż gracz, to jednak nie jest w stanie wnieść „poprawki przypadku”, nie może np. wiedzieć, czy dżokej poprzedniego wieczoru nie zjadł nieświeżego móżdżku (cielęcego, nie elektronowego!).

Podano do wiadomości na zjeździe Brytyjskiego Towarzystwa Popierania Nauki, iż są w przygotowaniu nowe komórki dla mózgów elektronowych, które „udzielą informacji” w jednej stumilionowej części sekundy! Wstrząśnięty tymi informacjami zawędrowałem przeto do fabryki „Bull” w Paryżu, największej produkującej w Europie tego rodzaju urządzenia.

Trudność reportażu polega na tym, że redakcja odmówiła kategorycznie nabycia dla mnie jednego takiego elektronowego mózgu, mój zaś zwyczajny potrzebowałby kilku milionów lat (świetlnych) na przemyślenie tych wszystkich spraw. Nie będę więc wdawał się w technologię produkcji ani opowiadał o ciekawej historii poszczególnych urządzeń, ale w największym skrócie opowiem tylko o zastosowaniu tych niezwykłych maszyn. Uwaga! Osoby o słabych nerwach proszone są o nieczytanie! W wypadku omdlenia z nadmiaru wrażeń - pieniędzy za książkę nie zwraca się!

Zgaduj zgadula (póki czas!)

Pewna Korsykanka opowiadała mi w Paryżu o swych rodakach. Twierdzi się, że ludność tej wyspy składa się wyłącznie z różnych oprychów oraz tych, którzy są zbyt leniwi, aby nimi zostać. Tak czy inaczej, pewien Korsykanin wystąpił raz w „zgaduj-zgaduli” w paryskiej telewizji. Imprezy takie są tam urządzane na nieco innej zasadzie niż te w Warszawie. Tam gra idzie o ciężką forsę. Otóż ów Korsykanin doskonale brnął przez wszystkie pytania, ale wreszcie utknął na jednym: „Kto zabił Henryka IV w roku 1610?” Czas na odpowiedź minął i Korsykanin zrezygnował, tracąc wielką wygraną. Za kulisami rzekł do przyjaciela: „Wiedziałem oczywiście, iż to był ten Ravaillac - ale ja nie sypię”.

Myślę (jeszcze ciągle samodzielnie, bez elektronowego mózgu), że takie konkursy oparte na dobrej pamięci i szybkiej orientacji będą jednak w przyszłości wygrywane przez maszyny. Cała ta nieuczciwa konkurencja zaczęła się właściwie od katarynki. Duszą takiego grającego pudełka była bowiem taśma, w której wywiercono otwory w pewnych odstępach. Taśma taka „pamiętała” melodię, zatykając lub odsłaniając odpowiednie piszczałki, w które tłoczono korbą powietrze. Ta zasada zrodziła maszyny do liczenia, ulepszane później zastosowaniem techniki elektronowej.

Na przestrzeni dziejów człowiek zawsze zabiegał o przyśpieszenie żmudnych rachunków. Po dziś dzień pełen jestem podziwu dla szybkości, z jaką chińscy sklepikarze w Singapurze, Hongkongu czy Jesselton na oczach zdumionego klienta dokonują błyskawicznych obliczeń na swych prostych liczydłach. Oczy nie nadążają za palcami kupca, sprawdzanie jest bezcelowe, oni są nieomylni w posługiwaniu się tymi paciorkami nanizanymi na kilka drutów.

Przewiduje się, że przemysł produkujący mózgi elektronowe zajmie w najbliższym czasie trzecie miejsce w świecie pod względem obrotów, czyli zaraz po przemyśle naftowym i motoryzacyjnym. Czy wyręczenie człowieka oznacza bezrobocie? Sprawa ta była przedmiotem różnych studiów. Okazuje się, że gdyby nie automatyzacja sieci telefonicznej, to każda dorosła Amerykanka musiałaby być telefonistką, a bez automatów księgujących w bankach - najdalej w połowie lat siedemdziesiątych naszego stulecia wszyscy pracownicy w USA od 20 do 40 roku życia musieliby być skierowani do bankowości.

Maszyna i medycyna

Elektronowy łebek nie jest równy elektronowemu łebkowi. Można bowiem na katarynce odegrać piękną piosenkę pułkową „Ej żebyś ty, Kaśka, choć raz przy niedzieli, te brudne giry umyła” - ale już utwory Beethovena wymagają bardziej precyzyjnej aparatury. W dziedzinie budowy mózgów elektronowych technika też poszła naprzód tak szybko, że nawet jeżeli nie masz głowy do rachuków, to nie daj sobie przypadkiem wtrynić przestarzałej (1944) maszyny amerykańskiej „Mark I”. Ładny to jest co prawda i okazały mebelek (17 metrów długości, waga 40 ton), ale za to instrukcja obsługi zawarta jest na 547 stronach, a tempo pracy wręcz ślimacze: dodawanie - jedna trzecia sekundy, mnożenie - 6 sekund, dzielenie - 12 sekund. Nie daj się więc skusić przystępną ceną (tylko pół miliona dolarów) i pamiętaj, że ja ostrzegałem!

Trzej inżynierowie z francuskiej firmy „Bull”, liczący sobie łącznie akurat sto lat, zbudowali maszynę typu „Gamma”. Jej model jest stopniowo ulepszany i nosi kolejne numery. Dla mnie osobiście najbardziej wstrząsająca była uzyskana w Ménilmontant informacja, że wszystkie obliczenia konstrukcyjne do budowy najnowszego modelu „Gamma 60” zostały wykonane na modelu... poprzednim! Czyżby to była zapowiedź epoki, kiedy to roboty będą same budować roboty?

Francuzi twierdzą, że ich „Gamma 60” ma wydajność sześcio- czy nawet siedmiokrotnie wyższą od najnowszej maszyny amerykańskiej. „Gamma 60” to też człowiek, to jest chciałem rzec - maszyna, może się zepsuć. Cała aparatura zatrzymuje się wtedy automatycznie, zapala się czerwone światełko i z odpowiedniego otworu wypada kartka, na której wydrukowany jest tekst z opisem uszkodzenia i dokładnym wskazaniem miejsca awarii. Dobrze, że przynajmniej obecnie bezradny mózg sam się nie potrafi jeszcze naprawić i przeto toleruje jakoś człowieka, który umie przeczytać jego pisemną prośbę o pomoc i przykręcić odpowiednią śrubkę... Dobre i to!

Mózg elektronowy jest teraz zresztą ciągle jeszcze bardzo potulny i stara się człowiekowi przypodobać różnymi sztuczkami. W Marsylii mieszka np. oftalmolog (lekarz specjalista chorób oczu) dr François Paycha, który tamtejszemu mózgowi elektronowemu przekazał po znajomości szereg danych o różnych chorobach leżących w zasięgu jego zainteresowania. I pewnego dnia podczas egzaminu konkursowego na wydziale medycznym pojętna maszyna w 110 sekund wymieniła 70 chorób rogówki. Tymczasem okazało się, że w ciągu jednej doby najbardziej zdolny z kandydatów wymieniłby tylko połowę tej listy, a wszyscy członkowie komisji egzaminacyjnej łącznie pamiętali zaledwie 65 schorzeń rogówki, czyli jeszcze o 5 mniej od maszyny. Inny marsylski specjalista opowiedział zaprzyjaźnionemu mózgowi elektronowemu o objawach choroby zaobserwowanej u swego pacjenta. Mózg podrapał się w stalową głowę i bez namysłu podał pięć ewentualności rozpoznania choroby. Nie tylko figurowała tam i poprawna diagnoza - ale też wymienione były różne rzadkie choroby, których zwykle lekarz nie może pamiętać. Pan Robert Caillon oprowadzający mnie po tym królestwie zdrowego elektronowego rozsądku mówi: „Widzi pan, nam nie chodzi o zastąpienie wiedzy czy osądu lekarza - ale o wspomożenie go niezawodną pamięcią elektronową”.

Jajko na miękko

Jedna „Gamma" pracuje w cichym zaułku nie opodal rue de Sèvres, tam gdzie mieści się Centrum Chemii Teoretycznej. Profesor Raymond Daudel opowiada, że jeszcze w roku 1941 zwrócił się do niego Joliot-Curie z propozycją zbadania słuszności teorii pewnego Niemca, nazwiskiem Schmidt. Uczony ów wyrażał przekonanie, że silna koncentracja elektronów bardzo ruchliwych, nazwanych literą grecką „Pi”, może wywołać anormalne mnożenie komórek, wywołujące powstawanie raka. Podjęto badania i nasmarowano uszy myszek specjalną substancją. Okazało się po miesiącu, że 90% tych zwierząt doświadczalnych zapadło na raka. Rakotwórcza substancja badana jest dalej. Sztab uczonych szykuje dla „Gammy” coś między 6 a 8 tysiącami instrukcji, które maszyna ma wykonać w... 15 godzin! Ma ona opracować pełną listę substancji rakotwórczych, czyli takich, w których elektrony „Pi” źle się prowadzą. Następnie każą jej wynaleźć ciała, które rozpraszają koncentracje tych elektronów, a więc mogą się nam przydać w walce z tą straszną chorobą. Kto wie, może genialna maszyna pomoże nam zwalczyć jeszcze jednego wroga rodzaju ludzkiego? A nawiasem mówiąc - już teraz ten wybitny uczony twierdzi stanowczo, że istnieje ścisły związek między paleniem tytoniu a rakiem płuc.

Inną maszynę „Gamma” zagoniono w Tuluzie do opracowywania szczegółowych planów lotów dla budowanych tam średniodystansowych odrzutowców pasażerskich „Caravelle”. Konstruktorzy lotniczy nie narzekają, pracowita maszyna uwija się, aż miło patrzeć: w czasie potrzebnym do ugotowania jajka na miękko wykonuje bezbłędnie obliczenia, które doświadczonemu inżynierowi zajęłyby 7 lat żmudnej pracy.

Wkuwamy słówka (ponad milion na godzinę)

W Centrum Studiów Słownika Francuskiego w Besançon dyrektor Quemada kazał tamtejszej „Gammie” wkuwać słówka - maszyna ta może bowiem „przerabiać” w cztery godziny 5 milionów słów, które porządkuje według wskazanego schematu.

W Instytucie Pasteura w Paryżu trzeba uporządkować 900 otrzymywanych tam czasopism naukowych. Inaczej ta lawina, wiedzy przywala szukających szybko jakiejś informacji uczonych. Wobec tego „Gamma” łyka tam kilometry taśm z informacjami i pamięta treść wszystkich artykułów naukowych zawartych we wszystkich periodykach w bibliotece Instytutu. I nie myślcie, że mózgi elektronowe nie mają swej słodkiej tajemnicy! Otóż posiadają one jeden wspólny, międzynarodowy język, którym mogą się w ramach pewnych specjalizacji porozumieć bez trudu między sobą. To bardzo ważne, gdyż zdaniem francuskich uczonych opłacalność takiej maszyny, udzielającej porad, zagwarantowana jest dopiero wtedy, gdy daje ona co najmniej tysiąc odpowiedzi dziennie. To już zazwyczaj przekracza potrzeby jednego państwa, skłania do tworzenia międzynarodowych ośrodków informacyjnych i naukowych. A więc algol, czyli międzynarodowy język matematyków, cobol - banków i rachunkowości i fortran - uniwersalny język naukowy. Kto wie, dokąd taka międzynarodówka może ludzkość doprowadzić? Mózgi elektronowe wszystkich krajów, łączcie się!

Jak wiadomo, latająca załoga może tylko określoną liczbę godzin obsługiwać samolot - potem musi być bezwzględnie zmieniona. Można sobie wyobrazić, jakim problemem dla wielkich przedsiębiorstw lotniczych jest przeto racjonalna obsługa dalekich, znacznie poza bazy macierzyste wybiegających szlaków. Jak się męczono z układaniem planów dowożenia takiej „zmiany warty” na miejsce i ile było zawracania głowy z niepotrzebnym czekaniem na lotniskach. Kłopoty te powierzono pewnemu mózgowi elektronowemu, który wszystko to bardzo ładnie sobie przemyślał i ułożył racjonalny plan. Inny taki elektronowy „łeb nie od parady” zorganizował w fabryce lotniczej system wydawania robotnikom precyzyjnych narzędzi, aby nie tworzyły się kolejki i aby nie było przestojów. Rafineria nafty wtajemniczyła mózg elektronowy w dane dotyczące wydajności swych maszyn, aktualne przepisy państwowe odnoszące się do produktów naftowych, kształtowanie się cen na rynkach światowych i zapotrzebowanie konsumentów. Mózg ruszył konceptem swych 18 tysięcy lamp i zabłysnął (dosłownie) receptą na nowy produkt destylacji ropy naftowej.

Pies - przyjaciel człowieka

Elmer i Elsie - para żółwi elektronowych znana jest już szeroko w świecie. Pod ich skorupkami z bakelitu kryje się złote serduszko z lamp elektronowych i wnętrzności z przewodów. Pewnym felerem jest to, że mają tylko po jednym oku - ale za to śmiało maszerują ku wszelkim źródłom światła. Lekką przeszkodę spotkaną na drodze usuwają, ciężką - omijają. Gdy światło jest zbyt rażące, zawstydzone stworzonko zwiewa i chowa się pod meblami. Natomiast gdy akumulatory zaczynają się wyładowywać - zwierzę traci wrażliwość na rażące światło, garnie się do kontaktu, z którego czerpie prąd przed następnymi sztuczkami.

Amerykanin Shannon zbudował elektronową mysz, która w labiryncie znajduje sobie po omacku drogę do przynęty. Co więcej, ten elektronowy gryzoń pamięta dokładnie drogę i następnym razem przebywa ją śmiało i szybko. Obecnie mówi się już o psie, który odnajduje kość i przynosi ją sobie do budy. Trudno jest chyba przewidzieć, co się stanie, gdy zwierzę spotka na swej drodze przyjemnie pachnącą latarnię... A już strach pomyśleć, co będzie, gdy na elektronowego psa wskoczy elektronowa pchła!

W fabryce „Bull” widziałem bardziej praktyczne maszyny, które same czytają czeki, sprawdzają je według dla nich tylko czytelnych szyfrów, jakich nigdy nie podrobi żaden człowiek, badają konto klienta i same księgują wypłatę. I ja myślę, że może niedługo maszyna będzie dawała przydziały na mieszkanie: w jeden otwór wrzucasz informacje o swym aktualnym metrażu, stanie rodzinnym - z drugiego otworu wypada przydział na jakiś bliższy lub dalszy termin. Jak się jeszcze mózg elektronowy nauczy brać w elektronową łapę - złudzenie będzie całkowite!

Nowy warsztat twórczy

I może też, gdy jeszcze sobie trochę pożyję, to i pisanie reportaży będzie bardziej uproszczone, szybsze, mniej pracochłonne. Może już nie będę ślęczał po nocach ani ze strachem słuchał groźnego „Nnnnno?” sekretarza redakcji, gdy nadchodzi zamknięcie numeru. Zastanówmy się wspólnie.

Już dziś maszyna porządkuje materiały do słownika, pisze pod dyktando (niestety nieortograficznie), przekłada z angielskiego na rosyjski - to czy nie będzie mogła produkować na kilogramy schematycznych scenariuszy filmowych (panowie, panowie - proszę spokojnie, tylko bez paniki, macie jeszcze kilka lat czasu!), bądź z „kobyły” na półtora tysiąca stron fabrykować „źrebaczka” na kilkanaście kartek? Jeżeli Amerykanie nadali w eter 1037 stron Przeminęło z wiatrem w 90 sekund, to - zapytuję wielkim głosem - ile czasu potrzeba będzie na wyprodukowanie w elektronowej cegielni którejś z „cegieł”, jakie zalegają magazyny księgarskie?

Jeszcze prostsza będzie sprawa z reportażem. Maszynie przekazuje się pewne prawdy oczywiste w postaci rzeczowych informacji. Kto kręcił się przy gestapo, kto wziął w łapę, od kogo i ile, kto ma szwagra kuzynki w Bractwie Wzajemnej Adoracji itp. Po krótkim czasie mózg elektronowy wypluwa reportaż na żądany temat - ale w kilku wersjach. Jedna napisana jest rozkosznym gaworzeniem i przeznaczona dla naszych milusińskich do "Świerszczyka". Druga napisana jest gwarą od Opoczna i ma uradować czytelników prasy chłopskiej. Trzecia poświęci więcej uwagi szczegółom garderoby bohaterów całej narracji i pasować będzie do miesięcznika "Ty i Ja". Czwarta opiewać będzie krzepę wszystkich i wzbogacona będzie wynikami „Totolotka” - dla "Sportowca". Pod koniec genialna maszyna informuje, ile lat pudła można dostać za całokształt twórczości oraz gdzie to najlepiej odsiedzieć.

Reportaż fabrykowany będzie w jedną siódmą sekundy. Mózg będzie miał więc jeszcze mnóstwo czasu, aby za mnie myśleć przez resztę tak pięknie rozpoczętego wieczoru. Jak dostać obiad w knajpie w czasie krótszym niż jedna godzina czterdzieści trzy minuty dwadzieścia sześć sekund? Kiedy jechać autobusem „125”, aby zachować chociaż połowę guzików? Czy pikantna szatynka z pieprzykiem na lewym policzku warta jest zachodu i kiedy będą rezultaty, jeżeli w poniedziałek pójdziemy do „Szanghaju” na wystawną kolację z rachunkiem 127,50? Tak, to będą czasy, wtedy człowiek żyć będzie racjonalnie, z (elektronową) głową na karku! A najważniejszy problem każę mózgowi rozwiązać na końcu: skąd mam wziąć pieniądze, aby za niego zapłacić?

Powrót do spisu treści