Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Nie graj, Wojtek

Reportaż z nieznanego miasta najlepiej jest zaczynać tam, gdzie się wszystko kończy. Spacerujesz sobie po cmentarzu, czytasz napisy nagrobkowe, patrzysz i notujesz. Jeżeli jeszcze i myślisz - wyniki powinny być dobre.

Na cmentarzu w Monte Carlo spoczywają w spokoju ludzie z całego świata, rzec można - sezon dopisał, publiczność międzynarodowa. Groby maharadżów i pułkowników brytyjskich wojsk w Indiach, rosyjskich magnatów i niemieckich królów stali. Dobrze, że na Sąd Ostateczny zwoływać się będzie trąbkami - tu musiano by zaangażować personel wielojęzyczny, jak w wielkim hotelu, gdy wzywają kogoś do telefonu.

Ludzie ci przybyli za życia do księstwa Monaco, tego dziwnego kraju, zwanego „kwiatkiem w butonierce Europy”. Na obszarze 161 hektarów żyje 22 202 mieszkańców, którzy nie płacą podatków ani nie służą w wojsku. Tłok jest też zresztą i w pobliskiej Nicei, gdzie ceny gruntu pod budowę są zawrotne. Mieszka tam wielu emerytowanych oficerów, mawia się, że gdyby wszyscy oni wyszli naraz na nicejską ulicę, to można by pomyśleć, że zaczęła się wojna. Oczywiście ta z roku 1914... Całe Lazurowe Wybrzeże ma zresztą gęstość zaludnienia czterdziestokrotnie większą niż przeciętna Francji, ale z tym Monaco to już pewna przesada!

Na miejscu są dwie główne atrakcje: akwarium i kasyno gry. Na starych obrazach można zobaczyć księcia Alberta I w otoczeniu dorodnych i dorosłych panów ze sterczącymi wąsikami, przybranych w marynarskie ubranka. Panowie ci zwozili z dalekich mórz ciekawe stwory. Teraz za kilka franków wolno mi chodzić od jednej szklanej klatki do drugiej. Przyglądamy się sobie z żywym zainteresowaniem. Nie będę twierdził, że rekin oblizał się na mój widok. Ryby w akwarium otwierają rytmicznie swe przerażające usta, ale nie przerywają milczenia. Tak samo milczą miejscowi ludzie zapytani o tajniki innych lokalnych atrakcji. Zarówno bowiem miejscowi ludzie, jak i zamiejscowe ryby żyją tu głównie z kasyna gry, należącego do Towarzystwa Kąpieli Morskich, czyli - we francuskim skrócie - S.B.M.

A imię jego 666

Cyfry mają swą symbolikę. Słyszałem o ludziach, którzy mieli kłopoty za I brygadę, II oddział, III siłę, IV Międzynarodówkę i V kolumnę - ale za 666? Tymczasem gdy się podsumuje wszystkie numery ruletki (sekwencja ich, czyli kolejność na tarczy, jest nadal zresztą tajemnicą, nad której pochodzeniem biedzą się historycy) - otrzymamy liczbę 666. W Apokalipsie świętego Jana oznacza ona Bestię. Kościół - nawiasem mówiąc - nigdy nie potępiał ruletki, mimo straszliwych spustoszeń, jakie wywołała w społeczeństwach. Oczywiście wstęp do kasyna gry jest księżom w sutannach wzbroniony, ale jeszcze na początku stulecia krupier miał zastrzeżone w umowie, że musi spowiadać się co tydzień.

Sen zloty księcia Karola III, władającego tym niegdyś beznadziejnie biednym zakątkiem nad brzegiem morza, zaczął się 13 maja 1858 roku, gdy położono kamień węgielny pod pierwsze kasyno gry. Hazard był wtedy we Francji zakazany i biedni bogacze musieli wozić swe pieniądze do Bad Homburg oraz Baden-Baden w Niemczech.

Do nowego kasyna dojazd był od strony morza i to tak trudny, że przez pierwszy miesiąc czynny był tylko pierwszy stolik z pierwszym graczem. Krupierzy wygrzewali się na słońcu na tarasie, z nudów grali między sobą w karty i przez lunetę wypatrywali, czy nie nadpływa jakiś statek z nieustraszonym a zamożnym amatorem hazardu. Książę pan rozdawał za darmo grunty chętnym do budownictwa na tym skalistym odludziu, ale nie było ich wielu. Prawdziwe życie zaczęło się dopiero wtedy, gdy z Homburga przybył nowy dzierżawca kasyna - pan Blanc, który zajął się doprowadzeniem z Nicei linii kolejowej i szosy, lunety zaś używał do obserwacji krupierów - czy aby nie nawiązują zbyt zażyłych znajomości z garnącą się tłumnie publiką.

Monte Carlo stało się bowiem modne. Królowa Wiktoria nigdy nie przestąpiła progu kasyna, ale jej syn był już tam stałym bywalcem przy stole, gdzie grywano w baczka. Potem zjawili się polscy ziemianie, amerykańscy milionerzy, rosyjscy wielcy książęta - ci ostatni z własną służbą, własnymi lekarzami, własnymi baletnicami i własnymi wróżkami. Potem, bardziej już współcześnie, przybył z Egiptu grubas, król Faruk, który postawił raz na jedną kartę 20 milionów franków...

Pająk w pudle

Ludzie są chytrzy. Tak im się przynajmniej zdaje, gdy chcą od losu wygrać nieco pieniędzy i szukają naukowego systemu toto-lotka lub ruletki. Obie te gry są podatkiem od głupoty i z tym się trzeba pogodzić. Pogląd ten wyraża dyrekcja kasyna, która jawnie popiera wszelkie „naukowe” broszury na ten temat. Autorzy ich powinni, oczywiście, być już dawno milionerami i mieszkać w pałacach - pewnie tak jest, skoro w szarym tłumie żadnego nie spotkałem. Dowiedziałem się natomiast, że przez bite 3 lata zasiadał po 15 godzin dziennie przy ruletce numer l pewien baron (uwaga korekta - przedostatnia litera „o”, a nie „a”!), notujący wszystkie wyniki. Miał własną służbę informacyjną, zastępującą go w pracy, gdy chorował bądź musiał udać się do miejsca, jakie nie tylko baron, ale nawet sam król odwiedza bez muzyki. Czy cała ta gra warta była gry, to jest - chciałem rzec - świeczki? Baron sporządził co prawda na bazie swych materiałów jakąś tabelę opartą na rachunku prawdopodobieństwa, jednak rzekł kiedyś w przystępie szczerości, że pracuje więcej, a zarabia mniej niż obsługujący go przy stole kelner.

Pewien matematyk (studia w Harvard) ustawiał na stole gry następujące drobiazgi: miniaturową ruletkę, kilkanaście kartotek z licznymi rubrykami, arytmometr, suwak matematyczny oraz dziennik do notowania wyników gier. Ostatecznie wyrzucono go z kasyna. Nie dlatego, aby jego system był groźny - ale jego podręczne laboratorium naukowe zajmowało zbyt wiele miejsca.

Pewien lekarz stworzył teorię: w lecie ruletka obraca się wolniej niż w zimie, a pod koniec swego dyżuru (kwadrans przy stole gry, potem 25 minut odpoczynku – tak przez 6 godzin dziennie) krupier ma zmęczoną dłoń, a więc ruletka przejawia tendencję do zatrzymywania się na tych samych numerach. Teoretyk przepuścił cały swój majątek i został na koszt kasyna (zwie się to potocznie „wiatyk”) odesłany do domu.

Odradzałbym wiarę w twierdzenie, że kto ma szczęście w grze, ten nie ma szczęścia w miłości. Myślę, że kto ma szczęście w grze, ten ma pieniądze na miłość. Za najbardziej naukowy uważam system zwany „pająk w pudle”. Państwo zapewne znają francuskie porzekadło głoszące, że „pająk wieczorem - dobra nadzieja”. Otóż w kasynie zjawia się pan w smokingu, dzierżący pod pachą pięknie inkrustowane pudło. We wnętrzu pomalowanym na czarno i czerwono zamknięty jest żywy pająk. Pan potrząsa pudełkiem i zagląda do środka: pająk wylądował na kolorze czarnym - obstawia „noir”, spaceruje po czerwonym - stawia na „Rouge”. To jest metoda.

50000 twarzy

Równie godne zalecenia są kontakty na najwyższym szczeblu, czyli z Panem Bogiem. Pewien Anglik, przepuściwszy w kasynie mnóstwo pieniędzy, udał się znużony wczesnym rankiem do kaplicy. Z drzemki wyrwał go glos pastora wzywającego wiernych do zaintonowania hymnu numer 36. Anglik nie zaśpiewał, ale zawrócił do kasyna i całą resztę gotówki postawił na numer 36, który „wyszedł” trzy razy pod rząd. A w rulecie wyplata jest 35 za jeden!

Wieści o cudach nie tylko w naszym kraju rozchodzą się szybko. Następnej niedzieli anglikańska kaplica wypełniła się wyznawcami islamu i muzułmańskiej części ówczesnych Indii, katolikami z Polski, kalwinami ze Szwajcarii, prawosławnymi z Rosji oraz Żydami z zewsząd. Wszyscy z niecierpliwością czekali na kolejny komunikat z nieba o aktualnych typach. W rezultacie obstawiono hymn numer 27 - ale nie „wyszedł” ani razu przez cały wieczór. Następnej niedzieli poczciwy pastor już się jakoś zwiedział o tajemnicy nagłej atrakcyjności swych nabożeństw i tłumy wiernych odeszły bez pociechy duchowej, gdyż kazał śpiewać hymn 47, a przecież małe dziecko w Monaco wie, że w rulecie pułap - to 36.

Do Monte Carlo przybyłem z Nicei wspaniałym cadillakiem użyczonym łaskawie na cały dzień przez życzliwych ludzi. Było kilka postojów, wysiadałem z wozu. I ciekawe: jak długo siedziałem za automatycznie opuszczanymi szybami limuzyny - obrzucały mnie ognistymi spojrzeniami najpiękniejsze dziewczęta. Gdy tylko uszedłem kawałek na piechotę - pies z kulawą nogą się za mną nie obejrzał. Zawsze mówiłem, że na współczesnych kobietach kilkadziesiąt koni mechanicznych czyni większe wrażenie niż pojedynczy mężczyzna w sile wieku o ujmującej powierzchowności i nienagannych manierach. Niestety…

Nabyłem kartę wstępu i już zamierzałem przystąpić do pełnienia w kasynie mych (reporterskich) obowiązków, gdy jakiś nader uprzejmy pan zagadnął stojącego przede mną Niemca o paszport, rzucił okiem na datę urodzenia i grzecznie wyprosił go z domu gry. Pełen najlepszych nadziei ustawiłem się i ja przed taksującym spojrzeniem znawcy wieku. Żadnych trudności z wejściem nie miałem. Niestety...

Pan przy wejściu kontroluje nie tylko, czy ten albo tamten kawaler ma już lekcje odrobione. Musi zapamiętać nieproszonych gości. Pracuje tam starszy fachowiec, który ma rzekomo pamiętać 25 000 nazwisk i 50 000 twarzy. On to właśnie po 40 latach rozpoznał pewnego pana, który za swych studenckich czasów spłukał się w Monte i dostał od kasyna „wiatyk” na drogę. Obiecujący młodzian wyjechał do Australii, dorobił się majątku i... wrócił do kasyna.

Groźniejsi są jednak zawodowcy, uważający, że S.B.M. nie powinno mieć monopolu na dojenie naiwnych. Poza detektywami czuwa więc przy każdym stoliku czterech „officiels” i jeden „chef de partie”, czyli pan majster, czuwający nad tym, aby proces odbierania przybyłym z całego świata gościom ich grosiwa przebiegał sprawnie i bez przestojów. Najpospolitszym przestępstwem jest przesuwanie sztonów na numer, który już wygrał. Delikwentka (przeważnie czynią to kobiety) jest proszona wtedy uprzejmie „do telefonu”, tam pokazywana starannie panom ze świetną pamięcią twarzy i nazwisk, a następnie - już bez ceremonii - wyrzucana raz na zawsze za drzwi. Trzej Amerykanie zostali natomiast aresztowani, gdyż ich występ był rozpisany na role. Jeden rozrabiał lekko i w granicach przyzwoitości, aby ściągnąć na siebie uwagę krupiera, drugi palił bez przerwy potężne cygaro, roztaczając zasłonę dymną nad rączkami trzeciego, przesuwającego stawki tysiącdolarowe na wygrany numer. Od pewnego czasu S.B.M. nie rozdaje już - jak dawniej - kart po grze instytucjom dobroczynnym, ale je starannie spala. Wykryto bowiem szajkę znaczącą numery 8 i 9 przy grze w baka farbami fosforyzującymi, dostrzegalnymi jedynie przez specjalne okulary.

Sielanka pasterska

Ja, niestety, mam poważne luki w wykształceniu i nie są mi znane takie sztuczki. Szybko przeto wykonałem normę, oddając S.B.M. sumkę przeznaczoną na zakup podarków dla kolegów redakcyjnych, po czym mogłem już spokojnie obserwować męczących się jeszcze ciągle bliźnich.

Była to pełnia L.S.S.A. („Letni Sezon Skubania Amerykanów”), ale w pierwszej sali, pod pięknymi malowidłami o tematyce zaczerpniętej z sielanek pasterskich, przeważała zdecydowanie lokalna publiczka. Starsze panie wyciągały pomarszczone jak u indyczek szyje, śledząc wędrującą kulkę z kości słoniowej. Niektóre są codziennymi gośćmi. Odchodzą, skoro tylko wygrają jakąś sumkę na drobne sprawunki lub - jeszcze częściej – przegrywają swój dzienny kontyngent. Opuszczają wtedy zadymione sale, mrużąc oczy w blaskach południowego słońca. S.B.M. już na tej wczesnej zmianie pokrywa sobie własne koszty całej tej imprezy.

Większa gra toczy się natomiast przeważnie wieczorem, i to w „salles privées”, gdzie stawki są wyższe. Krupier jest tu jeszcze uprzejmiejszy, zapach perfum i tytoniu - delikatniejszy. Krupier zarabia tygodniowo mniej więcej 50 dolarów, na co składa się pensja, procent od obrotów i napiwki od graczy.

Lochy kasyna

Jest karygodnym niedopatrzeniem naszego Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego, iż nie mamy w Polsce szkoły dla krupierów. Mam nadzieję, że problem stanie na najbliższym kolegium Ministerstwa, które przykładnie ukarze winnych tego niedbalstwa i naprawi wypaczenie, na skutek którego tajne seanse ruletki urządzane w Warszawie muszą posługiwać się personelem amatorskim, słabo kwalifikowanym.

Nim wyśle się kilku stypendystów z Polski do szkoły dla krupierów mieszczącej się w podziemiach kasyna gry w Monte Carlo, podaję zupełnie bezinteresownie, wyłącznie z obowiązku patriotycznego i w trosce o oświatę młodzieży, kilka danych o tej uczelni szkolącej od blisko stulecia fachowe kadry dla szulerni całego świata. Przyjmuje ona studentów tylko wtedy, gdy wakują wolne etaty, ale za to jej absolwent, zaopatrzony w dyplom na pergaminie podpisany przez samego księcia Rainiera, bez trudu uzyskuje dożywotni kontrakt. Wspomnę choćby, że gdy z ubolewania godnych przyczyn natury historycznej Isidore Lucchesi rodem z Nicei stracił posadę w kasynie gry w Szanghaju - to zaraz znalazł dach nad głową i kawałek chleba w podobnym przedsiębiorstwie w Makau i mimo osiemdziesiątki na karku jest czołowym krupierem przedsiębiorstwa. Raczej już zresztą dla sportu, gdyż żyje z lichwy, a w zasadzie 60 lat jest dla krupiera górną granicą wieku.

Statut i program uczelni (ułożony w roku 1880 przez monsieur Blanca) odpowiada ówczesnym warunkom. Stąd też (kobietom wstęp był wtedy wzbroniony do sal gry) krupier woła po dziś dzień „Messieurs, faites vos jeux!” (Grajcie, panowie!) nawet wtedy, gdy przy stole siedzą same panie. W mrokach dziejów ginie natomiast pochodzenie zawołania: „Rien ne va plus!”

Rektorem szkoły jest pan Połowcow (może przekręcam nazwisko?), podający się za carskiego generała. Jeżeli chcesz zostać krupierem, to musisz mieć 23 do 40 lat, niekoniecznie nawet średnie wykształcenie („klasówka z arytmetyki ani dyktando nie decydują o przyjęciu” – mawia generał), musisz być zupełnie zdrów fizycznie i moralnie. Bardzo ważne jest zachowanie równowagi psychicznej. Krupier nie może okazywać wzruszenia - a przecież w roku 1900 pewien gracz w 20 minut przegrał tu w ruletkę dwa miliony dolarów! I dlatego też nowy krupier jest tu po jakimś ciekawszym incydencie przy stole gry badany przez lekarza kasyna kontrolującego, czy nie ma nagłych skoków ciśnienia krwi, czy tętno nagle się nie zmieniło, a sam krupier nie spocił się jak mysz w połogu.

Lord i 17

Włóżmy między bajki opowiadania o zahipnotyzowaniu krupiera przez gracza. Nie bardzo zresztą pojmuję, jaki by to mogło mieć wpływ na bieg kulki. Krupier ma natomiast inne przygody. Tak np. w roku 1920 dostrzegł, jak pewnemu bardzo bogatemu bywalcowi spada i toczy się pod stół złota moneta. Nim gracz rzeki słowo, uprzejmy krupier zawołał: „Proszę się nie fatygować, milordzie, 17 jak zwykle”. Gracz uśmiechnął się tylko - ale gdy kulka wpadła do przegródki numer 17, krupier przysunął Anglikowi 7400 franków w złocie! Ten zaprotestował: przecież nic nie obstawiał! Krupier jednak nalegał. Jego zdaniem gracz postawił złotą monetę, która spadla pod stół, na numer 17. Lord zgarnął wygraną i odszedł. Krupier wyleciał z pracy. Pod stołem znaleziono pozłacany guzik od kamizelki.

Wypadki wygrywania fortuny na stawkę guzika są jednak bardzo odosobnione. Amatorom hazardu przypominam mądrość ludu, zawartą w przysłowiu: „Nie graj, Wojtek, nie przegrasz portek!” Dla bardziej wytwornych P.T. Czytelników mam mniej wulgarną wersję: „Voyons, ne jouez pas, mon cher Gaston, vous ne perdrez vos caleçons!” Co kto woli.

Bastylia nie będzie zdobyta

Jak długo ofiarni ludzie dowożą pieniądze z całego świata - monegaskowie żyć będą w dostatku. Telefon wypada tu jeden na sześć osób, lodówka na trzy rodziny, a na jednego mieszkańca (włącznie z niemowlętami) przypadają dwa samochody ze znakiem MC. Trudno się przeto dziwić, że mimo różnych lokalnych skandali i skandalików - na zbrojne powstanie się nie zanosi. Krach „Banku Metali Szlachetnych” ujawnił w roku 1955, że dwa miliardy ze skarbca publicznego zainwestowano w ciemne afery. Książę Rainier usunął ze stanowiska ministra finansów p. Artura Crovetto. A jakże - na całe dwa miesiące, zupełnie jak gdyby go postawił do kąta. „Afera gazomierzy” polegała dla odmiany na wybudowaniu nowoczesnej gazowni i... szybkim zburzeniu jej, gdyż psuła widok!!!

W styczniu 1959 książę zawiesił nawet artykuły 5 i 6 konstytucji z roku 1911. Rainier wygłosił przez radio dramatyczne przemówienie do ludu, zmobilizował wszystkich (70) karabinierów, oblepił mury miasta proklamacjami podpisanymi „Rainier III, z Bożej Łaski Udzielny Książę Monaco” - ale nic się nie stało. Zdobywanie Bastylii dziś nie odbędzie się - 800 wielkich ulokowanych tu spółek akcyjnych może nadal spokojnie działać i nie płacić podatków.

Nikt nie jest prorokiem we własnym domu. Rainier ma też kram z własną rodziną. Wiadomo, że ród Grimaldich jest bardzo starą arystokracją rodową. Taka, na przykład, babcia Rainiera była autentyczną praczką w Algierze jeszcze wtedy, gdy był tam oficerem miejscowego garnizonu książę Ludwik II - dziadek i zarazem poprzednik Rainiera na tronie. Babcia mieszka sobie obecnie w Marchais i gorąco opiekuje się więźniami kryminalnymi z odległego o 16 km więzienia w Laon. Rainier nie może jej jakoś wybaczyć, iż zaangażowała sobie za szofera limuzyny pana karanego za sutenerstwo i znanego w kołach arystokracji (przestępczej) pod pseudonimem „Laska”. Uprzejmy kolega, dziennikarz z nicejskiej popołudniówki, wyjaśnił mi nawet pochodzenie tego dziwnego przezwiska, ale to Wam opowiem może kiedyś późnym wieczorem, gdy już dzieci położymy spać.

Zresztą i dziadzio Ludwik, nim umarł, też nieco brykał. Poślubił był mianowicie w roku 1946 (miał wtedy 76 lat) aktoreczkę francuską Ghislaine Demangot. Biedactwo - później dowiedziała się, że poślubiła jurnego staruszka ze szczerej miłości, gdyż Rainier w roku 1949 obalił testament dziadka zapisujący tej ciepłej wdówce połowę majątku.

Siostra księcia, Antonina, lubiła grę w tenisa z sympatycznym panem Aleco Noghès. Mecze skończyły się kilkorgiem dzieci, a później nawet i małżeństwem, zawartym 20 października 1951 roku w konsulacie Monaco w Genui. Noghes z miejsca stał się Grimaldim. Jednak już 10 maja 1954 roku „Dziennik Urzędowy” ogłosił rozwód z wyłącznej winy męża między „panią Antoinette-Louise-Alberte-Suzanne Grimaldi, baronową Massy, zamieszkałą w Monaco, a panem Aleksandrem-Anastazym-Marią Noghes, zamieszfkałym na jachcie Abyda w porcie Monaco"... Zamiast tenisisty jest teraz adwokat.

Serce w rozterce

Cała ta operetka zmieniła się jednak na film kolorowy dopiero wtedy, gdy Rainier poślubił aktorkę filmową Grace Kelly z Filadelfii. Poza urodą i talentem ma ona jeszcze brata - wioślarza olimpijskiego - i ojca, który z murarza stał się milionerem. Myślę, że na skutek przeoczenia nie dostałem zaproszenia na ślub, pokuszę się przeto o odtworzenie przebiegu tego historycznego (1956) wydarzenia z ówczesnej prasy. Na ślubie było 1600 reporterów z całego świata. Widać, że w takim tłoku trudno się było dopchnąć blisko ołtarza, gdyż sprawozdania zawierają pewne sprzeczności. Czy panna młoda patrzyła na pana młodego podczas ślubu? Zdaniem agencji „UP” tylko raz „zerknęła skromnie”, natomiast „NY Herald Tribune” zauważył „dumne, romantyczne spojrzenie”, zaś „INS” podała, że Grace patrzyła na swego księcia „ustawicznie, jak gdyby szukała w nim ostoi”.

Według zegarka Boba Considine’a ślub cywilny trwał 20 minut, według Dorothy Kilgallen - 16 minut, a korespondenta „Post” - 40 minut. Ten ostatni kablował też, że podczas ślubu kościelnego „Grace była bliska łez”, gdy „UP” informowała, że pannie młodej łzy „ciekły ciurkiem po twarzy”. Jeszcze większe trudności są z ustaleniem dokładnej odpowiedzi panny Kelly na pytanie, jakie ksiądz w zasadzie tylko jeden raz zadaje w życiu: „Je veux” („UP”), „Oui” (“Post”), „Oui, Monseigneur” (“NY Times”), „Oui, je veux” (“NY Herald Tribune”). Jednak wszyscy są zgodni co do tego, że inscenizacja była wspaniała. Z Hollywood przyleciał naczelny projektant kostiumów wytwórni MGM, zaś transmisję radiową z całej uroczystości finansowała fabryka biustonoszy „Peter Pan”.

Zresztą i sam scenariusz był z rodzaju tych, jakie lubi szeroka publiczność: serce w rozterce, czyli dziewczyna poślubia księcia. Pozostałe role obsadzili krewni państwa młodych. Statystowały różne pośledniejsze książątka z wielu krajów, marynarze z okrętów wojennych zakotwiczonych w pobliskich portach, międzynarodowi złodzieje (łączny łup: 150 tysięcy dolarów) i kumple starego Kelly, którzy zabawiali się wysyłaniem doń telegramów w rodzaju: „Zamelduj się w pałacu, Kelly” lub „Urlop skończony”. Goście żarli się też między sobą, gdyż przybysze z Filadelfii ubolewali, iż dziewczyna z takiej dobrej rodziny wychodzi za zwyczajnego księcia, natomiast pan Randolph Churchill głośno wykrzykiwał, iż nie po tu przybył, „aby poznawać chamów w rodzaju Kelly”.

Tak czy inaczej biskup Monaco pobłogosławił to małżeństwo i na ekranie ukazał się wreszcie napis „The End”. Dzieci już są - jeśli jeszcze i gracze nadal dopiszą, to małżeństwo będzie na pewno szczęśliwe.

Powrót do spisu treści