Lucjan Wolanowski
SmodCMS

Gdybym był wielkim Panem

Gdybym był wielkim panem i mieszkał w Paryżu - Czytelnicy odetchnęliby wreszcie z ulgą: nie miałbym wtedy czasu na pisanie reportaży, miałbym inne obowiązki - musiałbym się bardzo uwijać, aby nie wypaść z dobrego towarzystwa. Musiałbym przestrzegać wytwornego rozkładu jazdy. Kwiecień spędzam w Sewilli albo w Rzymie, maj i czerwiec - w Paryżu, lipiec - w Deauville. Z sierpniem sprawa jest bardziej skomplikowana, gdyż gdybym nie posiadał własnego jachtu, to albo wolno by mi było jechać na kurację do Bad Gastein, albo na pobyt wypoczynkowy po trudach nieróbstwa - na Lazurowy Brzeg. We wrześniu dozwolona jest Wenecja, ale tylko między pierwszym a dziesiątym. Zaraz wraca się do Paryża na pokaz jesiennych kolekcji mody. W październiku - mała tragedia, gdyż wtedy jeździ się na polowania. Ja tam mam dobre serduszko, nigdy bym nie strzelił do żadnego stworzonka, które mi nic złego nie zrobiło, a już dla rogaczy czuję wprost tkliwą sympatię. W listopadzie mogę już sobie wrócić do Paryża, aby pochodzić do teatru i na balet. W grudniu mam serię ważnych bali dobroczynnych - muszę tańczyć, aby nędzarze jedli. W styczniu byłbym już porządnie zmęczony, a więc przysługuje mi wyjazd do Saint-Moritz. Przebąkuje się, że w nadchodzącym sezonie modny będzie karnawał w Bawarii - ano, zobaczymy!

Gdybym był wielkim panem i mieszkał w Paryżu - musiałbym też posiąść trudną sztukę błyskotliwego telefonowania. To bardzo ważne. O kimś, kto nie zrobił kariery towarzyskiej, powiedziano: „Biedaczysko, taki był nawet miły, ale tak kiepsko telefonował…”

Biedny, biedny facet

Telefonowanie jest, oczywiście, tylko marginesem o dostaniu się do dobrego towarzystwa decyduje co innego. Mężczyzna musi mieć dobre nazwisko i do tego wiele uroku osobistego. Gdy tego brak - trzeba być arcybogaczem. W ostateczności wystarczy błyskotliwa inteligencja.

Od kobiety wymagane są inne kwalifikacje. Młodość i wybitna uroda były przepustkami we wszystkich epokach. Gdy ich brak - wymagane jest wielkie bogactwo. Ostatnia deska ratunku: trzeba mieć wrodzoną złośliwość w ocenie bliźnich. Wtedy można należeć do „Tout Paris” i dostać się do kronik towarzyskich paryskich gazet. Jest jeszcze inna odmiana dobrego towarzystwa, a mianowicie - „International Set”, czyli mieszanka już raczej międzynarodowa, gdzie przyjmują też z racji osiągnięć zawodowych. Na przykład należała doń słynna sex-bomba, Jane Mansfieid, o której mówiło się, iż jest jedyną kobietą świata, która może wziąć prysznic bez zmoczenia stóp. Wsławiła się w Paryżu swą wizytą w grobowcu Napoleona. W skupieniu wysłuchała narracji przewodnika opowiadającego dzieje tego raczej dość znanego wyższego wojskowego, a gdy doszło do opisu śmierci - otarła łzę i rzekła: „Biedny, biedny facet...” Jej wybitny intelekt zabłysnął w pełni dopiero na konferencji prasowej.

- Miss Mansfieid, czy lubi pani lekturę?

- Oh yes! Zawsze starannie czytam wystawiane przez siebie czeki, aby upewnić się, czy nie napisałam o jedno zero za dużo.

- Jakie jest pani zdanie o Szekspirze?

- Bez komentarzy.

- Jak to?

- No, ostatecznie może pani napisać, że byłam z nim zaprzyjaźniona.

Ale zostawmy tę dygresję. Mowa przecież o kraju, gdzie istnieje 340 gatunków sera i 547 różnych rodzajów win.

Zaproponuję Wam przeto pewną zabawę. Wyobraźmy sobie, że reporter jest raz w życiu wielkim panem, że ma sklep na Chmielnej czy budkę na bazarze Różyckiego. Jako bogaty człowiek postanowił więc zabrać swoją dziewczynę do Paryża i tam - zaprowadzić do wytwornego lokalu.

Numerowane kaczki (nie dziennikarskie)

Chodź, kochanie, najpierw pójdziemy do „Srebrnej Wieży” - bardzo wytwornego zakładu żywienia zbiorowego. Gdy jeszcze byłem biednym redaktorem i pracowałem za marne kilka groszy jako człowiek w redakcji - poszedłem tam, aby zebrać materiały do reportażu o przemyśle gastronomicznym. Gościnnie mnie tam przyjęto, opowiadano o niezwykłej karierze tej dawnej oberży, założonej czterysta lat temu. Już wtedy były trudności z miejscem. Jak piszą stare kroniki, szlachcic, który zbytnio marudził na łowach czy w alkowie i na skutek tego spóźniał się na wieczerzę - musiał niekiedy dosłownie walczyć o ulubione miejsce w gospodzie. Gdy zwyciężał, wycierał starannie szpadę i z apetytem zabierał się do wieczerzy. Gdy przegrywał - to ostatnią jego myślą było zapewne stwierdzenie, jak to nieprzyjemnie jest wyzionąć ducha na czczo.

Różni ludzie zjadali w „Srebrnej Wieży” różne potrawy. Na przykład książę Richelieu, bratanek kardynała, podejmował raz 40 gości całym wołem. Jak zapewne wiesz, wół za swego życia jest to po prostu byk, którego nieskomplikowany zabieg pozbawił troski o mnóstwo niepotrzebnych kłopotów. Takiego właśnie byłego byka książę pan kazał podać w całości na stół - ale przyrządzonego na 30 różnych sposobów od ogona aż po nozdrza.

Dziś ludzie nie umieją już tak się bawić. Natomiast prawdziwym specjałem tej restauracji jest „krwawa kaczka”. Podano mi w kuchni receptę na przyrządzenie tego smakołyku. Co celniejsze fragmenty tych zaleceń mogą wpędzić do domu wariatów cały zarząd główny i wojewódzki Ligi Opieki nad Zwierzętami. Przemilczę je więc i powiem, że każda kaczka podawana jest na stół z kolejnym numerem. Nie mam u siebie w domu ani albumów ze znaczkami pocztowymi, ani starych sztychów - ale gdy mnie odwiedzisz, pokażę ci wykaz numerowanych kaczek, jakie miały zaszczyt po męczeńskiej śmierci przez uduszenie trafić do jaśnie wyściełanych żołądków różnych wielkich tego świata. Figurują obok siebie w tym spisie: były król włoski Humberto (kaczka 215 600) i Fernandel (236970). Obaj panowie są w swych rolach równie zabawni i mam nadzieję, że dobrze im się trawiło.

W cudowne słotne dni kaczki spacerują po błocie, kwaczą sobie, że 16 maja 1948 roku kaczka numer 185 397 przeżyła (może to niezbyt ścisłe, ale któż tam zgłębi kaczą mentalność?) najpiękniejszy dzień swego życia: została mianowicie zjedzona przez królową Wielkiej Brytanii. Całego menu nie będę ci tu szczegółowo podawał, wspomnę tylko, że zaczęto od słynnego porto „Zwrot z Indii 1840”. Nie, nie - to nie żadne aluzje polityczne. Otóż pewnego dnia kupcy francuscy wysłali do jednego z portów indyjskich ładunek wina. W porcie panowała zaraza i żaglowiec nie mógł tam zawinąć, powrócił więc do Francji. Gdy zmartwieni niepotrzebną podróżą kupcy spróbowali wina, to okazało się, że podróż poprzez tyle różnych stref klimatycznych poprawiła jego jakość. Odtąd wysyła się specjalnie wino do Indii i z powrotem – koniecznie żaglowcem. Przynajmniej tak zapewniają kupcy.

6 sierpnia 1951 roku jadł tu numerowaną kaczkę generał Eisenhower. Francuzi twierdzą ze skromnością, jaka ich zawsze cechuje, że właśnie tu zdecydował się na kandydowanie na prezydenta USA. Jeżeli to nie jest kaczka (dziennikarska), to fakt ten podaję dla historyków.

Mówisz, że moja gadanina już Cię znużyła i że jesteś głodna. No to wchodzimy! Idziemy poprzez biało-złoty przedpokój, gdzie dwa pucołowate, dobrze spasione aniołki oświetlają nam drogę pochodniami. Mijamy piękne dekoracje ścienne przedstawiające perypetie pewnego biblijnego Józefa. Dawno temu miał on niemiłą przygodę z mężatką, której mąż w domowych dostawach obowiązkowych był stale pod planem. Oto i jesteśmy w szatni. Ja naturalnie zdejmę moje wytworne wdzianko. Ty jednak lepiej zostań w Twym płaszczu z szynszyli, aby paniom przy sąsiednich stolikach źle się trawiło. Poprzez „Salon Spotkań” trafiamy do windy, która działa. W windzie możesz jeszcze skontrolować swą urodę w lustrach weneckich z 1760 roku. Na górze kabina telefoniczna mieści się w starej lektyce. Ej, ci Francuzi, ci Francuzi - czegóż to oni z głodu nie wymyślą!?

Poszczególne sale urządzone są w stylu kolejnych Ludwików. Mam nadzieję, że pamiętasz historię na tyle, aby nie zażądać stolika u Ludwika o zbyt wygórowanej numeracji.

Owerniak w Paryżu

Jak to zwykle bywa, najciekawsze rzeczy są jednak do oglądania od kuchni. Dosłownie! Na przykład sam mistrz od kaczek - Solignac. Jest on Owerniakiem. Owernia to siedem departamentów Francji tak ubogich, że wielodzietne rodziny chłopskie nie mogą utrzymywać się na kiepskiej ziemi i emigrują do... Paryża. Owerniaków jest w Paryżu 90 tysięcy i stanowią coś w rodzaju państwa w państwie, najciekawszą emigrację w tym wielkim mieście. Cechuje ich niezwykła oszczędność, zrodzona (dosłownie) na gruncie jałowej ziemi. O pewnym dziś bardzo zamożnym Owerniaku, który jako młody chłopiec zjawił się przed laty na paryskim bruku z jednym tobołkiem, opowiadają charakterystyczną anegdotę. Chciał się dostać omnibusem z dworca Austerlitz do placu Republiki. Zapytany konduktor powiedział mu, że bilet kosztuje trzy su. „Daję dwa” - replikował z miejsca zmyślny chłopczyna.

Trzy czwarte wielkich kawiarni i kiosków tytoniowych należy w Paryżu do Owerniaków. Popierają się nawzajem, mają swój własny bank i nawet własną gazetę. Czy wyobrażasz sobie, na przykład, wydawanie w Sopocie organu prasowego dla emigrantów z Warszawy? Tygodnik "Owerniak w Paryżu" ukazuje się na 16 stronach w nakładzie 50 tysięcy egzemplarzy. Założony został w roku 1882 i nadal pozostaje w rękach tej samej owerniackiej rodziny. Zamieszcza wyłącznie rewelacyjne wieści z Owernii, mające zaspokoić tęsknotę za rodzinnymi stronami: „W Sugère w Puy-de-Dôme pani Chanteloube usłyszała jakieś jęki, gdy wieczorem szła, aby zamknąć wrota kościoła. Jak się okazało, Etienne B. potknął się o katafalk i zaplątał w całun. W tej nieprzyjemnej sytuacji poratował go pan Ribeyre...” Albo inna sensacja: „W Saint-Prejet-Armadon w departamencie Lot wobec wyborów do rad komunalnych doroczny konkurs gry w pelotkę zostaje odłożony do marca...”

Przed wojną był okres, gdy Owerniacy chełpili się, że w Paryżu obsadzili „swymi ludźmi” stanowiska prezydenta republiki, ministra handlu i ministra lotnictwa, arcybiskupa Paryża. Ich zasadnicza mądrość: „Każdy może się wzbogacić - ale prawdziwa sztuka polega na utrzymaniu pieniędzy”.

On do Maxime’a mknie

Możemy też ewentualnie wybrać się razem do Maxime’a. Za caratu, gdy jeszcze nie było w każdej mieścinie ekspozytury toto-lotka czy innego koziołka-matołka, jednostki bardziej ofiarne nie miały tej łatwości w przepuszczaniu pieniędzy co teraz. Musiały wtedy wędrować hen na obczyznę, aby fortunę zostawiać u Maxime’a czy w którymś z kasyn gry. Z tych to pięknych czasów pochodzi zapewne owa ponura anegdota o tym dziedzicu, któremu zgłodniali fornale czynili wyrzuty, że w jedną noc przegrywa więcej, niż oni wszyscy razem zarabiają przez cały rok. „A co mam zrobić, moi drodzy, jak mi karta nie idzie” - miał odpowiedzieć ów nagabywany nieszczęśnik.

Popatrz więc z czcią na ten pomnik naszej narodowej wielkości - ile fortun tu stopniało. A cała ta historia zaczyna się gdzieś około roku 1890, kiedy to parter domu numer 3 przy rue Royale zajmował pewien włoski lodziarz nazwiskiem Imoda. 14 lipca miał on raczej niezbyt fortunny pomysł udekorowania swego sklepu flagą Rzeszy Niemieckiej. Nietakt ten został przez paryżan nagrodzony pobiciem lodziarza i jego naczyń z lodami. W roku 1890 pewien kelner nazwiskiem Maxime Gaillard otworzył tu kawiarnię, która jednak nie nadzwyczajnie szła, gdyż publiczność naprawdę elegancka wolała lokale na Wielkich Bulwarach.

Tajemnica sukcesu

Istnieje kilka wersji tłumaczących nagłą zawrotną karierę tej restauracji. Najbardziej prawdopodobna jest jednak ta, która mówi, że pewnego wieczoru zapomniano w słynnej wtedy restauracji Webera zarezerwować stolik dla kurtyzany Irmy de Montigny. Oburzona wyniosła się do Maxime’a, zabierając z sobą swych klientów. Nie jest to zresztą w dziejach świata odosobniony wypadek, kiedy kaprys kobiety buduje lub rujnuje czyjąś karierę.

Tak czy inaczej - wszystko, co się w Paryżu roku 1900 liczyło, musiało bywać u Maxime’a. Oczywiście bez żony. Bywała tam natomiast Gaby Deslys, kochanka króla Emanuela portugalskiego. Tam Lili Langtry spotykała się z przyszłym Edwardem VII królem Anglii. Wszystkie te panie konkurowały ze sobą urodą i nie tylko urodą - albowiem jak się mawia, być pocałowaną w rękę jest bardzo a bardzo przyjemnie - ale brylantowy naszyjnik pozostaje na zawsze. Emillienne d’Alençon tak się kiedyś rozzłościła pokazem biżuterii urządzonym przez „Piękną Otero”, że pewnego wieczoru zjawiła się w lokalu zupełnie bez żadnych klejnotów - ale ze służącą, która na poduszce niosła za swą panią otwartą szkatułkę z biżuterią.

Hugo, starszy kelner, prowadził specjalną kartotekę, opartą na obserwacjach aktualnych sytuacji poszczególnych pań. Za skromną opłatą udostępniał gościom swe notatki, co przyczyniło się znakomicie do uniknięcia niepotrzebnej straty czasu. Przy każdym nazwisku figurował specjalny znak umowny. RAF - oznaczało „nic nie wskórasz”, czyli „rien à faire”. PLM przestrzegało przed jakimś trwalszym związkiem („pour le moment”), YMCA zaś nie znamionowało wcale popularnej organizacji młodzieży chrzecijańskiej - ale wprost przeciwnie: „il y a un moyen de coucher avec”, czyli „można się z nią przespać”. Innych określeń nawet nie podaję, gdyż mi tego i tak wydawca nie puści.

Rosyjscy wielcy książęta - ach, ci to umieli się bawić! Oni to strzelali do luster, wymiotowali do fortepianu i płatali wiele innych uciesznych figielków. I już widać istniała rywalizacja z Amerykanami, skoro - aby Rosjan zakasować - niejaki McFadden z Nowego Jorku kazał podać do stołu na srebrnym półmisku nagą dziewczynę polaną szarym sosem. Personel też umiał się bawić. Cały Paryż mówil o ucieczce skrzypka Rigo z księżną de Caraman-Chimay (z domu Clara Ward, księżniczka piwa z Detroit) W tej właśnie knajpie ulokował akcję Wesołej Wdówki Franz Lehar, tu rozgrywa się Dama od Maxime’a i wiele innych sztuk scenicznych.

Książę gastronomów

Co znów się stało? Dlaczego mi przerywasz? Ach, ta tablica! Masz takie w ponad stu restauracjach w Paryżu. Mówią one potomnym, że na tym miejscu siadywał niegdyś sam Curnonsky - książę gastronomów. Czy prawdą jest, że był Polakiem? Przykro mi, ale jeszcze jeden mit przyszło mi obalić. Naprawdę nazywał się Maurice-Edmond Sailland i pochodził ze starej szlachty z Angers. W młodości pracował jako dziennikarz w prasie dla dzieci. Dla urozmaicenia wydał też w tym czasie interesujące książki pod tytułem Brewiarz kurtyzan oraz Rzemiosło kochanka, raczej nie przeznaczone dla naszych milusińskich.

Jego pseudonim wywodzi się od łacińskiego zapytania „cur non?” — „czemu nie?”, słowiańska zaś końcówka przybrana została dla zademonstrowania sympatii dla Dostojewskiego. Pseudonim ten przysporzył monsieur Saillandowi wiele kłopotu. Gdy zbliżał się do realizacji życiowych marzeń każdego Francuza - miał dostać Legię Honorową, to minister oświaty zażądał wglądu do prowadzonej skrupulatnie tajnej kartoteki wielkiego gastronoma. Okazało się wtedy, że na skutek precyzji działania, jaka cechuje wszystkie tajne policje polityczne od zarania dziejów - jeden człowiek figurował w dwóch kartotekach pod dwoma nazwiskami. Jedna stwierdzała, że pan Sailland jest monarchistą, którego trzeba mieć na oku i że ma co tydzień podejrzane spotkania z księciem de Guise i innymi monarchistami w restauracji Voisin. Kartoteka Curnonsky’ego podawała natomiast szczegóły jego anarchistycznej działalności. Tajni agenci donosili, że uczestniczył w masówkach anarchistycznych i kolportował literaturę anarchistyczną, że utrzymuje stosunki z „dziewką Sonuskaw, która jest notorycznie znana jako szpieg nihilistyczny (?!) i że często znika z kraju, wyjeżdżając w niewiadomym kierunku”. Po tej pouczającej lekturze minister doszedł do wniosku, że skoro o jednym i tym samym człowieku istnieją dwie tak skrajne opinie, to prawda niezawodnie leży pośrodku i opiewany przez policję monarcho-anarchista jest dobrym republikaninem.

I tak założyciel Francuskiej Akademii Gastronomicznej, autor kilkunastu fachowych dziel kulinarnych, otrzymał Legię Honorową. Jakkolwiek Curnonsky nie był Polakiem, ale i tak był niezwykłym człowiekiem. Działalność aktywisty w kilkunastu klubach gastronomicznych doprowadziła go do wielkiej tuszy - zresztą i inny smakosz, słynny kompozytor Rossini, przez ostatnie 6 lat swego życia też nie oglądał własnych stóp. I popatrz - ten bywalec przy stoliku w kącie też wygląda, jakby miał się za chwilę ocielić! Kuchenny książę Curnonsky cieszył się zresztą dobrym zdrowiem, co przypisywał swej skłonności do nadużywania wszelkich uciech, a wstrętowi do uprawiania jakichkolwiek sportów. Jeżeli skądinąd przypominasz sobie, to i pan Piecyk - bohater Wiecha - zawsze mawiał, że najlepszym sportem zimowym jest domino: człowiek siedzi przy ciepłym piecu i gra sobie spokojnie.

„Radości stołu mają nam zastąpić inne, bezpowrotnie już utracone” - pisał Curnonsky, gdy był już w podeszłym wieku. Pisał zresztą bardzo wiele. Przekroczył już osiemdziesiątkę, gdy Larousse wydal jego pomnikowe dzieło Kuchnie i wina Francji (1953) liczące 856 stron druku. W trzy lata później Curnonsky wypadł przez okno z czwartego piętra i na pewno czekał już na niego w niebie zastawiony stół z dobrze pielęgnowanym winem, gdyż za życia mawiał zawsze, że „smakosz miły jest niebiosom”.

Księga snobów

Osobistością numer jeden jest w Paryżu kierownik Sali u Maxime’a. Przez 24 lata był nim zmarły niedawno Albert Blaser. Gdy nastał - knajpa ta obywała się już bez wielkich książąt i dziewczyn w szarym sosie.

Przed wojną witał przy wejściu szanowną klientelę. Podczas okupacji tak samo uniżenie witał Goeringa i Goebbelsa oraz innych panów w blaszanych kapeluszach, którzy powędrowali „nach Paris”. Czasy się zmieniają i dziś firma zajmuje się produkcją uboczną w postaci dostarczania amerykańskim liniom lotniczym gotowych dań (zamraża się je w kuchni restauracyjnej - podgrzewa w kuchence samolotu), a także prowadzi w New Jersey fabrykę sosów i przypraw.

Do Maxime'a najlepiej jest wybrać się w piątek wieczorem. Ja włożę smoking. Ty musisz być w wieczorowej sukni. O 9.30 spotkamy się w barze. Mieści się on na piętrze, tam, gdzie niegdyś były słynne gabinety. Ej, czasy - czasy!

Wracajmy jednak do Paryża. Wypiliśmy koktejl z szampana w barze i schodzimy do sali, gdzie gra muzyka. Pytasz, dlaczego tak stale gra? Widzisz, we Francji jeszcze świat pracy nie wywalczył sobie w dziedzinie orkiestry tych zdobyczy, co u nas. Francuzi w ogóle bardzo ciężko pracują. Nie ma tam zwyczaju - jak u nas - że w najlepszych knajpach orkiestra gra od niechcenia raz na pół godziny, a przez pozostały czas przygląda się biesiadnikom ze źle ukrywanym niesmakiem.

Ale nie przerywaj mi tak ustawicznie! Oto wita nas następca słynnego Alberta - 39-letni Roger Viard. On „komponuje salę”, czyli po prostu decyduje, gdzie posadzić tak zwanych „bigosowych” gości, a gdzie elegancką publikę. Z Twoją urodą może dostaniemy się nie do tak zwanego omnibusu, ale do „sali w głębi”. Najlepszy stolik ma numer 16 i zarezerwowany jest dla głów koronowanych bądź innych możnych. Naszą sytuację społeczną w tym lokalu określi właśnie odległość od stolika numer 16. I podobno upokorzenie tego superfagasa na kilka tysięcy franków na nic się nie przyda - inni snobi nigdy by mu tego nie darowali, a z nich przecież żyje ten cały interes. Cieszmy się, jeżeli nas nie ześle do „grillu”, gdzie odsiaduje się karę za takie przestępstwo jak na przykład zamówienie coca-cola do posiłku, rozmawianie z biesiadnikami przy innym stoliku czy tańczenie na parkiecie, kiedy kelner podaje do stołu gorący suflet. I pamiętaj, że jesteśmy w kraju, gdzie samemu księciu Walii zwrócono kiedyś uwagę, gdy popijał wino „Haut-Brion” dobrego rocznika:

- Książę! Takiego wina tak się nie pije! Najpierw trzeba na nie popatrzeć, trzeba rozkoszować się jego rubinową czerwienią, wdychać powoli jego rozkoszny aromat i wreszcie spróbować łyk, aby...

- Aby je wypić?

- Nie! Aby o nim opowiadać!

Ale wiesz co? Późno się zrobiło, chętnie bym coś jednak zjadł. Chodźmy do baru mlecznego na Marszałkowskiej przy Litewskiej. Stamtąd będziemy już mieli blisko.

Powrót do spisu treści